Rosja, która nie uległa – o taki obraz walczy dziś kremlowska propaganda

polska-zbrojna.pl 2 hours ago

9 maja, podczas obchodów Dnia Zwycięstwa, Władimir Putin po raz kolejny zapewniał Rosjan, iż zwycięstwo jest blisko. Kremlowska narracja pozostała niezmienna: Rosja prowadzi wojnę egzystencjalną, Zachód próbuje ją powstrzymać, ale rosyjska armia konsekwentnie realizuje swoje cele. Problem polega na tym, iż niemal równolegle zaczęły się pojawiać kolejne dane pokazujące zupełnie inny obraz wojny. „New York Times” wyliczył, iż przy obecnym tempie działań rosyjska armia potrzebowałaby około 30 lat, by zająć całość Donbasu. Niezależni rosyjscy analitycy z Mediazony i Meduzy oszacowali z kolei liczbę potwierdzonych rosyjskich zabitych na ponad 350 tys.

Obie liczby są oczywiście symboliczne – nie mówią, jak długo potrwa wojna ani kiedy Rosja wyczerpie swoje możliwości. Pokazują jednak coś znacznie ważniejszego: skalę narastającego rozdźwięku między propagandową wizją nieuchronnego triumfu a realiami wojny, która coraz bardziej przypomina kosztowny strategiczny impas.

Bo choć Rosja przez cały czas naciera, linia walk od miesięcy w zasadzie stoi, gdzieniegdzie tylko przesuwa się powoli, wręcz symbolicznie, a kolejne zdobywane miejscowości mają znaczenie co najwyżej taktyczne. choćby tam, gdzie rosyjskie wojska osiągają postępy, nie przekładają się one na załamanie ukraińskiej obrony ani zmianę ogólnej sytuacji operacyjnej.

REKLAMA

Efekty nierozstrzygające

Koszt tej wojny staje się za to coraz trudniejszy do ukrycia. Szacunek ponad 350 tys. potwierdzonych rosyjskich zabitych należy traktować ostrożnie, ale jednocześnie trudno go zignorować – zwłaszcza iż nie opiera się on na propagandowych komunikatach jednej ze stron, ale na analizie nekrologów, rejestrów spadkowych i danych administracyjnych. W praktyce oznacza to prawdopodobnie ponad milion wszystkich strat, jeżeli uwzględnić rannych, zaginionych i trwale niezdolnych do służby. Dla każdej armii byłby to poziom trudny do zaakceptowania. Rosja pokazała jednak, iż jest państwem zdolnym absorbować gigantyczne koszty ludzkie znacznie dłużej, niż zakładała część zachodnich analityków.
Nie zmienia to tego, iż wojna wpływa negatywnie na jakość rosyjskich sił zbrojnych. Zużywa najbardziej wartościowe kadry – zawodowych żołnierzy, doświadczonych podoficerów, specjalistów i oficerów niższego szczebla. Coraz większą rolę odgrywa system finansowego motywowania ochotników, wysokie premie rekrutacyjne oraz uzupełnienia budowane bardziej na ilości niż jakości.

A ta masa niczego już nie gwarantuje. Przez dekady rosyjska sztuka wojenna opierała się na założeniu, iż ostatecznie decydują skala, koncentracja sił i zdolność do nieustannego wywierania presji. Wojna w Ukrainie pokazała jednak, iż w warunkach pełnej transparentności pola walki model ten przestaje działać tak skutecznie jak dawniej. Drony, ciągłe rozpoznanie i powszechna obecność precyzyjnych środków rażenia sprawiły, iż koncentracja większych sił stała się znacznie trudniejsza niż jeszcze kilka lat temu. Kolumny pojazdów są wykrywane niemal natychmiast, logistyka pozostaje pod trwałą presją, a każda próba szybszego natarcia oznacza ryzyko bardzo wysokich strat. Rosyjska armia coraz częściej zmuszona jest prowadzić działania małymi grupami, stopniowo „wygryzając” kolejne pozycje przeciwnikowi, kosztem ogromnego zużycia ludzi i sprzętu.

A mimo to wciąż trudno jej osiągać efekty, które można byłoby uznać za strategicznie rozstrzygające.

