Trump's Massive Tariffs: Does Poland Have Anything to Fear? Prof. Belka Points to Their amazing Effect

natemat.pl 21 hours ago
– Najbogatsi byliśmy od 1870 do 1913 roku. Wtedy byliśmy krajem taryf. A potem przeszliśmy na koncepcję podatku dochodowego – mówił kilka dni temu Donald Trump. Dziś o 22:00 czasu polskiego prezydent USA ma ogłosić, iż wprowadza serię ceł na niemal wszystkie importowane do USA produkty. Czy mamy się czego bać? Zapytałem o to profesora Marka Belkę.


Donald Trump wprowadził już szereg nowych ceł. Obejmują one import stali, aluminium i samochodów, a także wszystkie towary z Chin. Prezydent USA twierdzi, iż te środki, powodujące wzrost cen towarów zagranicznych, pomogą amerykańskim producentom i ochronią miejsca pracy.

We wszystkich cłach Trumpa trudno się połapać. Zapowiada je, wprowadza z godziny na godzinę, potem zmienia zdanie, obniża. jeżeli obłoży cłami dosłownie wszystko (szczegóły będą znane 2 kwietnia wieczorem), ułatwi pracę dziennikarzom, którzy będą mogli przestać pisać o jego gorączkowych zmianach. Ale utrudni życie wielu innym. O zagrożenia gospodarcze związane z planami prezydenta USA pytam profesora Marka Belkę.

– Największym problemem ceł Trumpa, jest to, iż one się codziennie mogą zmieniać. Prezydent USA ciągle wydaje jakieś komunikaty, które są ze sobą sprzeczne. Sytuacja zmienia się co tydzień, dwa. W takich warunkach trudno prowadzić jakąkolwiek działalność gospodarczą, przede wszystkim w Stanach Zjednoczonych – mówi w rozmowie z naTemat.pl profesor Marek Belka.

Co stracimy przez cła Trumpa?


Ekonomista tłumaczy, iż cła Trumpa nie powinny bezpośrednio odbić się na Polsce. Nie odczujemy wzrostu cen (z powodu ceł odwetowych), kraj nie zbiednieje. Ale nie oznacza to, iż tych ceł nie zauważymy. Ich wpływ może być widoczny w branży motoryzacyjnej.

– W naszym przypadku prawdopodobnie będziemy odczuwać negatywny wpływ eksportu samochodów europejskich do Stanów Zjednoczonych. My jesteśmy ich dużym eksporterem, ale w sposób pośredni. Nie przesadzałbym ze skalą bezpośrednich efektów ceł Trumpa – mówi prof. Belka.

Tłumaczy, iż groźne mogą być za to skutki pośrednie.

– O wiele ciekawsze – z ekonomicznego punktu widzenia – i mniej przewidywalne są skutki pośrednie. Sposób, w jaki te cła są wprowadzane, absolutnie destabilizuje perspektywy gospodarcze, przede wszystkim w Ameryce. To może prowadzić do deprecjacji dolara, czyli do zmniejszenia jego kursu. I to akurat może być dla Polski, dla polskich firm korzystne. Jesteśmy przecież importerem różnych surowców, które są denominowane w dolarach – tłumaczy prof. Belka.

To jedna strona. Z drugiej? Ameryce może grozić recesja, o której się zresztą coraz częściej mówi, oraz lekko podwyższona inflacja.

– To oznacza poważne wyzwanie dla amerykańskiego banku centralnego, bo w przypadku recesji i inflacji nie bardzo wiadomo, co robić, jak się przed tym ratować. To może destabilizować amerykańską gospodarkę. Można choćby spekulować, iż to będzie dla nas w zjawisko negatywne, oznaczające tzw. risk–off. Chodzi o mniejszą skłonność inwestorów do podejmowania ryzyka. W rezultacie aktywa finansowe takich jak Polska staną się mniej popularne. To byłoby dla nas zjawisko negatywne, bo oznaczałoby wzrost kosztów długu publicznego. Polska musiałaby po prostu więcej płacić za odsetki od pożyczonych pieniędzy – mówi nam ekonomista.

