Cezary Tomczyk 8 września zakpił w Polsat News z Konfederacji, której kandydat Bartosz Bocheńczak nie został zarejestrowany w przedterminowych wyborach prezydenta Krakowa. Z około 5 tys. podpisów ponad 2 tys. uznano za błędne. Skutek jest brutalnie prosty: część prawicowych wyborców straciła swojego kandydata, a partia wiarygodność organizacyjną.
Drwina Tomczyka trafiła w czuły punkt
Wiceminister obrony narodowej Cezary Tomczyk wykorzystał porażkę krakowskich struktur Konfederacji do partyjnego ataku. W programie "Graffiti" Polsat News stwierdził, iż zamiast o Konfederacji można mówić o "kompromitacji". Słowna złośliwość polityka Koalicji Obywatelskiej nie wnosi nic do spraw miasta, ale trafiła na podatny grunt. Gdy ugrupowanie buduje swój przekaz na sprawności, odpowiedzialności i krytyce skostniałych elit, nie może polec na podstawowej procedurze wyborczej.
Tomczyk dorzucił oceny dotyczące pozycji Sławomira Mentzena w partyjnych strukturach. To już polityczna spekulacja jego konkurenta, a nie potwierdzony fakt. Sedna jednak nie da się zagadać: komitet nie zapewnił wymaganej liczby ważnych podpisów, choć zebrał ich znacznie więcej niż ustawowe minimum.
Ponad dwa tysiące błędnych podpisów
Bartosz Bocheńczak poinformował, iż jego kandydatura nie została zarejestrowana i wziął odpowiedzialność za porażkę. Według Sławomira Mentzena z około 5 tys. zebranych podpisów ponad 2 tys. było nieprawidłowych. Lider Nowej Nadziei wskazał, iż podpisujący mylili adres zamieszkania z adresem zameldowania. Szczegóły fiaska rejestracji i reakcji Mentzena opisaliśmy wcześniej.
Przepisy można uważać za nadmiernie formalne, zwłaszcza gdy komitet nie ma prostego narzędzia do sprawdzenia danych wyborcy. Odpowiedzialna organizacja musi jednak działać w prawie takim, jakie obowiązuje w dniu zgłoszenia. Trzeba szkolić wolontariuszy, kontrolować formularze na bieżąco i zostawić bezpieczny zapas. Inne sztaby potrafiły przejść tę procedurę.
Stawka nie dotyczy wyłącznie wizerunku partii. Przedterminowe wybory prezydenta Krakowa odbędą się 27 września, a nazwisko Bocheńczaka nie znajdzie się na karcie. Dla mieszkańców oznacza to uboższy wybór i brak reprezentanta jednego z liczących się nurtów prawicy w walce o zarządzanie drugim co do wielkości miastem Polski.
Mentzen wyciągnął konsekwencje
Sławomir Mentzen nie próbował zasłaniać porażki samym narzekaniem na przepisy. Odwołał Bocheńczaka z funkcji prezesa okręgu krakowskiego, zawiesił osoby pełniące funkcje w miejscowych strukturach i skierował ich sprawy do sądu partyjnego. To bolesna reakcja, ale polityczna odpowiedzialność ma sens tylko wtedy, gdy nie kończy się na słowach.
Sam Bocheńczak przeprosił wolontariuszy, sympatyków i wyborców. Takie przyznanie się do błędu zasługuje na odnotowanie. Nie przywróci jednak utraconej szansy. Krakowska kampania od początku miała być rachunkiem za chaos w mieście, tymczasem jeden z obozów wyeliminował się przed adekwatnym głosowaniem.
Prawica potrzebuje sprawności, nie wymówek
Liberalny obóz będzie teraz długo odcinał kupony od tej wpadki. Tomczyk już pokazał, jak łatwo zamienić błąd lokalnych struktur w ogólnopolski oręż. Odpowiedzią nie powinno być obrażanie się na szyderstwo ani budowanie teorii o złej woli komisji. Potrzebne są procedury, kontrola i ludzie zdolni doprowadzić zadanie do końca.
Dla polskiej prawicy to lekcja kosztowna, ale czytelna. Program obrony suwerenności, wolności gospodarczej i bezpieczeństwa państwa wymaga wiarygodnych wykonawców. Kto chce rządzić wielkim miastem albo krajem, musi najpierw dowieść, iż potrafi poprawnie zebrać trzy tysiące podpisów.
Źródło: WP Wiadomości za Polsat News, Biuletyn Informacji Publicznej Miasta Krakowa
Źródło: WP Wiadomości