Historyczny triumf

W takiej sytuacji propaganda przestaje być jedynie dodatkiem do działań wojennych, a staje się jednym z kluczowych narzędzi podtrzymywania społecznej mobilizacji. Kreml musi nieustannie przekonywać Rosjan, iż wojna zmierza w stronę zwycięstwa, choćby jeżeli front coraz bardziej przypomina kosztowną wojnę pozycyjną bez perspektywy szybkiego rozstrzygnięcia. Dlatego właśnie niedawne obchody 9 maja miały dla rosyjskich władz znaczenie znacznie większe niż wyłącznie symboliczne. Odwołania do Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, retoryka historycznej misji i zapewnienia o nieuchronnym triumfie mają budować poczucie ciągłości między zwycięstwem Związku Sowieckiego nad III Rzeszą a obecną wojną przeciwko Ukrainie i Zachodowi.

Problem polega na tym, iż współczesna wojna coraz mniej przypomina szybkie operacje manewrowe czy wielkie ofensywy znane z rosyjskiej pamięci historycznej. Zamiast spektakularnych sukcesów są powolne postępy okupione ogromnymi stratami, a zamiast obrazu pewnego siebie mocarstwa – państwo obsesyjnie skupione na ochronie własnego zaplecza przed atakami dronów. Im mniej widocznych sukcesów strategicznych na froncie, tym większego znaczenia nabiera więc sama narracja o zwycięstwie. Kreml musi dziś nie tylko prowadzić wojnę, ale także stale przekonywać społeczeństwo, iż wojna ma sens i zmierza ku korzystnemu finałowi.

Nie oznacza to oczywiście, iż Rosja stoi dziś na progu militarnego załamania. Państwo Putina przez cały czas dysponuje znacznymi zasobami ludzkimi, rozbudowanym przemysłem zbrojeniowym i gospodarką coraz mocniej podporządkowaną logice wojennej mobilizacji. Kreml wciąż jest zdolny do kontynuowania działań przez długi czas, szczególnie jeżeli będzie utrzymywał obecny model stopniowego, wyniszczającego nacisku. Problem polega na tym, iż coraz trudniej dostrzec drogę do zwycięstwa, które można byłoby przedstawić Rosjanom jako historyczny triumf. Zdobywanie kolejnych zrujnowanych miejscowości w Donbasie nie rozwiązuje podstawowego dylematu strategicznego: Ukraina przez cały czas walczy, jej państwo funkcjonuje, a Zachód – mimo zmęczenia wojną – nie wycofał wsparcia.

Elastyczna definicja

Po ponad czterech latach pełnoskalowych walk Rosja przez cały czas potrafi prowadzić wojnę. Coraz trudniej jednak ukryć to, iż konflikt, który miał być demonstracją rosyjskiej siły, stał się demonstracją jej ograniczeń. Dlatego coraz bardziej prawdopodobny wydaje się scenariusz, w którym Kreml będzie próbował przedstawić samo utrzymanie okupowanych terytoriów jako sukces wystarczający do zamrożenia konfliktu. Innymi słowy, Moskwa może być zainteresowana nie tyle spektakularnym triumfem, ile takim zakończeniem wojny, które da się politycznie sprzedać jako dowód rosyjskiej odporności i skuteczności.

I może właśnie dlatego coraz częściej słychać w rosyjskiej narracji nie tyle zapowiedzi wielkiego przełomu, ile ostrożne sugestie, iż najważniejsze cele zostały już w praktyce osiągnięte. Jeszcze na początku inwazji Kreml mówił o „denazyfikacji”, zmianie władz w Kijowie i podporządkowaniu Ukrainy rosyjskiej strefie wpływów. Dziś retoryka jest znacznie bardziej defensywna. Coraz częściej akcent pada właśnie na „obronę zdobytych terytoriów”, na „powstrzymanie NATO” czy „historyczne przetrwanie Rosji pod zachodnią presją”. To nie jest przypadek. Im trudniej o wyraźne sukcesy militarne, tym bardziej definicja zwycięstwa staje się płynna i politycznie elastyczna. Kreml próbuje obniżać społeczne oczekiwania, jednocześnie utrzymując atmosferę mobilizacji i oblężonej twierdzy. Byle tylko zachować podstawowy element putinowskiego systemu: obraz Rosji jako państwa, które nie uległo presji silniejszego przeciwnika.

Marcin Ogdowski dziennikarz „Polski Zbrojnej”, korespondent wojenny, autor bloga bezkamuflazu.pl
Read Entire Article