Nie jest jednak tak, iż grozi nam z tego powodu masowe bezrobocie czy wzrost cen w sklepach. Wskutek ceł odwetowych mogą podrożeć na przykład kalifornijskie pistacje czy amerykańskie awokado. Ale te produkty w o wiele większych ilościach sprowadzamy z innych krajów. Część z nich może choćby stanieć, jeżeli eksporterom będzie się bardziej opłacało sprzedawać je w Europie, a nie w USA.

Polski Instytut Ekonomiczny pochylił się nad danymi i wyliczył, iż w najgorszym wypadku (scenariusz ostrej wojny handlowej między USA a UE połączonej z odwetem ze strony Unii) PKB Polski może zmaleć o 0,43 proc. Bez działań odwetowych UE byłoby to nieco mniej – 0,38 proc. W najlepszym przypadku stracimy stosunkowo niewiele: od 0,11 do 0,15 proc. PKB. Maksymalne spadki eksportu w wielu branżach nie powinny przekroczyć 4 procent.

Spadki mogą wynikać z zakłócenia łańcuchów dostaw na skutek nakładania dodatkowych ceł przez obie strony i szerszego zakresu ograniczeń w handlu międzynarodowym. To przekłada się na wyższe koszty produkcji i mniejszą dostępność rynków zbytu oraz pogłębienie niepewności na rynkach, ograniczenie inwestycji i eksportu polskich firm uczestniczących w globalnych łańcuchach dostaw zarówno dla UE, jak i USA.

Dlaczego Trump zwiększa cła?


Możemy tylko domyślać się, co nim motywuje. Może wydaje mu się, iż to wzmocni amerykańską gospodarkę. Jego zdaniem na przykład niemiecka firma robiąca skrzynie biegów do amerykańskich aut powinna mieć fabrykę w Stanach, zatrudniać Amerykanów, płacić na miejscu podatki itp.

– Te trumpowskie zmiany ceł z jednej strony bezpośrednio oddziałują na handel, ale mają też bardzo duży wpływ na cały pejzaż makroekonomiczny gospodarki i amerykańskiej, i światowej. jeżeli cła są dobrze zeskalowane, wcale nie muszą wywołać zwiększenia inflacji i destabilizować gospodarki. Mogą wywołać skutki, nie chcę użyć słowa pozytywne, ale dokładnie takie, jakich się spodziewaliśmy. Mogą pomóc osiągnąć zakładany efekt – wyjaśnia prof. Belka.

Gospodarka USA jest silna na tle świata, ale nie jest w stanie wyprodukować wszystkiego. USA muszą sprowadzać do siebie więcej towarów, niż wysyłają na zewnątrz. Powstaje wtedy tzw. deficyt w handlu zagranicznym. Oznacza on, iż kraj więcej wydaje pieniędzy na zagraniczne zakupy, niż zarabia na sprzedaży swoich produktów w świat.

Deficyt sam w sobie nie jest jednoznacznie zły. Na przykład Polska też ma deficyt handlowy. Eksportujemy przetworzone owoce i warzywa, mięso, produkty mleczarskie, produkty elektromechaniczne, pojazdy, samoloty i statki. Ale za granicą musimy kupować paliwa, samochody, maszyny i sprzęt transportowy, chemikalia, minerały itp., których nie mamy lub nie produkujemy.

Trump chce, by USA z konsumenta stały się globalnym producentem. Sama koncepcja nie jest zła, ale czy taryfy magicznie odmienią oblicze gospodarki USA?

– Same cła nie muszą być czymś złym. Ale zły jest sposób, w jaki Trump je wprowadza. To wygląda na jakąś obsesję, on siecze tą brzytwą cen na lewo i prawo. To nie może przynieść efektów takich, jakie Trump zamierza osiągnąć, czyli obniżenia deficytu w handlu towarami – wyjaśnia prof. Marek Belka. Dodaje, iż cła mogą mieć też efekt, którego amerykański prezydent i jego doradcy mogli nie przewidzieć.

– Nawiasem mówiąc, możemy mieć do czynienia z pewnym odejściem od amerykańskiej waluty jako waluty światowej, rezerwowej. jeżeli Europa dobrze to rozegra, to może na tym zyskać i umocnić europejską walutę, zwiększyć jej wiarygodność i zaufanie inwestorów. Więcej światowych rozliczeń może przejść z dolara na euro – mówi ekonomista.

