MASOWA EKSTERMINACJA LUDNOŚCI POLSKIEJ
...to nie historia się powtarza, ale powtarzają się ludzie, właśnie z całym złem (Włodzimierz Odojewski)
Masową eksterminację ludności polskiej, dokonaną przez nacjonalistów ukraińskich w czasie II wojny światowej określić należy jako ludobójstwo. Pierwszym badaczem, który zwrócił uwagę na to, iż jedynie ten termin odpowiada rozmiarowi popełnionych przez Ukraińców zbrodni, był prof. dr Ryszard Szawłowski. Wykładnię i uzasadnienie zamieścił w Przedmowie do książki Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939-1945, rozwijając ją w następnych pracach i wykazując, iż zbrodnia wołyńsko-małopolska było trzecim ludobójstwem na narodzie polskim, po niemieckim i sowieckim popełnionym w czasie ostatniej wojny. Taką samą kwalifikację zbrodni OUN- UPA przyjęli prokuratorzy z Głównej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu Instytutu Pamięci Narodowej prowadzący śledztwa w sprawie. W ocenie karnoprawnej odnośnych zbrodni IPN posłużył się Konwencją o zapobieganiu i karaniu zbrodni ludobójstwa oraz artykułem 118 § 1 polskiego kodeksu karnego z 1997 r. Takie podejście wydaje się w pełni uzasadnione, gdyż czyny, jakich dopuścili się ukraińscy nacjonaliści z OUN-UPA i ich miejscowi pomocnicy w imię budowania swego samodzielnego państwa, zasługują w pełni na to miano. Sprawcy stosowali ścisłą segregację rasistowską i etniczną – zabijali swe ofiary tylko dlatego, iż były Polakami.
Zdecydowaną większość ofiar, których liczba ustalana w kolejnych badaniach historyków zbliża się do 200 tysięcy, stanowili polscy chłopi, najczęściej wielodzietne rodziny. Podczas mordów nie oszczędzano kobiet (nawet brzemiennych), dzieci i starców. Dla morderców nie miało znaczenia, jaki był status społeczny czy majątkowy ofiar. Nieistotnym było, jaki wykonywali zawód i jakiego byli wyznania. Zabijano zarówno Polaków wyznania katolickiego, greckokatolickiego, jak i prawosławnego od pokoleń, na równi z tymi, którzy mieli nadzieję, iż dzięki zmianie wiary i złożeniu deklaracji wierności państwu ukraińskiemu ocalą życie. Nie mieli szans, bo Polacy zostali uznani przez rasistów ukraińskich za inny, obcy, skazany na wytępienie, gatunek. Dlatego mordowano też polsko-ukraińskie rodziny mieszane. Nacjonaliści ukraińscy uważali, bowiem, iż przez taki związek małżeński krew została „skażona”. Używali wobec takich rodzin pogardliwej nazwy krzyżaki, a wobec zrodzonych w nich dzieci – pokurczi . Czasem zabijano tylko małżonka polskiego i dzieci jego płci – gdyż według dawnej tradycji wiara i determinująca ją narodowość przechodziły z polskiego ojca na synów, a z polskiej matki na córki.
Nie miało też znaczenia, czy Polacy wobec swoich ukraińskich sąsiadów byli dobrzy, czy źli. Co ciekawe, ale i zatrważające, największe szanse na ocalenie mieli ci Polacy, których stosunki z Ukraińcami były złe, bo opuszczali swe domy i uciekali do większych miast na pierwszy sygnał zagrożenia. Tymczasem zdecydowana większość Polaków nie spodziewała się ataku i nie czuła się zagrożona. Ludzie żyjący od lat wśród swych rusińskich sąsiadów, nierzadko powiązani z nimi przyjaźnią i więzami rodzinnymi, razem pracujący i świętujący, musieli w bardzo krótkim czasie przełamać w swojej świadomości stereotyp gotowego do współpracy kolegi czy powinowatego i ujrzeć w nim wroga niosącego nieuchronną zagładę. W bardzo wielu wypadkach, co potwierdzają setki relacji ocalałych, do takiej przemiany nie doszło. Ludzie oszukiwali się, iż straszne wieści dochodzące z innych wiosek dotyczą Polaków, którzy coś przewinili ukraińskim sąsiadom. Częste były też przypadki, kiedy nacjonaliści ukraińscy wykorzystywali naiwność Polaków, „gwarantując im bezpieczeństwo” tylko po to, by nie dopuścić do opuszczenia przez nich wsi, gdy tymczasem wyrok śmierci na nich był już wydany. To czynnik psychologiczny był główną przyczyną wysokich strat i bezbronności ludności polskiej wobec tego masowego ludobójstwa.
