pojechałem ze Zdzichem do lasu,
by zabrać drewno ze ściętych jeszcze
w ubiegłym roku drzew. w pewnym momencie
dało się słyszeć płaczliwe `wołanie`.
lamentowały lisiątka albo jakiś ptak
(nie znam się, choć od zawsze mieszkam na wsi).
mało istotne.
sąsiad kroił piłą drewniane trupy, a ja
pod wpływem jękliwych zawodzeń poczułem
(dosyć irracjonalną) potrzebę wywołania
z gęstwiny... chłopca, którego tam nie ma,
bo i jakimże sposobem miałby być,
kilkulatka w garniturku, kamizeleczce,
zjawki płci męskiej mającej bladą twarzyczkę,
rączkach, bielma na oczach.
– chodź – zacząłem powtarzać w myślach wiedząc,
że sam nigdy nie zostanę tak wywoływany,
chodź, pobawimy się w obdarowywanie.
biel, którą się podzielisz, będzie dla mnie
kwintesencją sztuki czarnej.
ależ rysunek powstanie na powierzchni miedzi,
którą w sobie przechowuję!














