Propozycja politycznego myślenia Polaków w XXI wieku

wiernipolsce1.wordpress.com 1 hour ago

od geopolityki terytorium do geopolityki funkcji

Przez wieki Polacy zadawali jedno polityczne pytanie: jakie powinny być nasze granice?

To sposób myślenia rodem z feudalizmu. Decydenci zachowywali się jak rolnicy: skoro ziemia daje siłę, trzeba mieć jej więcej. W tamtym świecie miało to sens. Więcej ziemi oznaczało więcej ludzi, gospodarstw, danin, dochodów i wojska. Ziemię niemal ubóstwiono: „Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród…”

Z czasem ziemia przestała być jedynym zasobem. Świat się zmienił, ale polityczne myślenie nie zawsze za nim nadążyło. Dziś o sile państwa decydują przede wszystkim technologia, nauka, kapitał, produktywność, infrastruktura, energia, informacja i zdolność organizacyjna. Dlatego pytanie XXI wieku powinno brzmieć inaczej: dokąd skierować polski potencjał i jakie funkcje przestrzeni potrafimy organizować?

Nie pytajmy najpierw, co odzyskać. Pytajmy, jaką przestrzeń możemy współtworzyć — i dlaczego polskie państwo tak często umiało widzieć tylko jeden kierunek naraz.

Trzy lekcje historii

1. Wielkość nie wystarczy

Wielkie Księstwo Litewskie i Księstwo Moskiewskie pokazują, iż o sukcesie nie decyduje sama skala. Litwa nie ograniczała się do podboju ziem ruskich. Potrafiła wykorzystywać istniejące struktury, elity i funkcje, włączając je do własnego organizmu politycznego. Moskwa również nie dostała późniejszej pozycji w prezencie. Jej książęta użyli układu sił stworzonego przez Złotą Ordę, gromadzili zasoby i stopniowo budowali przewagę. Nie oni stworzyli sytuację geopolityczną. Oni potrafili ją zorganizować. Wniosek jest prosty: nie wystarczy mieć potencjał. Trzeba umieć go składać w trwały mechanizm. Strategia państwa powinna więc wyglądać tak: obserwacja → analiza → rozpoznanie możliwości → porównanie wariantów → cel → działanie → korekta.

2. Unia Lubelska: wielkość, która wygasiła drugi wektor

Rzeczpospolita Obojga Narodów była ogromnym organizmem politycznym. Wielkość nie dała jej jednak strategicznej podmiotowości w pełnym sensie tego słowa. Interesy magnackie, rodowe, majątkowe, religijne i lokalne wchodziły w decyzje państwa. Problem nie polegał tylko na tym, kto podejmował decyzję. Problem polegał na tym, czy istniał mechanizm pozwalający odróżnić interes państwa od interesu grupy.

Można to nazwać korupcją systemową decyzji państwowych. Nie chodzi o filmową kopertę. Chodzi o sytuację, w której interes grupowy zostaje przedstawiony jako interes państwa.

Ale jest lekcja ważniejsza. Wczesna Polska potrafiła myśleć o Zachodzie przynajmniej wyrywkowo. Mieszko wiąże państwo z łacińskim systemem. Chrobry działa i na Milsku, i na Łużycach, i w Czechach, i w logice zjazdu gnieźnieńskiego. To nie była jeszcze wielopokoleniowa strategia. To był jednak instynkt, iż przestrzeń na zachód od rdzenia też należy do pola gry. Rzeczpospolita nie zastąpiła tego instynktu lepszym projektem. Ona sprawiła, iż choćby wyrywkowość zaczęła wygasać. Nie dlatego, iż unia z Litwą była z definicji błędem. Wschód dawał skalę, zasoby, głębokość i przez pewien czas pozycję mocarstwową. Teza nie brzmi więc: zamiast Rzeczypospolitej Zachód. Teza brzmi: razem. Państwo powinno było utrzymać organizm wschodni i nie wypuścić z rąk zdolności widzenia Śląska, Czech, Łużyc oraz reszty zachodniej przestrzeni słowiańskiej jako własnego zadania. RON zabił właśnie to „razem”. Nie jednym zakazem, ale konstrukcją. Wielka własność i wielka polityka usiadły na wschodzie. Najgłośniejsze zagrożenia szły od Moskwy, Tatarów, Turcji i Kozaczyzny. Sejm nie porównywał wariantów, tylko blokował. Elekcyjność niszczyła ciągłość. Mapa państwa zaczęła pokrywać się z mapą fortun i lęków tych, którzy realnie decydowali. W takim układzie Wschód stawał się jedyną przestrzenią „poważnej” polityki. Zachód zostawał kulturą, prestiżem, małżeństwem, rynkiem albo zagrożeniem. Przestawał być projektem. Niech historia Rzeczypospolitej będzie dla nas laboratorium świadomości politycznej. Bowiem pokazuje, iż nie wystarczy stworzyć wielkie państwo. Trzeba jeszcze wiedzieć, czemu ma służyć — i nie pozwolić, by jeden pilny wektor zjadł wszystkie pozostałe.