Kresowi Polacy ginęli zdumieni i przerażeni tym, iż męczeńska śmierć spotyka ich z ręki dobrego znajomego czy krewnego. Liczenie na powiązania rodzinne okazywało się zawodne, bo nacjonaliści mordowali nie tylko Polaków, ale i Ukraińców odmawiających zabicia swych polskich współmałżonków i dzieci. Eksterminowano też rodziny ukraińskie udzielające Polakom pomocy, a choćby Ukraińców, w tym duchownych, wyrażających się krytycznie o zbrodniach i ich wykonawcach.
Okrucieństwo i bezwzględność, z jakimi traktowano napadniętych, pastwienie się nad ofiarami i stosowanie wobec nich wyrafinowanych tortur zasługują na szczególnie potępienie. Dlatego ludobójstwo to określić należy mianem genocidum atrox – czyli ludobójstwa okrutnego (strasznego).
Akcja eksterminacyjna ludności polskiej rozpoczęła się już we wrześniu 1939 roku, ale dopiero w drugiej połowie roku 1942 liczba zabitych zaczęła lawinowo rosnąć – od Wołynia, Polesia aż do Małopolski Wschodniej. Wiosną 1943 roku wyniszczana ludność wiejska Wołynia zaczęła chronić się do pobliskich miasteczek i miast. Latem i jesienią tego roku terror ukraiński osiągnął niesłychane wręcz rozmiary, płonęły liczne polskie wsie, a ludzi mordowano w bestialski sposób. Apogeum ludobójczej akcji na Wołyniu nastąpiło 11 lipca 1943 roku, w dniu ukraińskiego święta Piotra i Pawła. Ukraińscy nacjonaliści i miejscowa ludność zaatakowali polskich mieszkańców równocześnie w prawie stu miejscowościach. Polacy nie mieli szans, bo stanowili na Wołyniu tylko kilkanaście procent mieszkańców. Część, szukając ocalenia, skupiała się w wybranych wsiach, gdzie tworzyła samoobrony i odpierała ataki napastników. Nie wszystkie dały im jednak ocalenie. Większość samoobron pokonano, a ludność tam zgromadzona została zamordowana. Chociaż to prawda niewygodna, gdyby nie nadejście frontu rosyjskiego nie przetrwałaby żadna samoobrona, a los wołyńskich i małopolskich Polaków byłby przesądzony – Ukraińcy wymordowaliby bez litości wszystkich, których udałoby się im się dopaść.
Opis typowego napadu na polskie wsie znajdziemy w licznych relacjach, sprawozdaniach organizacji podziemnych i raportach oddziałów działającej w Generalnym Gubernatorstwie Rady Głównej Opiekuńczej. Oto grupy uzbrojone w broń maszynową i ręczną okrążały daną miejscowość i oświetlały ją rakietami, a okoliczna ludność ukraińska, uzbrojona w narzędzia gospodarcze, napadała na poszczególne domy i mordowała śpiących domowników. Po dokonaniu mordu podpalano zabudowania mieszkalne i gospodarcze. Napadom prawie zawsze towarzyszyła grabież mienia napadniętych. Tym zajmowały się głównie kobiety i młodzież.
Krwawa akcja ukraińska była tak rozległa, iż prawie żadna wołyńska rodzina nie pozostała w komplecie. Należy tez podkreślić, iż chłopi polscy do ostatniej chwili trzymali się kurczowo swego dobytku i opuszczali go dopiero wtedy, gdy było już za późno na jakąkolwiek sensowną i zorganizowaną ewakuację. Przemyślana przez Ukraińców eksterminacja nie dawała ofiarom większych szans na przeżycie. Zbrodni dokonywano nocą i we wczesnych godzinach porannych, dlatego osoby, którym udało się ujść mordercom, były choćby bez odzieży i obuwia. Była to tzw. ucieczka z duszą. choćby wtedy, gdy ocaleli cokolwiek uratowali, musieli ostatki mienia porzucać, bo inaczej nie przeżyliby długiej drogi w terenie opanowanym przez zorganizowane grupy napastników, którzy osaczali i nękali przemieszczających się ludzi. Dlatego regułą było, iż uchodźcy wołyńscy przybywając do miast byli kompletnymi nędzarzami. W miastach panował głód i choroby, bo nacjonaliści z OUN - UPA mordowali każdego, kto chciał wrócić do swego gospodarstwa po żywność, a sami zakazali pod karą śmieci sprzedawać jej Polakom.
Dlatego tysiące Polaków pieszo i furmankami posuwało się istnymi „marszami śmierci” w dwóch kierunkach: w kierunku zachodnim, na Chełm, Lublin i Warszawę, rozpraszając się w centralnej Polsce, i w kierunku południowym, na Lwów i Przemyśl, w kierunku Małopolski. Większość była w położeniu wręcz katastrofalnym. Zachowały się szokujące opisy stanu uciekinierów, wśród których pełno było rannych i chorych, półnagich i bosych, sierot i rodziców poszukujących swych zagubionych dzieci. Wielu umierało w drodze. Dopiero w dużych miastach Małopolski lub centralnej Polski mogli liczyć na pomoc ze strony mieszkańców, którzy wielu z nich przygarniali pod swój dach, ale w wojenny czas nie byli w stanie ich karmić, leczyć ani ubrać. Problemem były sieroty, które oddawano ludziom dobrej woli na wychowanie.