Tłumaczy, iż zarówno euro jak i dolar mają to do siebie, iż kształtują się na rynku w sposób swobodny i nikt nie próbuje nimi manipulować. Sprawia to, iż są walutami nadającymi się do kształtowania rezerw.

Komu Trump utrudni życie?


Trump zwykł powtarzać, iż "taryfy" to jego ulubione słowo. Czym one są? Taryfy to po prostu cło. jeżeli jakaś firma wysyła do USA towar o wartości 10 dolarów, to po nałożeniu 25 proc. cła, iż będzie on kosztował co najmniej 12,5 dolara. Te 2,50 zgarnia rząd. Firmy sprzedające towary importowane mogą albo wziąć podwyżkę na siebie, albo przerzucić ją na swoich klientów. Naiwnością byłoby sądzić, iż zrobią to pierwsze.

Naiwnością byłoby też sądzić, iż ceny wzrosną jedynie o 25 proc. jeżeli firma importująca wina z Francji do USA będzie sprzedawała drożej, popyt na jej towary spadnie. Cena wzrośnie więc mocniej, bo to przedsiębiorstwo będzie chciało sobie odbić straty, podniesie więc cenę jeszcze bardziej.

Wiele firm sprowadza też produkty dla siebie, na potrzeby bieżącej produkcji. Weźmy na przykład niemieckie skrzynie biegów do samochodów. Amerykańska firma instalująca je w swoich autach musi zapłacić o jedną czwartą więcej za skrzynię, co automatycznie podnosi cenę całego gotowego auta. Różnicę zapłaci oczywiście klient.

Co więcej, można się spodziewać bardzo wysokiego wzrostu cen w wielu przypadkach. Wyjaśnimy to na przykładzie samochodu. Amerykańska firma produkuje aluminium, które jest wysyłane do Kanady, tam robi się z niego tłoki do silników, które jadą do zmontowania w fabryce w Meksyku, następnie wracają do fabryki w USA, która wsadza je do samochodów. Każde z tych przekroczeń granicy podniesie cenę wyrobu o 25 proc. Analitycy już stwierdzili, iż ceny amerykańskich aut wzrosną o 4000–10000 dolarów za sztukę (szacunki Anderson Economic Group).

To nie wszystko, pozostało kilka mechanizmów, które mogą podbić ceny. Najłatwiej pokazać to na przykładzie… pralek. Trump za swojej pierwszej kadencji w ramach polityki "America First" wprowadził cła na zagraniczne pralki. Ale amerykańskie firmy nie były w stanie same zaspokoić popytu. Efekt był taki, iż liczba pralek na rynku spadła, zaś ich ceny wzrosły średnio o 34 procent. Po wygaśnięciu ceł spadły.

I dokładnie to samo może się stać z samochodami. Jednym z celów Trumpa są zagraniczne firmy motoryzacyjne. Amerykanie zaimportowali w zeszłym roku około ośmiu milionów samochodów za 240 miliardów dolarów. Była to połowa całkowitej sprzedaży aut w USA. Wątpliwe jest, by amerykańska motoryzacja była w stanie samodzielnie wypełnić taką lukę. A gdy przy niezmiennym popycie spada podaż, rosną ceny.

Jeszcze jedno: inne kraje nie będą się bezczynnie przypatrywać hasaniu Trumpa z cłami, wprowadzą swoje. Produkty z USA staną się więc odpowiednio droższe, konkurencyjność firm z USA spadnie. Efekt może być więc dla amerykańskiej gospodarki opłakany. Oczywiście inne kraje też zapłacą. Ale USA najbardziej.

– Urząd Statystyczny Stanów Zjednoczonych zaobserwował ostatnio dosyć znaczący wzrost importu do Stanów Zjednoczonych. Można byłoby powiedzieć, iż to przecież normalne, iż firmy w oczekiwaniu na cła importowe zaczęły robić zapasy. Ale wyszło na jaw, iż chodzi o zakupy złota. A to bardzo niebezpieczny sygnał, on oznacza, iż Amerykanie się boją. Jak się kupuje złoto, to znaczy, iż idą czasy złe. Jak czasy są złe, to się mniej konsumuje, i to może rzeczywiście być zwiastunem niedobrych wiadomości do amerykańskiej gospodarki – konkluduje prof. Marek Belka.

Read Entire Article