Podczas ćwiczeń „Dzielny okoń 2026” testowaliśmy różne scenariusze związane z operowaniem dronów nawodnych i powietrznych. A działania tego typu po raz pierwszy realizowaliśmy w tak szerokim zakresie – przyznaje kmdr ppor. Damian Przybysz z dowództwa 3 Flotylli Okrętów w Gdyni.
Za nami „Dzielny okoń 2026”, czyli jedna z morskich odsłon „Czarnego obrońcy”. Ćwiczenia wyjątkowe choćby ze względu na eksperymentalne epizody z wykorzystaniem dronów…
Kmdr ppor. Damian Przybysz
: To prawda. W marynarce wojennej bezzałogowców używamy od dawna. Realizują one jednak przede wszystkim zadania związane z poszukiwaniem, weryfikacją i niszczeniem obiektów podwodnych, a także skanują morskie dno na potrzeby hydrografii. Tym razem sięgnęliśmy po drony skonstruowane z myślą o misjach rozpoznawczo-uderzeniowych. Stało się to możliwe dzięki współpracy z Grupą WB. Czasy się zmieniają, obserwujemy szybki rozwój tego typu technologii. Wiemy, iż mogą one stanowić dla nas zagrożenie, ale z drugiej strony istotnie wesprzeć działania naszych sił…
A na jakich aspektach skupialiście się, układając scenariusz ćwiczeń?
Zagadnienie potraktowaliśmy bardzo szeroko. Dość powiedzieć, iż podczas „Dzielnego okonia” wykorzystywaliśmy zarówno bezzałogowy pojazd nawodny USV StormRider 850, jak i kilka dronów latających – rozpoznawczego FlyEye’a, a także dwa typy amunicji krążącej Warmate 3 i Warmate 5.
No to po kolei: jak wyglądały epizody z udziałem StormRidera?
Pojazd obsadziliśmy w dwóch całkowicie odmiennych rolach. Początkowo działał na rzecz przeciwnika. Pierwsze zadanie operatorów delegowanych przez Grupę WB i 3 Flotyllę Okrętów polegało na zaatakowaniu portu wojennego w Gdyni. Założyliśmy, iż pojazd, który porusza się z dużą prędkością, przejdzie przez główki i zacznie penetrować portowe baseny. Chcieliśmy zweryfikować nasz system ochrony. Sprawdzić, jak gwałtownie będziemy w stanie wykryć zagrożenie, uruchomić odpowiednie procedury, aktywować uzbrojenie.
Kolejny epizod został rozegrany już na otwartym morzu. Tutaj StormRider atakował konwój złożony z okrętu transportowo-minowego 8 Flotylli Obrony Wybrzeża, który przerzucał siły z Gdyni do Świnoujścia, a także dwóch osłaniających go okrętów bojowych – fregaty ORP „Gen. T. Kościuszko” i korwety ORP „Kaszub”. Tutaj z kolei załogi mogły sprawdzić, jak wygląda echo radarowe takiego drona, w jaki sposób widać go w podczerwieni, no i przede wszystkim: na ile skuteczna wobec takiego uderzenia jest stosowana przez nas taktyka, która wiąże się z osłoną szczególnie cennych jednostek. Bez wdawania się w szczegóły mogę powiedzieć, iż zdała ona egzamin.
Ale jak rozumiem, w części epizodów StormRider działał także na rzecz naszej marynarki?
Właśnie tak. Pojazd współpracował z fregatą podczas jednego z patroli. Pomógł przeprowadzić rozpoznanie statku podejrzewanego o przynależność do rosyjskiej floty cieni – tę rolę odegrał okręt hydrograficzny ORP „Heweliusz”. Dzięki zamontowanej na dronie głowicy optoelektronicznej operatorzy mogli śledzić, co się dzieje na pokładzie sprawdzanej jednostki. Finałem stała się operacja boardingowa w wykonaniu Formozy. W innym epizodzie StormRider rozpoznał potencjalny cel, znajdujący się poza horyzontem. Na podstawie jego wskazań marynarze pionu uzbrojenia z fregaty i rozmieszczony na wybrzeżu moduł Morskiej Jednostki Rakietowej przeprowadzili skoordynowane uderzenie.
Na rzecz marynarki wojennej działały też zresztą startujące z pokładu „Kościuszki” drony powietrzne. FlyEye przeprowadził rozpoznanie i wskazał operatorowi Warmate’a cel – umieszczoną na morzu tarczę. A ten przeprowadził symulowane uderzenie. Jednocześnie nasi marynarze przećwiczyli zwalczanie tego typu bezzałogowców. Scenariuszy i korzyści, które z nich wypływały, było więc całkiem sporo…
Pytanie tylko, czy takie ćwiczenia będą powtarzane? No i czy marynarka będzie rozwijać zdolności wynikające z użytkowania dronów tak różnych typów?
Trudno dziś mówić o szczegółach, na pewno jednak drony to przyszłość. Czynnik, który mógłby w istotny sposób wpłynąć na zdolności prowadzenia rozpoznania na morzu i ograniczenie kosztów z tym związanych, na wzmocnienie potencjału okrętów, które nie mają na pokładzie broni rakietowej, na tak zwaną saturację, a mówiąc inaczej – przeciążenie obrony przeciwlotniczej przeciwnika podczas operacji wielodomenowych. Siły zbrojne rozbudowują potencjał związany z systemami bezzałogowymi, zakładam więc, iż proces ten będzie coraz bardziej widoczny także w marynarce wojennej.