Od jesieni 1943 roku mordy ukraińskie przeniosły się na teren Generalnego Gubernatorstwa (województw Małopolski Wschodniej). Na pierwszy ogień poszły powiaty trembowelski i sokalski. W niektórych miejscowościach zabijano Polaków od razu, w innych ustnie, lub przy pomocy ulotek grożono ludności polskiej śmiercią, o ile w ciągu doby nie opuści domów (np. w Sokalu). Rodaków naszych terroryzowano i zastraszano. Czuli się zagrożeni choćby we Lwowie, gdzie nacjonaliści ukraińscy nocami oznaczali krzyżami mieszkania Polaków, których planowali zgładzić.
Od drugiej połowy października 1943 roku pogorszyło się położenie ludności polskiej w kolejnych powiatach. Wielu policjantów ukraińskich z bronią w ręku zbiegło do oddziałów UPA, ale choćby ci, którzy pozostali w szeregach, bezpośrednio z nią współdziałali. Najbardziej niebezpiecznie zrobiło się na Brzeżańszczyźnie (Podhajce, Rohatyn) oraz w podgórskich okolicach Stanisławowa i Stryja. kilka lepiej było w północnej części województwa lwowskiego. Skutkiem mordów i ich wyjątkowego bestialstwa wśród ludności polskiej rósł strach. W takiej sytuacji wiele osób zdecydowało się uciekać, choćby wtedy, gdy wiązało się to z utratą całego dorobku i niepewną przyszłością. W opuszczonych domostwach natychmiast dochodziło do grabieży, a następnie ich spalenia, by uniemożliwić powrót właścicieli.
Z tragicznego położenia wołyńskich, a potem małopolskich Polaków konkretne korzyści czerpali nie tylko Ukraińcy, ale i Niemcy. Z jednej strony tereny wschodnie były „oczyszczane” z niechcianej przez nich ludności polskiej, a z drugiej, zdesperowanych, pozbawionych środków do życia Polaków łatwo było masowo wywozić na roboty do Niemiec. Podstawiali, więc dla uciekinierów pociągi ewakuacyjne, wydając równocześnie oświadczenie, iż nie odpowiadają za bezpieczeństwo osób, które nie zdecydują się wyjechać z zagrożonego terenu. Stacjami przeładunkowymi były Równe i Dębno. W Równem mieściła się też tzw. stacja zbiorcza (Sammellager). Z kolei we Lwowie i Przemyślu zorganizowano dla nich obozy przejściowe, które bardziej przypominały obozy koncentracyjne niż ratunkowe. Jednym z punktów etapowych na drodze uchodźców wywożonych do Niemiec był wielki obóz przejściowy w Przemyślu - Bakończycach. Pozostawał on pod zarządem niemieckiego Urzędu Pracy. Od maja 1943 r. przez obóz ten przechodziły transporty polskiej ludności „dobrowolnie” zgłaszającej się na roboty do Rzeszy. Polskie organizacje pomocowe ustaliły, iż tylko do końca lipca 1943 roku przeszło przez Bakończyce około 25 transportów różnej wielkości. Liczbę przewiezionej w nich ludności szacowano na od 10 tys. do 13 tys. ludzi. Od 1 sierpnia do 1 października 1943 r. przeszło przez Przemyśl kolejnych 21 transportów uchodźców, w tym 13 tys. dorosłych i 6308 dzieci. Były to przede wszystkim obarczone dziećmi rodziny, przy czym dzieci stanowiły około 30% ogółu. W Przemyślu segregowano ich na zdolnych i niezdolnych do pracy. Odsetek uznanych za zdolnych sięgał 90%. Na roboty do Niemiec kierowano choćby dziesięcioletnie dzieci. Ci mieszkańcy Wołynia, którzy chcieli uniknąć przymusowego wywiezienia, przekraczali granicę GG nielegalnie, często jednak byli zawracani przez ukraińską policję, a choćby ostrzeliwani przez opanowane przez Ukraińców posterunki graniczne.
Część osób z transportów wysłanych do Rzeszy zawracano jako niezdolnych do pracy. Ludzi tych Niemcy (prawdopodobnie za podszeptem ukraińskim) odsyłali z powrotem na Wołyń, gdzie byli oni błyskawicznie mordowani przez nacjonalistów ukraińskich z OUN i UPA. Na swój los oczekiwali w obozie „Rückerlager” Przekopana. Warunki higieniczne i wyżywienie w tym miejscu były wręcz tragiczne. Panował tam brud, robactwo, a ludzie głodowali. We wrześniu 1943 roku obóz przejściowy w Przemyślu był tymczasowo zamknięty. Transporty kierowano więc do Lwowa – do obozu przy ul. Pierackiego. W pierwszych dniach września przybył transport obejmujący 1200 ludzi z Krzemieńca, Zdołbunowa, Mohylan, Korca, Ostroga, Równego, Klewania. W transporcie przeważała ludność wiejska z okolic tych miast. Jak określono w dokumencie: „wartościowy, kulturalny element osadniczy”. W transporcie tym było 380 dzieci. Czworo z nich umarło po przewiezieniu do szpitala. Wielu dorosłych i dzieci przybyło poranionych i to w sposób okrutny (jeden chłopiec – osiem zranień bagnetem w głowę).