3. Śląsk, Połabie i zostawiona Słowiańszczyzna zachodnia

Śląskiem przez stulecia rządzili Piastowie śląscy — dynastie należące do tego samego świata rodowego i kulturowego. To nie była odległa obczyzna. Istniały więzi krwi, prawa, Kościoła i polityki. Mimo to polskie centrum nie zbudowało wokół Śląska trwałej, wielopokoleniowej strategii. Śląsk stopniowo wszedł w obieg czeski, potem habsburski, potem pruski. Kazimierz Wielki zamknął sprawę świadomym zrzeczeniem. To była decyzja państwa, nie kaprys pogody. Jeszcze wcześniej, między Odrą a Łabą, istniał cały świat słowiańskich organizmów politycznych: Obodryci, Wieletowie, Lucice, Stodoranie, Hawelanie, Redarowie i inni, a na południu Łużyczanie, Milczanie i Dalemińcy. Na Rugii żyli Ranowie, a ich ośrodkiem była Arkona. Nie wszystkie te wspólnoty były państwami w dzisiejszym znaczeniu. Miały jednak przywódców, wojsko, interesy i własną logikę. Był to realny świat polityczny. Polskie centrum nie potraktowało go jako przestrzeni trwałej współpracy. Nie musimy udawać, iż znamy jeden motyw. Mogły decydować interesy dynastyczne, konflikty wewnętrzne, ograniczona wiedza, logika elit i instytucji. Własną logikę miał też Kościół. Polska, przyjmując chrzest, weszła w system cesarza i Rzymu. Część Słowian połabskich została po drugiej stronie tej granicy. Sojusz z nimi stawał się kosztowny politycznie, choćby jeżeli bywał taktycznie używany. Nie trzeba twierdzić, iż biskupi celowo zniechęcali Polaków do współpracy z zachodnimi Słowianami. Wystarczy stwierdzić skutek: zachodnich Słowian zostawiono pod presją cesarza, marchii, biskupstw, klasztorów, prawa miejskiego i osadnictwa. To nie był piknik. To był podbój i wciąganie przestrzeni do sprawniejszego systemu. Tu trzeba jednak oddzielić żal od chronologii. Połabia jako świata politycznego nie „zostawiła” Rzeczpospolita. Ta sprawa przesądzała się głównie w XI–XIII wieku, gdy Polska sama wpadała w rozbicie dzielnicowe. Księstwa Rzeszy bywały słabe jako osobne organizmy. Siła strony teutońskiej nie polegała na potędze każdego księstewka. Polegała na układzie: osadnik, prawo, miasto, biskupstwo, klasztor, marchia. Słabe księstwo wpięte w sprawny system bije silne hasło bez systemu. Polska nie przegrała tam tylko brakiem zainteresowania. Przegrała brakiem ciągłości organizacyjnej. Dlatego nie należy mówić, iż wystarczyło „zamiast unii wschodniej zająć się Słowianami pod Teutonami”. To tani anachronizm. Realniejsze pytanie jest inne: dlaczego choćby tam, gdzie czas jeszcze istniał — na Śląsku, na Łużycach, w relacjach z Czechami — polskie państwo nie utrzymało drugiego wektora? I dlaczego późniejsza „Europa jagiellońska”, gdy Polska, Litwa, Czechy i Węgry na chwilę znalazły się w jednym polu dynastycznym, nie została zamieniona w trwałą funkcję, tylko w epizod, po którym przestrzeń środkowoeuropejską domknął Wiedeń? Dla projektanta państwa ważniejsze są skutki niż motywacja. Historia nie jest sądem. Jest testem systemu. Nie jest najważniejsze, czy decyzję podjęto z geniuszu, głupoty, presji grupy interesu czy pod wpływem alkoholu. Najważniejsze, dlaczego system pozwolił, by błąd albo zaniechanie pracowały przez kilka pokoleń. Projektant nie musi wiedzieć, dlaczego człowiek popełnił błąd. Musi wiedzieć, dlaczego państwo nie potrafiło tego błędu zatrzymać, ograniczyć albo skorygować.

