Maciej Pawłowski: Czego Europa nie dostrzega w Afryce Północnej?

ine.org.pl 4 days ago

Region Afryki Północnej stanowi obszar o fundamentalnym znaczeniu strategicznym dla Unii Europejskiej, determinując najważniejsze aspekty jej bezpieczeństwa, stabilności gospodarczej oraz polityki migracyjnej. Zrozumienie złożonych procesów społeczno-politycznych zachodzących w tym sąsiedztwie jest niezbędne dla formułowania adekwatnych i efektywnych polityk europejskich.

W tym kontekście publikacja Macieja Pawłowskiego pt. „Brama do Europy. Czy Afryka Północna zdecyduje o przyszłości Starego Kontynentu?”, wydana nakładem wydawnictwa Prześwity, stanowi istotny głos w dyskusji. Autor, który jest również analitykiem naszego Instytutu, opierając się na dogłębnej analizie oraz bezpośrednich doświadczeniach z regionu, przedstawia wielowymiarowy obraz Afryki Północnej, wykraczający poza powszechne uproszczenia. Książka podejmuje próbę oceny wpływu czynników historycznych, wewnętrznych uwarunkowań politycznych, wyzwań ekonomicznych oraz rosnącej roli aktorów zewnętrznych na trajektorię rozwoju państw Maghrebu i Egiptu oraz ich relacje z Europą. Partnerem wydania jest Instytut Nowej Europy. Z autorem rozmawia Jędrzej Błaszczak.

JB: Zacznijmy od początku. Skąd wziął się pomysł na napisanie tej książki? Czy to osobiste doświadczenia w Egipcie i Algierii, frustracja wobec stereotypów o Afryce Północnej, czy może chęć pokazania, jak historia tego regionu splata się z współczesnymi kryzysami?

Maciej Pawłowski: Rok temu byłem zmęczony pisaniem krótkich tekstów i analiz. Chciałem od tego odpocząć i wziąć się za jakąś dłuższą formę. Od dłuższego czasu myślałem też o kompleksowym opisaniu moich obserwacji i doświadczeń z Afryki Północnej. Chciałem też znaleźć pewną odskocznię od spraw administracyjno-biznesowych. Przypadkiem trafiłem na Facebooku na profil wydawnictwa Prześwity i napisałem do nich z propozycją napisania książki. Pierwotnie miała ona mieć tytuł „Brama do Afryki?”, co jest sloganem, którym państwa północno-afrykańskie próbują przyciągać inwestorów. Jednak Łukasz Żuławnik zaproponował, by zmienić tytuł na „Brama do Europy” i bardziej uwypuklić tematykę migracyjną, która była zaledwie jednym z elementów mojego pierwszego planu. Uznałem, iż ma rację i napisałem „Bramę do Europy”.

JB: Przejdźmy do treści książki. Twoje doświadczenia w Egipcie ukazują absurdalną codzienność: korupcja, biurokracja, społeczna apatia. Czy widzisz iskry nadziei? Np. młode pokolenie Algierczyków z ruchu Hirak – czy oni mogą zmienić reguły gry, czy system jest zbyt skostniały?

MP: Europa nie powinna promować demokratycznej transformacji w krajach Afryki Północnej, bo to tylko doprowadziłoby do przejęcia władzy przez islamistów. Piszę o tym w jednym z podrozdziałów. Należy skupić się na promowaniu edukacji i kultury dialogu. Młodzież z tych państw jest formowana w szkole w duchu autorytarnego patriotyzmu, a w meczecie w duchu autorytarnego islamu. Popadają przez to w myślenie zaściankowe: halal, kharam, kto się ze mną nie zgadza ten jest moim wrogiem. W takim klimacie wybory mogą wygrywać tylko populiści i radykałowie. Dojrzała demokracja może pojawić się tam, gdzie społeczeństwo osiąga pewien poziom zamożności i gdzie jest odpowiedni poziom wykształcenia opartego na wolności słowa i swobodzie dyskusji. Zatem zamiast rewolucji proponuję kluby dyskusyjne.

JB: Opisujesz, iż inwestycje w Afryce Północnej często grzęzną przez „kulturę przekrętu”, nepotyzm elit i brak zaufania – sam dałeś się oszukać kilkakrotnie. Co konkretnie powinna zmienić Polska w swojej dyplomacji gospodarczej, by nie powielać tych błędów? Czy np. nacisk na transparentność umów, jaką proponujesz dla UE, i zerwanie z „miłymi obiadkami” wystarczy, czy potrzebne są ostrzejsze narzędzia – jak czarne listy nieuczciwych partnerów albo większa kontrola MSZ nad konsulatami?