Jedynie osobom posiadającym krewnych w Generalnym Gubernatorstwie pozwalano na osiedlanie się, ale tylko poza strefami zastrzeżonymi przez Ukraińców i Niemców dla siebie. Na szczegółowe badania i ustalenia rozmiarów i strat ludzkich wynikających z wypędzeń spowodowanych tym ludobójstwem musimy jednak poczekać, nikt z historyków szczegółowo nie podejmował tych zagadnień. Można domniemywać, iż straty te były bardzo wysokie.
Od wiosny 1944 roku mimo trwania mordów we wschodnich powiatach Rzeczypospolitej bandy złożone z członków OUN i UPA, policji ukraińskiej, dezerterów z SS Galizien i lokalnej ludności ukraińskiej rozpoczęły rajdy na lewym brzegu Bugu. Zaczęło się eksterminowanie ludności polskiej w południowo-wschodniej części Lubelszczyzny. Do najokrutniejszych zbrodni doszło w powiatach Chełm i Hrubieszów – które Ukraińcy ogłosili terytorium „Wielkiej Ukrainy”. Według danych Polskiego Komitetu Opiekuńczego z Hrubieszowa jedynie w marcu 1944 r. około 70% wsi w tym powiecie zostało spalonych, a ludność polska wymordowana lub rozproszona. Stopniowo wyludnieniu uległy całe gminy. Reszta polskich mieszkańców uciekała z obawy przed okrucieństwem Ukraińców. Były to dziesiątki tysięcy ludzi. Według szacunków Janiny Kiełboń liczba uciekinierów tylko z powiatów hrubieszowskiego i zamojskiego w tym okresie wyniosła około 82 700 osób.
Kiedy terror ukraiński dotarł w okolice Rawy Ruskiej i Lubaczowa (Dystryktu Galicja), stacjonujące tam oddziały AK, mające w pamięci rzezie wołyńskie, przeprowadziły spektakularną, ratującą życie Polaków ewakuację z najbardziej zagrożonych miejsc do powiatów Tomaszów i Krasnystaw. Trzeba stwierdzić, iż dopiero na tych terenach upowcy napotkali opór ze strony polskiego podziemia zbrojnego. Ich straty zaczęły rosnąć, gdyż nie była to tylko „walka” z bezbronnymi kobietami i dziećmi sprowadzająca się do mordowania ich nocą we własnych domostwach.
W związku ze zbliżaniem się Rosjan, niebezpieczeństwo ze strony ukraińskich nacjonalistów nie malało i we Lwowie: „W ciągu miesiąca lutego […] strzelani są przeważnie ludzie młodzi, Polacy, przy czym spis taki również problematyczny osiąga mniej więcej liczby 50 osób. Osobom mordowanym zabiera się dowody osobiste. Sprawcy dokonywali kradzieży dokumentów nie bez powodu, bo z tymi dokumentami ukraińscy przestępcy uciekali dalej na Zachód. „W samym mieście Lwowie policja ukraińska strzela do Polaków w wieczornych godzinach, wykorzystując zmrok tak dalece, iż pojawianie się na ulicach w godzinach wieczornych zwłaszcza dla młodzieży jest połączone z dużym niebezpieczeństwem. Liczba zamordowanych waha się z pewnością między 7-9 tysiącami osób, trudno, bowiem o dokładne zestawienie zwłaszcza pojedynczych mordów, które panują wszędzie nagminnie”. Katedra we Lwowie oblepiona była klepsydrami: „zmarł po krótkich, a ciężkich cierpieniach”. Interwencje Delegata Rady Głównej Opiekuńczej ( RGO) w Gouvernement u Starosty Grodzkiego, SD i apele do kleru greckokatolickiego nie odnosiły żadnego skutku.
Wśród ofiar ludobójstwa szalejącego w kresowych województwach było wielu księży katolickich, których zabijano w szczególnie okrutny i wyrafinowany sposób. Strona polska nie miała też nadziei na jakąkolwiek pomoc i zrozumienie ze strony arcybiskupa greckokatolickiego Andrieja Szeptyckiego: „Do arcybiskupa Szeptyckiego nie ma co pisać, bo stoi na stanowisku, iż tego nie robią Ukraińcy, tylko bolszewickie bandy. Jest to oczywiście chowanie głowy w piasek, żeby nie widzieć prawdy”.
