Choć Prezydent Karol Nawrocki zawetował ustawę wymierzoną w niezależne media, kanały internetowe i portale, rządząca koalicja nie ustaje w kolejnych próbach wprowadzenia unijnej dyrektywy o Usługach Cyfrowych (DSA). Przypomnijmy – w pierwotnej wersji ustawy proponowali, aby urzędnicy mogli w każdej chwili usuwać z Internetu treści, które arbitralnie uznają za „nielegalne”. Nie przewidziano kontroli sądowej nad decyzjami biurokratów. Co więcej, nie zamierzano choćby informować osób, które padłyby ofiarą takiej cenzury.
Mimo weta Nawrockiego, rząd Tuska nie ustaje w próbach wprowadzenia cenzury. Wdług zawetowanej niedawno ustawy, możliwość występowania z wnioskiem o blokowanie „nielegalnych treści” miały otrzymać „zaufane podmioty sygnalizujące”. Beneficjentem tego rozwiązania zostałyby skrajnie lewicowe organizacje zajmujące się tropieniem w Polsce „faszyzmu” i „mowy nienawiści”, które zyskałyby w ten sposób nieograniczone możliwości do cenzurowania wszystkiego, co same arbitralnie uznają za „szerzenie nienawiści”.
Gdyby to weszło w życie, najbliższą kampanię wyborczą poprzedziłoby masowe zamykanie niepokornych portali – od Radia Maryja, przez Kanał Zero, TV Republikę i Najwyższy Czas po nasz portal Magna Polonia.
Dzieki świetnej analizie ustawy cenzorskiej, którą sporządził Instytut Ordo Iuris, część krytycznych uwag pod adresem ustawy została uwzględniona przez sejmową Komisję Cyfryzacji, Innowacyjności i Nowoczesnych Technologii, która zachowała jednak przepisy pozwalające na natychmiastowe usuwanie z internetu treści podejrzanych o „nielegalność”. Kolejne argumenty Ordo Iuris zostały przyjęte w Senacie, który w poprawkach wykreślił możliwość nadawania rygoru natychmiastowej wykonalności decyzjom prezesa UKE o usuwaniu z internetu „nielegalnych treści”.
Ostatecznie, opierając się na argumetanch Ordo Iuris, prezydent Nawrocki zawetował groźną, totalitarną ustawę. Czyniąc to, przywołał zarzuty, podnoszone przez prawników Ordo Iuris. Wskazał, iż nie może podpisać ustawy, która „w praktyce oznacza administracyjną cenzurę, tym bardziej, iż wpisano do niej możliwość finansowania tzw. zaufanych sygnalistów, którzy za publiczne pieniądze mieliby wskazywać nieprawomyślne treści i obywateli, którzy takie poglądy wyrażają”.
Choć nowelizacja ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną trafiła do kosza, nie oznacza to, iż możemy spać spokojnie. Rząd już zapowiedział przedstawienie kolejnej propozycji ustawy, implementującej unijny Akt o Usługach Cyfrowych. Niewykluczone też, iż rządzący będą chcieli bezprawnie cenzurować Polaków w inny sposób. Pokazują to działania ministra Waldemara Żurka, który powołuje właśnie 16 zespołów prokuratorskich, mających zajmować się walką z tzw. „mową nienawiści”.
Co więcej, działania tych zespołów mają dotyczyć nie tylko pochodzenia czy religii, ale również „płci”. I tu zaczyna się poważny problem. W uzasadnieniach do tych rozwiązań oraz w dokumentach, do których odwołują się żurkowcy, płeć nie jest rozumiana jako biologiczna oczywistość, ale w duchu Konwencji stambulskiej – czyli jako „tożsamość płciowa”, rozumiana jako zespół cech społecznych, kulturowych i deklaratywnych.
Oznacza to, iż granica między opinią, krytyką a „przestępstwem” staje się całkowicie płynna i uznaniowa. W praktyce prowadzi to do chaosu prawnego, w którym prokuratorzy będą zmuszeni interpretować ideologiczne, genderowe definicje, zamiast jasnych norm prawa, a zwykli obywatele nigdy nie będą mieli pewności, czy ich wypowiedź nie stanie się podstawą postępowania karnego.
Wraz ze zmianami w sądach, gdzie dochodzi do manualnego wyznaczania przez ministra sędziów prowadzących dane sprawy, możemy spodziewać się szeregu politycznych procesów, w których wyrok znany będzie jeszcze przed wyjściem zarzutów z prokuratury.
Polecamy również: Zabrali rodzicom dziecko, bo nie zgodzili się na jego „tranzycję”