MP: Obiadki są konieczne, bo to jest kultura relacyjna. Natomiast inwestycje w tym regionie, i generalnie poza Europą, to zabawa dla silnych i świadomych graczy – dużych firm gotowych podjąć ryzyko. Na miejscu są też uczciwi przedsiębiorcy i wiarygodni partnerzy, ale stanowią mniejszość i trudno jest do nich dotrzeć. Co do dyplomacji – uważam, iż powinno się powiązać sprawy wiz dla biznesu z wysokością importu z Polski. Wielu przedsiębiorców chce jeździć do UE na wycieczki i równocześnie importować produkty z Chin. Trzeba ich postawić przed wyborem. Jak chcą mieć długotrwałe wizy, to niech udowodnią, iż coś kupili, zrobili jakiś biznes – tu powinno być rozporządzenie MSZ z gotowymi widełkami np. 15 tys. euro wiza na 3 miesiące, 50 tys. euro – wiza na rok itp. itd. Jak ktoś kupuje towar za 1 mln euro lub więcej, to z kolei powinien być traktowany przez konsulat jak ten, kto stawia warunki. Na sam rekonesans, odwiedzenie targów, obejrzenie fabryki – wystarczy wiza na miesiąc i niekoniecznie Schengen, ale na samą Polskę. w tej chwili jednak MSZ nie uznaje moich koncepcji za sposób na promowanie polskiego eksportu tylko za ukrytą formę handlu wizami. Tymczasem Donald Trump zaczyna oferować wizy za inwestycje, a Anglicy czy Francuzi na stronach swoich Ambasad piszą, iż rolą konsula jest dbanie o relacje gospodarcze. Nasze konsulaty natomiast kierują się kryterium „kogo lubię, temu dam”. Nie ma jasnych zasad i działa to w dwie strony: na niekorzyść przyzwoitych ludzi i na korzyść cwaniaków.

JB: Szczegółowo opisałeś transformacje polityczne w krajach Maghrebu, od upadku socjalizmu po Arabską Wiosnę. Ciekawe, jak te procesy wpłynęły na współczesną tożsamość narodową np. Algierii, gdzie walka z kolonializmem i wewnętrzne konflikty islamistyczne wciąż kształtują zbiorową pamięć. Czy uważasz, iż trauma „Czarnego Dziesięciolecia” przez cały czas determinuje algierską ostrożność wobec zmian?

MP: Niewątpliwie tak. Ludzie już raz dokonali wyboru demokratycznego w 1991 r. i doprowadził on do wojny domowej. W Egipcie w 2011 prezydentem został islamista Mursi, którego po 2 latach społeczeństwo miało dosyć i poparło pucz pułkownika Sisiego. W Tunezji przez 10 lat demokracji mieliśmy słabe rządy z dominacją islamistycznej Ennahdy, które cofnęły kraj ekonomicznie i osłabiły bezpieczeństwo na ulicach. W Libii do dziś mamy 2 rządy i kilkanaście „państw-miast”. Na demokrację w Afryce Północnej jest zdecydowanie za wcześnie.

JB: Wskazałeś, iż kraje bogate w surowce (jak Libia) kupują lojalność obywateli subsydiami, a te bez zasobów (Maroko) muszą się liberalizować. Czy ten model nie jest ślepą uliczką? Gdzie widzisz szansę na trwały rozwój w regionie?