Dobrą ilustracją krwawych miesięcy w Małopolsce Wschodniej mogą być sprawozdania Leopolda Tesznara. Można w nich przeczytać, iż „Mordy ukraińskie dokonywane na ludności polskiej przybrały w pewnych okolicach to samo nasilenie, jakie panowało w swoim czasie w Wołyniu… i iż „…w kamioneckim, złoczowskim, lwowskim, brzeżańskim, czortkowskim, stanisławowskim zostały zmiecione z powierzchni ziemi całe wsie i osiedla polskie „[…] można już liczyć ofiary na tym terenie na kilka dziesiątków tysięcy”.
Znaczący spadek liczby ofiar polskich z rąk OUN - UPA nastąpił w Małopolsce Wschodniej dopiero w roku 1945. Nie dotyczyło to jednak dwóch rejonów, w których liczba mordów w tym roku dramatycznie wzrosła. Były to wschodnie powiaty województwa tarnopolskiego oraz zachodnie powiaty województwa lwowskiego, to jest te, które od sierpnia 1945 roku znalazły się w ramach nowych granic Polski. Na południowych i wschodnich ziemiach obecnej Rzeczpospolitej napady na Polaków trwały do roku 1947, a ich przebieg był równie okrutny jak na Wołyniu i cel ten sam: wyniszczenie i wypędzenie zamieszkałych tam Polaków.
Akcja ludobójcza dokonana przez nacjonalistycznie nastawionych Ukraińców, jako działanie polityczne, została zaplanowana i zrealizowana z żelazną konsekwencją. Chodziło o to, by w chwili zakończenia wojny Polaków na Kresach już nie było. Wtedy nie trzeba by było przeprowadzać plebiscytu, dzielenia ziemi, jak po I wojnie światowej. Wiktor Poliszczuk w swych licznych pracach podkreślał, iż gdyby OUN Bandery i UPA chciała wykorzystać konflikt niemiecko-rosyjski do zbudowania państwa ukraińskiego, to w roku 1944, gdy przegrana Niemiec była już tylko kwestią czasu, a nadzieja na choćby namiastkę samodzielności państwowej upadła, masowe mordowanie ludności polskiej straciło już jakikolwiek sens polityczny. Nieprzerwanie tej operacji w przededniu wkroczenia Armii Czerwonej i kontynuowanie jej pod sowiecką okupacją ujawniło, iż prawdziwym celem Ukraińców było fizyczne unicestwienie i pozbycie się Polaków z województw wschodnich.
Zrealizowanie operacji ludobójczej podjętej z najniższych pobudek pod przykrywką wzniosłych haseł narodowych wyczerpuje wszystkie znamiona zbrodni nieprzedawnialnej zrealizowanej według zasad zbrodniczej ideologii ukraińskiego nacjonalizmu. Wiemy, iż aktom ludobójstwa towarzyszyła także niewyobrażalna grabież mienia prywatnego i równie ogromne straty w polskim mieniu narodowym. Zniszczono dobra kultury ogromnej wartości, obiekty sakralne i świeckie. Ludziom zrabowano urządzenia rolnicze, zwierzęta hodowlane, sprzęty i wyposażenie domostw, plony – tu też brak polskich badań i ekonomicznych oszacowań. Zachowały się jedynie zestawienia cząstkowe dotyczące poszczególnych powiatów. W jednym klasztorze w Podkamieniu pow. Brody straty oszacowane przez przeora o. Marka Krasa wynosiła 718 450 dolarów. Dotychczas żadna ze znanych mi publikacji nie zawiera owych faktów.
Historycy nie zauważyli też jakże istotnego wpływu wypędzenia rzesz wiejskiej ludności Kresów (których dorobek życia, w tym gospodarstwa i inwentarz, został zniszczony, a rodziny zdziesiątkowane) na przebieg późniejszych negocjacji repatriacyjnych. Jak można mówić o „wolnym wyborze”, skoro już do połowy 1944 roku polska ludność była zmuszona opuścić wbrew swej woli i pod groźbą śmierci ziemię ojczystą – a choćby gdyby mogła, nie miała po zniszczeniu gospodarstw i zrabowaniu dobytku do czego wracać. Dlatego większość polskich chłopów wyjeżdżała w nieznane, nie ze swojej zagrody, ale ze stacji kolejowych, na których oczekiwali na swój los. Tam umierały kolejne osoby... Lista ofiar rosła.
Od tragedii upłynęło już ponad 70 lat, jednak nie doczekaliśmy się całościowych badań dotyczących strat osobowych i materialnych wynikłych z ludobójczej akcji ukraińskiej. Jedynie w pionie badawczym Instytutu Pamięci Narodowej, tj. Biurze Edukacji i Badań, od roku 2007 rozpoczęto realizowanie programu zatytułowanego „Straty osobowe konfliktu polsko-ukraińskiego w latach 1939-1947”, który niestety ograniczono do terenów powojennej Polski, co służy dzisiaj jedynie do eskalowania roszczeń ze strony ukraińskiej – szczególnie wysiedlonym w „Operacji Wisła”.