Geopolityka funkcji

W XXI wieku siła państwa coraz mniej zależy od samego posiadania przestrzeni. Coraz bardziej zależy od tego, kto potrafi organizować jej funkcje. Kto organizuje transport? Kto kontroluje łańcuchy dostaw? Kto tworzy technologie? Kto posiada kapitał? Kto organizuje przepływy energii? Kto tworzy centra naukowe? Kto wyznacza standardy? Kto kontroluje infrastrukturę cyfrową? To jest geopolityka funkcji. Nie musimy zdobywać przestrzeni. Musimy nauczyć się ją organizować. I musimy nauczyć się organizować więcej niż jeden kierunek naraz. Polska jako możliwe centrum funkcjonalne Europy Środkowej powinna patrzeć na tę część kontynentu nie jak na zbiór przypadkowych państw, ale jak na przestrzeń współpracy. Podstawowym układem pozostaje Polska–Czechy–Słowacja. Do tego dochodzi szersza przestrzeń gospodarcza Bałtyk–Odra–Dunaj–Adriatyk. Dochodzi dziedzictwo zachodniej Słowiańszczyzny, w tym Łużyczan. Dochodzi też oś północno-zachodnia: Bałtyk–Łaba–Morze Północne. Symbolicznie można tę przestrzeń przedłużyć po Ren. Nie jako granice. Jako przestrzeń funkcjonalna. „Powrót nad Łabę i Ren” nie oznacza przesuwania mapy, rewizjonizmu ani walki z Niemcami. Oznacza powrót polskiej aktywności do przestrzeni, w której od stuleci rozstrzygają się losy Europy: przez gospodarkę, technologię, naukę, kulturę, kapitał, infrastrukturę i organizację współpracy. Nie musimy nikogo wypierać. Musimy współtworzyć przestrzeń, zamiast jedynie się do niej dostosowywać. To samo dotyczy Wschodu. Polska nie może projektować funkcji Europy Środkowej tak, jakby bezpieczeństwo na wschodzie było dniem wczorajszym. Właśnie to był stary błąd w drugą stronę. Jeden wektor nie może znowu zjeść reszty. Dziś „razem” znaczy: utrzymać zdolność obrony i jednocześnie organizować środkowoeuropejskie łańcuchy energii, transportu, produkcji, danych i nauki.

Nie projektujmy państwa dla świata, który się kończy. Projektujmy je dla świata, który powstaje.

Polska nie powinna być państwem antyniemieckim, antyrosyjskim ani antyamerykańskim. Nie powinna też być państwem dogmatycznie podporządkowanym któremukolwiek kierunkowi. Powinna mieć własne interesy, własną strategię i własną zdolność organizacyjną. Potrzebujemy nie kolejnego programu wyborczego, ale ludzi projektujących państwo. Państwo, które myśli kategoriami pokoleń, a nie jednej kadencji. Rozpoznaje zmiany i możliwości. Potrafi odróżnić interes państwa od interesu grupy. Kontroluje strategiczne decyzje. Porównuje warianty. Koryguje kurs. Uczy się na własnych błędach. Najgroźniejszy błąd starej Rzeczypospolitej nie polegał wyłącznie na tym, iż poszła na Wschód. Polegał na tym, iż po tym wyborze straciła umiejętność trzymania drugiej linii. Zostawiła zachodnią przestrzeń słowiańską i środkowoeuropejską jako zadanie dla kogoś innego. Potem sama musiała wchodzić do ładu, którego nie współprojektowała.

Dokąd więc polityka polska powinna iść? Nie na zdobywanie starych terytoriów.

Nie na odtwarzanie dawnych granic.

Nie na wieczną walkę na Wschodzie kosztem wszystkiego innego.

Nie na podporządkowanie się Zachodowi. ale na budowanie własnego centrum funkcjonalnego w Europie Środkowej.

Nie pytajmy więc: co mamy odzyskać?

Pytajmy: jaką przestrzeń możemy współtworzyć — i jaki mechanizm państwa nie pozwoli, by znowu jeden interes, jedna kadencja albo jeden lęk zajął całe pole widzenia? To są punkty wyjścia do projektowania Rzeczypospolitej XXI wieku. I każdego następnego.

I uwaga do ortodoksów patriotycznych – nie zachęcam do rezygnacji terytorialnych lub likwidacji polskiego państwa narodowego, zachęcam do umiejętności wykorzystywania naszej przestrzeni geopolitycznej.

Autor: Zbigniew Jacniacki

Propozycja politycznego myślenia Polaków w XXI wieku- od geopolityki terytorium do geopolityki funkcji

Read Entire Article