MP: Po 2008 r. w Afryce Północnej obserwowany był ogromny odpływ rezerw w dewizach zagranicznych. Miejscowi przedsiębiorcy zwykle nie są zainteresowani rozwijaniem produkcji czegokolwiek. Wolą importować podróbki markowych towarów. Rządy to widzą, i dlatego pojawiają się tendencje protekcjonistyczne na zasadzie „zakażemy importu, to dewizy nie będą wypływały, a przedsiębiorcy będą musieli przestawić się z handlu zagranicznego na produkcję na miejscu”. Jest w tym pewna logika. Część lokalnych przedsiębiorców z czasem wypełni luki produkcyjne, duzi zagraniczni gracze zainwestują w produkcję lokalną, by nie tracić rynku. Z drugiej strony jednak gracze średni opuszczają rynek, ceny towarów krajowych rosną, pojawiają się okresowe braki towarów w sklepach, a transfer technologii staje się ograniczony. W Maroku sytuacja wygląda inaczej, bo nie było tam socjalizmu, a król chcąc zarabiać pieniądze powierzył gospodarkę sprawnym menadżerom. Jednak i tam od czasu covidu gospodarka jest w stagnacji. Natomiast jeżeli pytasz o szansę na trwały rozwój – widzę ją w dostawach energii do Europy: nie tylko tej z paliw kopalnych, ale również słonecznej i być może jeszcze innych rozwiązań. Dodatkowe źródła dochodów to turystyka, sprzedaż fosfatów, z czasem być może rolnictwo. Niemniej kraje te nie staną się tak konkurencyjne jak państwa zachodnie i nie powtórzą sukcesu gospodarczego np. Polski, jeżeli rządzące nimi elity nie będą mieć silnej motywacji do reform. Póki co jej nie ma.

JB: Podkreślasz, iż UE nie rozumiała, jak kluczową rolę pełnili północnoafrykańscy dyktatorzy w blokowaniu migracji. Czy obecna kooperacja z autorytarnymi reżimami (np. Egiptem) to hipokryzja, czy konieczność? Jak pogodzić tak popularne w kręgach europejskich prawa człowieka z bezpieczeństwem granic?

MP: W latach 2015-2016 do UE dotarło ponad 2 mln nielegalnych migrantów. Po podpisaniu umów migracyjnych z Turcją, Libią, Marokiem i Egiptem liczby te spadły do ok. 200-300 tys. rocznie. w tej chwili jest to ok. 0,5 mln rocznie. Zatem kooperacja z państwami bliskiego sąsiedztwa UE jest najskuteczniejszym dotychczas narzędziem. Jest to też hipokryzja, bo te państwa stosują często brutalne metody niezgodne z prawem międzynarodowym i niehumanitarne. Pytanie jednak, czy mamy inne rozwiązanie doraźne? Długofalowo z kolei możemy wpływać na państwa regionu MENA poprzez inwestycje energetyczne. Tworząc tam miejsca pracy np. w Libii wymuszamy poniekąd zatrudnianie migrantów z Afryki Subsaharyjskiej.

JB: W książce mamy też liczne anegdoty o prorosyjskich nastrojach, które pokazują, jak silna jest nostalgia za ZSRR. Czy to efekt propagandy, czy głębszego resentymentu postkolonialnego? Dlaczego Europa nie potrafi przekonać Afryki Północnej do swoich wartości?

MP: Postkolonialne dziedzictwo, brak rozliczenia go ze strony Francji i arogancja francuskich polityków powodują, iż frankofońska Afryka kibicuje przeciwnikom Zachodu. Podobnie amerykańskie interwencje w Iraku oraz wspieranie przez USA Izraela w Palestynie. Putin przedstawiany jest jako przeciwnik kolonializmu. Rosyjska propaganda jest silna, skutecznie gra na emocjach i silnie oddziałuje na ludzi, którzy są na tyle dobrze wykształceni by interesować się światem i zbyt słabo wykształceni by umieć weryfikować informacje. W Europie jest ona też całkiem silna, choćby w Polsce – tyle, iż nie aż tak bezpośrednia jak poza Starym Kontynentem. Dodatkowo w Afryce nie było rosyjskiego kolonializmu, on się dopiero zaczyna wraz z Grupą Wagnera, która popiera lokalne junty w zamian za dostęp do surowców. Jednocześnie Rosja mocno szarżuje hasłami antykolonialnymi, posiada sieć pseudo-niezależnych dziennikarzy prowadzących sensacyjne śledztwa i w sprytny sposób manipuluje przekazem. Moją narzeczoną przekonałem do tego, by nie oglądała RT Arabic przypadkiem. Gdy wybuchła afera z algierską bokserką Imane Khalif i pokazałem jej, bazując na śledztwach polskich dziennikarzy sportowych, jak krok po kroku była to operacja dezinformacyjna Rosjan. Pokazałem dowody, powiązania IBA z Gazpromem, wytłumaczyłem, iż celem operacji było uderzenie we Francję i MKOL, a Algieria dostała tylko rykoszetem. Jest inteligentną kobietą, więc zrozumiała i zmieniła swoje zdanie na temat Rosji. Wiele osób jednak nie rozumie i, słysząc wyjaśnienia oraz widząc dowody, twierdzi, iż są sfałszowane. Rosja to przecież „przyjaciel”, a spiski mogą być tylko „syjonistyczne” lub „zachodnie”.