Pełna liczba ofiar ludobójstwa kresowego może sięgać choćby 200 tys. osób, gdyż w wypadku tego typu zbrodni masowej mamy do czynienia zarówno z zamordowanymi w czasie konkretnego napadu, jak i tzw. późniejszymi ofiarami, czyli osobami, które zmarły w okresie późniejszym, już jako uchodźcy, w wyniku odniesionych ran, chorób, w tym psychicznych, głodu i zimna doznanych w czasie tułaczki, sieroctwa, chorób, epidemii panujących w obozach przejściowych stworzonych dla uchodźców. Ludzie, szczególnie starsi i dzieci, umierali w czasie ukrywania się, transportu albo w miastach. Nieznana jest liczba nienarodzonych dzieci, które ginęły w łonach matek, gdyż wiele kobiet mordowanych przez banderowców było brzemiennych, co uwidocznione jest na spisach ofiar. Także wywiezieni przez Niemców na roboty kresowi uchodźcy byli poddawani eksterminacji i eksploatacji, głodowali i ginęli w fabrykach i miastach pod bombami alianckich nalotów. Informacje o tych faktach docierały z Niemiec do centrali RGO w Krakowie.. Wiemy też, iż część opisywanych transportów wysłano na Dolny Śląsk, gdzie uchodźców używano do budowy sieci podziemnych schronów dla hitlerowców w Książu i Górach Sowich. Wiadomo, iż niewielu z przebywających tam robotników przeżyło, gdyż po ukończeniu prac, ze względu na zachowanie ścisłej tajemnicy, pracujących niewolników zamordowano. Do tych cierpień i zgonów by nie doszło, gdyby nie ludobójcza akcja ukraińska.
Polska na temat tych zbrodni milczy, uczelnie wyższe nie podejmują tematów związanych z tym straszliwym ludobójstwem. Politycy także starają się go omijać.
Tymczasem na Ukrainie doszło do odrodzenia banderyzmu. Ukraińscy badacze o poglądach nacjonalistycznych starają się za wszelką cenę zatrzeć ślady po zbrodniach, swych dzisiejszych „bohaterów”, a o ile jest to niemożliwe, maksymalnie zaniżyć liczbę polskich ofiar i zrównać je z ofiarami ukraińskimi. Coraz więcej autorów ukraińskich w ogóle zaprzecza popełnionym mordom. W najnowszej pracy znanego ukraińskiego historyka Wołodymira Wiatrowycza ludobójstwo autor nazywa „wojną polsko-ukraińską” i praktycznie je neguje. Ale to nie była „wojna”, bo nie toczy się wojen z cywilną ludnością z kobietami, dziećmi i starcami. Jaka armia wydaje rozkazy swym „żołnierzom” mordowania swych polskich żon i dzieci? Niestety „bohaterska” UPA 90% swych działań skierowała przeciw niewinnym, bogu ducha winnym ludziom, którzy ginęli za to tylko, iż byli Polakami.
Kiedy dzisiaj „kombatanci” z UPA nagradzani i honorowani maszerują razem z ukraińską młodzieżą i członkami „Swobody” w wielotysięcznych marszach, ku czci Stepana Bandery i Romana Szuchewycza, kiedy katom Polaków wstawia się pomniki w każdym niemal mieście Zachodniej Ukrainy, a na cześć Dywizji SS Galizien organizuje się koncerty, politycy nacjonalistyczni oficjalnie domagają się 19 powiatów dzisiejszej Polski.
Nowe badania dotyczące historii Holokaustu dowodzą, iż niemieckie kobiety, które przyjechały za hitlerowcami do Europy Wschodniej, często prześcigały ich w okrucieństwie.
Wielu z nas twierdzi, iż im więcej kobiet u władzy, tym lepszy - automatycznie - staje się nasz świat. Chromosom XX stanowi niejako zabezpieczenie przeciw okrucieństwom i nadużyciom, jakich dopuszczają się tylko macho. Gdyby bank Lehman Brothers nosił nazwę Lehman Sisters, nigdy nie doszłoby do wybuchu kryzysu. Czy mają rację? Dalsza lektura tego testu prawdopodobnie wstrząśnie ich przekonaniami.
Na rynku wydawniczym ukazała się właśnie książka Wendy Lower "Hitler's Furies: German Women in the Nazi Killing Filelds" ("Furie Hitlera. Niemieckie kobiety na nazistowskich polach śmierci"). Praca całkowicie zmienia nasze wyobrażenia, jakoby kobiety z natury były bardziej moralne, łagodne i troskliwe.
Powszechnie uznajemy za pewnik, iż udział kobiet w Holokauście sprowadza się do pojedynczych przypadków sadystycznych kapo w obozach koncentracyjnych. Tego typu skrajny sadyzm zwykle przeciwstawia się mitowi zwykłych niemieckich kobiet, która nie miały pojęcia o okrucieństwach tamtego czasu. Na działania tej reszty zapuszczono zasłonę milczenia.