JB: W książce wskazujesz, iż Tunezja po Arabskiej Wiośnie stała się „najbardziej demokratycznym” krajem regionu, ale od 2021 r. Kais Sayed zawiesił parlament, przejął sądownictwo i rządzi dekretami. Jednocześnie podkreślasz, iż Tunezja ma relatywnie świeckie prawo rodzinne i koncepcję państwa, które wyróżnia ją na tle sąsiadów. Czy uważasz, iż ten paradoks — jednoczesne osłabianie demokracji i trwanie przy świeckości — to efekt próby utrzymania stabilności w obliczu islamistycznego zagrożenia (np. Ennahdy)? Czy raczej jest to symptom szerszego trendu w regionie, gdzie świeckość i autorytaryzm idą w parze, tak jak w czasach Burgiby? Jak twoim zdaniem można pogodzić świeckie reformy z demokratycznymi procedurami w społeczeństwie, gdzie choćby liberalna młodzież często wspiera „silną rękę” ze strachu przed chaosem?

MP: Gdyby Sayed był drugim Burgibą, to moglibyśmy odetchnąć z ulgą. W rzeczywistości jest on jednak wyłącznie nacjonalistycznym populistą flirtującym z Chinami. W kwestiach dotyczących obyczajów uśmiecha się na zmianę do wyborców świeckich i do islamistów. Jest dużo lepszy niż Ennahda, bo zapewnia państwu stabilność i brak przechyłów ideologiczno-religijnych, ale jednocześnie stopniowo ogranicza swobody obywatelskie i nie reformuje gospodarki. Natomiast co do samych rządów „silnej ręki”, jak już wcześniej wspominałem, one w tym regionie są konieczne. Natomiast to, czy dana dyktatura jest dobra czy zła, powinniśmy oceniać przez pryzmat zapewnienia świeckości państwa, swobód obywatelskich, rozwoju społeczno-gospodarczego i współpracy z kolektywnym zachodem. Chodzi bowiem o to, czy nie stwarza ona niebezpieczeństwa dla Europy, i czy daje nadzieję na uruchomienie procesów, które w perspektywie dziesięcioleci przygotują północno-afrykańskie społeczeństwa do przyjęcia prawdziwej demokracji.

JB: W książce pojawiają się też odniesienia do Polski, gdy porównujesz transformację lat 90. do sytuacji państw północnoafrykańskich, zwłaszcza Algierii, która po nieudanych reformach wpadła w spiralę wojny domowej i stagnacji. Jakie konkretne błędy Algierii z lat 90. uważasz za kluczowe, by uniknąć powtórzenia ich dziś? Czy Polska, mimo iż miała wsparcie UE i brak kolonialnych traum, mogłaby być dla nich inspiracją, czy raczej ich kontekst (np. silny islamski konserwatyzm, brak jednolitej tożsamości narodowej) całkowicie przekreśla szanse na „polski cud gospodarczy”?

MP: Były prezydent Algierii Abdelaziz Buteflika powiedział kiedyś „Przejście z gospodarki planowanej do wolnorynkowej jest trudne, bo gospodarka wolnorynkowa to pewna kultura. Naród algierski tej kultury nie ma i dlatego droga od gospodarki planowej do rynkowej prowadzi przez gospodarkę bazarową”. Co to oznacza w praktyce? Przeprowadzono prywatyzację przed stworzeniem instytucji chroniących konkurencję gospodarczą. Dlatego doszło do znanej z naszej części Europy prywatyzacji nomenklaturowej na szeroką skalę. Nie wpuszczono zagranicznego kapitału ani nie wprowadzono ułatwień w zakładaniu firm. Dlatego ludzie nomenklatury mogli rozwijać swoje przyczółki biznesowe bez konkurencji zewnętrznej i wewnętrznej. To z kolei nie sprzyja innowacyjności. Po drugie likwidując politykę pełnego zatrudnienia i zamykając nierentowne przedsiębiorstwa państwowe, nie wprowadzono odpowiednich zabezpieczeń socjalnych, które uspokoiły nastroje społeczne. Po trzecie, żaden polityk nie odważył się przyznać, iż prowadzona od czasów uzyskania niepodległości państwa polityka arabizacji była błędem. Uważam, iż gdyby zastąpiono w szkołach literacki język arabski jego algierskim dialektem, z użyciem alfabetu łacińskiego (tak jak to zrobiła Malta), nie doszłoby do wzrostu wpływów fundamentalistów religijnych. Populizm miałby wtedy być może charakter lewicowy, ale nie islamistyczny. Pewnie doszłoby do strajków i palenia opon, blokad dróg, bójek z policją, ale nie do zmuszania kobiet do noszenia hidżabów, zabijania artystów i działań terrorystycznych. No ale to tylko takie moje gdybanie …