Do dzisiaj. Wendy Lower to drobniutka i mówiąca łagodnym głosem amerykańska historyczka i wieloletnia pracowniczka Holocaust Memorial Museum w Waszyngtonie. Ostatnie dwie dekady spędziła, szperając w udostępnionych po upadku komunizmu archiwach Ukrainy i państw wschodniej Europy. Lower mówi po rosyjsku, niemiecku i ukraińsku. Jej mężem jest Niemiec. Autorka zadała sobie mnóstwo trudu, by wydobyć na jaw przykłady powszechnie obecnego wtedy wśród kobiet sadyzmu i brutalności oraz ich odpowiedzialność za to, co działo się na niemieckich - nazistowskich polach śmierci na wschodzie kontynentu.
Lower opisuje, jak niemieckie kobiety chodziły do gett na "zakupowe występy", podczas których po prostu grabiły kosztowności zamordowanych rodzin żydowskich. Pisze o matkach rozbijających głowy żydowskich dzieci i pielęgniarkach, które dla "wspólnego dobra" zabijają dzieci niepełnosprawne.
Dodajmy, iż nie takich wstrząsających relacji spodziewała się zresztą sama autorka. Do Ukrainy jechała w celu odnalezienia w archiwach dowodów na bezpośrednie powiązania między rozkazami i działaniami Hitlera, Himmlera oraz niemieckiej kadry oficerskiej w regionie Żytomierza, gdzie przed wojną znajdowały się duże skupiska ludności żydowskiej. W niektórych miastach Żydzi stanowili 70-80 proc. całej populacji. Gdy likwidowano tutejsze sztetle, zniknęły też setki tysięcy Żydów.
Wendy Lower analizowała dokumenty mówiące o wymianie zdań i opinii między Führerem a niemieckim dowództwem w tym rejonie. W pewnym momencie , ku swojemu ogromnemu zaskoczeniu, "natknęła się na imienne listy kobiet". Postanowiła pójść dalej tym tropem. Z jej badań wynika, iż pół miliona Niemek wyjechało na wschód w roli żon, sekretarek, nauczycielek i pielęgniarek. Kusiły je możliwości osobistego i zawodowego awansu.
Właśnie obecny wśród tych kobiet pionierek duch nowych czasów i ambicja sprawiają, iż ich działania wywołują dziś tak ogromny niepokój i przerażenie. Spełniając swoje marzenia, stały się ochoczymi partnerkami w zbrodni ludobójstwa.
Jedna z najbardziej przerażających historii przytaczanych przez autorkę dotyczy młodziutkiej Erny Petri, inteligentnej dziewczyny z biednego niemieckiego gospodarstwa, która z mozołem pięła się po stopniach niemieckiej - nazistowskiej hierarchii. Przedtem wzięła ślub z oficerem SS Horstem Petri. W 1942 r. razem z nim i ich trzyletnim synkiem zamieszkała w ogromnym polskim majątku zarekwirowanym przez nazistów we wsi Grzęda.
Pewnego dnia Petri wracała powozem do domu z niedalekiego Lwowa. W lesie zauważyła sześcioro nagich żydowskich dzieci. (Żydów przewożono do obozów bez ubrań, aby w razie ucieczki można było gwałtownie ich rozpoznać.) Petri zabrała przerażone dzieciaki do domu. "Nakarmiła je, pocieszyła, a następnie wywiozła na swoje pola i wszystkie po kolei zabiła strzałem w tył głowy" - pisze w swojej książce Lower.
Po wojnie Petri musiała składać zeznania w obecności agentów osławionej Stasi. Wyjaśniła wtedy, iż któregoś dnia - częstując ich kawą i ciastem - słyszała niemieckich oficerów mówiących o tym, jak zabijać Żydów. Wiedziała, iż chodzi o strzał w potylicę. W całej tej historii najbardziej jednak przeraża to, iż wcale nie musiała zabijać tych dzieci. Zrobiła to z własnej nieprzymuszonej woli - mówi Lower.
Petri sama była matką. W jaki sposób zatem potrafiła zabić szóstkę niewinnych malców, a za chwilę przytulać swoje własne dziecko? - Powiedziała, iż znajdowała się pod wpływem męża i chciała się przed nim uwiarygodnić.
Pokazać, iż jest wierna sprawie, o którą on walczy. Kimś, kto przeciera szlaki. Uważała, iż tak właśnie winna postępować dobra żona esesmana. Prosiła też, by nie zapominać, iż wychowywała się w czasach ogromnej presji ideologicznej - pisze Wendy Lower.