JB: Słyszę, iż diagnozujesz liczne problemy, ale czy widzisz szansę na realną zmianę w polityce migracyjnej UE w ciągu najbliższej dekady? Co powinno być priorytetem – ściślejsza kooperacja z Afryką Północną, inwestycje w edukację, czy może radykalna reforma prawa azylowego?

MP: kooperacja migracyjna z państwami bliskiego sąsiedztwa powinna być kontynuowana. Inwestycje w sektor energetyczny w regionie MENA też. Mam też nadzieję, iż wraz ze zwiększeniem wydatków zbrojeniowych prestiż UE wzrośnie i tym samym będzie ona miała większą zdolność do rozwiązywania (drogą dyplomacji) kryzysów w swoim sąsiedztwie. Wiadomo bowiem, iż negocjator bez pistoletu na stole nie jest poważany, a by wymóc pokój trzeba często mieć możliwość choćby realizacji misji pokojowej. Uważam też, iż z jednej strony powinny być kontynuowane obecne działania UE na rzecz ograniczania nielegalnej migracji, w tym prawidłowe wdrożenie bazy daktyloskopicznej EURODAC. Równolegle migracja legalna powinna być oparta o przejrzyste kryteria. Powinniśmy przyjmować ludzi, którzy wykonują zawody, które w Europie są deficytowe, a także przede wszystkim kobiety. Dlaczego? Po pierwsze ze względu na europejską demografię, po drugie dlatego iż one nie drażnią europejskiej klasy ludowej. Nikt bowiem tak nie denerwuje „chłopaków z osiedla” jak „chłopaki z innego osiedla na ich terenie”. Ponadto kobiety mające nieślubne dzieci, a pochodzące z państw gdzie jest to karane przez prawo, powinny otrzymywać azyl w Europie. Nie powinniśmy też przyjmować muzułmańskich duchownych, tylko szkolić własnych w Europie. Islam jest bowiem już w Europie obecny i chodzi o to, by stał się islamem open-minded takim jak np. sufizm, a nie trwał jako islam konserwatywny czy nie daj Boże ekstremistyczny. Więcej rozwiązań nie zdradzę teraz, by nie robić spojlera mojej książki.

JB: Na koniec: książka już jest, ale co dalej? Masz pomysł na kolejne projekty wydawnicze?

MP: Ostatnio po głowie chodzi mi pomysł na napisanie książki na temat islamu, ale musi on się w mojej głowie ugruntować. W Polsce na temat tej religii funkcjonuje wiele pół-prawd i stereotypów. Większość społeczeństwa boi się muzułmanów, tak jakby wszyscy byli ekstremistami, ale są też osoby, które podchodzą do tego tematu, tak jakby muzułmański fundamentalizm w ogóle nie istniał. Tymczasem islam jest złożonym fenomenem, religią, która ma wiele nurtów i jest w różnych krajach inaczej interpretowana. Jest to też religia bardzo bliska chrześcijaństwu. Mamy też przykłady polskich bohaterów narodowych, którzy byli muzułmanami. Chciałbym pokazać całą złożoność tego tematu, wskazując, co we współczesnym islamie jest pozytywne, a co stwarza zagrożenie. Jednak, by napisać taką książkę potrzebuję poszerzyć swoją wiedzę na ten temat – zwłaszcza zagadnień teoretycznych – bo swoje obserwacje już mam. Muszę też dobrze ten temat przemyśleć. Poza tym regularnie publikuję artykuły o gospodarce państw śródziemnomorskich na portalu XYZ. Czekam też na interesujące propozycje ze strony Instytutu Nowej Europy, z którym czuję się blisko związany.

Zachęcamy do zakupu książki na stronie wydawnictwa Prześwity: Brama do Europy. Czy Afryka Północna zdecyduje o przyszłości Starego Kontynentu?

Read Entire Article