Dla potrzeb pisanej książki autorka spotkała się z rodziną nieżyjącej już Petri. Ze zdumieniem spostrzegła, iż w domu na honorowym miejscu znajduje się fotografia przedstawiająca rezydencję, w której w czasie wojny mieszkała babcia Erna. Członkowie rodziny z ogromnym szacunkiem wspominali tak wspaniałe i zbyt wcześnie zabrane przez Boga babcine życie.
Takie zapisywanie na nowo prawdy wciąż jeszcze ma miejsce w dzisiejszych Niemczech. Ci, którzy przeżyli wojnę, starzeją się i spisują swoje wspomnienia. Lower opisuje, jak nauczyła się rozmawiać z kobietami, które w czasie wojennej zawieruchy znalazły się na wschodzie. Z początku zaprzeczały wszystkiemu, ale otwierały się, gdy zaczynała z nimi rozmawiać, a później - korespondować. Opowiadały jej, jak niemieccy żołnierze ostrzegali ich słowami: "Nie bójcie się odgłosu wystrzałów, po prostu zabijamy Żydów". Opowiadały o widoku konających z głodu przy torach kolejowych jadących transportem do obozu kobiet, dzieci i mężczyzn. Takie opowieści zadają kłam mitowi, jakoby niemieckie kobiety nie miały pojęcia o tym, co naprawdę działo się podczas wojny.
Wandy Lower miała także okazję zapoznać się z "wyczynami" Liesel Willhaus, żony innego oficera SS. Kobieta ta zwykła popisywać się swoimi umiejętnościami strzeleckimi, zabijając strzałami z balkonu żydowskich więźniów obozów wykorzystywanych jako służba w niemieckich domach. Matce towarzyszyły oklaski jej maleńkiej córeczki!
Przed wojną Gertrude Landau i Josefine Block pracowały w Wiedniu jako sekretarki. Również one wyszły za oficerów SS. Męża pierwszej z nich, Feliksa Landau, nazywano "żydowskim generałem". Nie dlatego jednak, iż pałał szczególną miłością do tej nacji, ale dlatego, iż skutecznie przyczynił się do zmniejszenia jej liczebności w Drohobyczu. Z liczącego 15 tys. osób skupiska Żydów w tym mieście zostało kilka setek. Ci, którzy przeżyli, zeznali przed sądem, iż Gertude Landau osobiście wydała polecenia zabicia trzech pracujących w majątku pokojówek i stratowała na śmierć żydowskie dziecko. Josefine Block miała polecić milicji zabicie 200 "Cyganów", którzy przebywali w mieście. Na jej oczach zabito cztery żydowskie dziewczęta, które były za słabe, by dla niej pracować.
Lower dowiadywała się o okropnościach i zbrodniach, czytając w ukraińskich archiwach mikrofilmy i stare zakurzone dokumenty. Opisuje swoje własne przerażenie tym, czego się dowiadywała. - W pewnym momencie, gdy czytałam o Ernie Petri, serce zaczęło mi bić tak mocno, iż musiałam na pewien czas przerwać lekturę. Pamiętam, iż oddychałam z ulgą, iż to nie ja sama musiałam tam być w tym czasie… Nie mogłam oderwać się od tych relacji. Czytałam je ciągle na nowo. Rozmyślałam. Wiedziałam, iż muszę o tym wszystkim napisać - mówi Lower.
Jednak zbrodni dopuszczały się nie tylko żony esesmanów. Winne są także tysiące ambitnych, młodych Niemek, które w czasie wojny zostawały pielęgniarkami czy nauczycielkami. Te pierwsze poddawały eutanazji tysiące niepełnosprawnych lub słabowitych dzieci. Nauczycielki miały obowiązek informować władze o epileptykach czy małych chłopcach i dziewczynkach, które nie potrafiły zapiąć na guziki ubrania. Dzieci takie natychmiast likwidowano, aby zachować "czystość" aryjskiej krwi.
Pisząc swoją książkę, Wendy Lower przez pięć lat mieszkała w Niemczech. Przyznaje, iż z niepokojem czeka na reakcje na zapowiedzianą na styczeń przyszłego roku jej publikację w tym kraju. - To "ich" historia. Niemcy są wiec bardzo krytyczni wobec zagranicznych historyków. Przedstawiałam fragmenty książki na kilku konferencjach naukowych w samych Niemczech.
Na zewnątrz naukowcy niemieccy zachowują spokój i powściągliwość. Ale w rozmowach w cztery oczy zaczynali zdawać pytania. Mówili, iż nie wierzą, aby to, co mówię, było prawdą. Nie dziwię się takiej postawie. Piszę o ich babciach i relacjach.
To kolejny kawałek historii, którego nie chcą wyciągać na jaw - dodaje Lower. Gdzie zło zyskuje rangę systemu i bujnie krzewią się postawy sadystyczne, nie sposób ufać, iż kobiety mimo wszystko potrafią zachować standardy moralne. Gdy chodzi o Holokaust, zaczynamy odkrywać, iż były zań odpowiedzialne tak samo jak mężczyźni.
Aleksander Szumański "Kurier" Chicago