Marine Le Pen jest bliżej zdobycia władzy we Francji niż kiedykolwiek wcześniej. Najnowsze sondaże wywołują niepokój w obozie lewicy i liberałów, którzy od lat przedstawiają Zjednoczenie Narodowe jako zagrożenie dla demokracji. Problem w tym, iż choćby zwycięstwo Le Pen nie musi oznaczać radykalnego zerwania z dotychczasową polityką Francji. Liderka narodowców już dawno przestała być polityczną outsiderką, a jej program w wielu kwestiach trudno uznać za prawdziwie konserwatywny.
Według sondażu Toluna-Harris, przeprowadzonego na początku października na zlecenie stacji M6 i RTL, Marine Le Pen może liczyć na 35% głosów w pierwszej turze wyborów prezydenckich zaplanowanych na wiosnę 2027 roku. Drugie miejsce zajmuje Jean-Luc Mélenchon z radykalnie lewicowej Francji Niepokornej, z wynikiem 18%. Édouard Philippe, reprezentujący liberalne środowisko związane z Emmanuelem Macronem, uzyskał 13% poparcia. Pozostali kandydaci pozostają daleko w tyle.
Takie wyniki są czymś więcej niż kolejnym sukcesem wyborczym francuskiej prawicy. Pokazują przede wszystkim, iż dotychczasowy układ polityczny traci zdolność przekonywania wyborców. Francuzi mają dość elit, które przez lata zapewniały o słuszności własnej polityki, podczas gdy społeczne niezadowolenie nie znikało, a problemy związane z imigracją, bezpieczeństwem i kondycją państwa pozostawały przedmiotem sporów.
Dla lewicowo-liberalnego establishmentu perspektywa prezydentury Le Pen jest szczególnie niewygodna. Przez lata próbowano przedstawiać jej ugrupowanie jako siłę, której nie można dopuścić do władzy. Zamiast ograniczać się do polemiki z programem narodowców, polityczni przeciwnicy często sprowadzali debatę do ostrzeżeń przed samym faktem ich zwycięstwa. Taka strategia może jednak przynosić odwrotny skutek: wyborcy widzą, iż partie głównego nurtu bardziej koncentrują się na blokowaniu konkurencji niż na odzyskiwaniu społecznego zaufania.
Sukces Le Pen jest więc poważnym ostrzeżeniem dla dotychczasowych elit. Nie oznacza to jednak, iż Francja stoi u progu wielkiej narodowej rewolucji. I właśnie tutaj zaczyna się najciekawsze pytanie: co tak naprawdę zmieniłoby się po jej zwycięstwie?
Marine Le Pen od dawna prowadzi politykę stopniowego łagodzenia wizerunku swojego ugrupowania. Zjednoczenie Narodowe nie postuluje już wyprowadzenia Francji z Unii Europejskiej ani porzucenia euro. Zrezygnowano również z części najbardziej radykalnych postulatów znanych z wcześniejszych lat. Zamiast otwartego konfliktu z europejskimi strukturami partia stawia na zmianę ich funkcjonowania i wzmacnianie pozycji państw narodowych w ramach istniejącego porządku.
To zasadnicza różnica. Wyjście z Unii oznaczałoby polityczne trzęsienie ziemi, natomiast próba przeforsowania korzystniejszych dla Francji rozwiązań wewnątrz wspólnoty jest zupełnie inną strategią. Można ją popierać lub krytykować, ale trudno przedstawiać ją jako zapowiedź całkowitego zerwania z europejskim systemem.
Podobnie wygląda sprawa gospodarki. Le Pen łączy postulaty ochrony francuskiego rynku i uprzywilejowania własnych obywateli z rozwiązaniami, które nie stanowią rewolucji w porządku ekonomicznym. Jej ugrupowanie chce uchodzić za odpowiedzialne fiskalnie i zdolne do zarządzania państwem. W praktyce oznacza to poszukiwanie kompromisu między narodową retoryką, ochroną socjalną i dyscypliną budżetową. Nie jest to program klasycznej prawicy wolnorynkowej, ale również nie projekt całkowitego odrzucenia obecnego modelu gospodarczego.
Warto też pamiętać, iż Le Pen nie reprezentuje konserwatyzmu w jego tradycyjnym rozumieniu. Jej ugrupowanie przeszło daleko idącą ewolucję, a walka o wyborców wymusiła rezygnację z części dawnych postulatów. Współczesne Zjednoczenie Narodowe jest przede wszystkim partią suwerenistyczną, antyimigracyjną i narodową, a nie ruchem, który zamierza przebudować Francję według konsekwentnego programu konserwatywnego. W kwestiach europejskich, gospodarczych czy klimatycznych potrafi przyjmować stanowiska, które nie pasują do obrazu radykalnej antysystemowej opozycji.
Nie oznacza to oczywiście, iż ewentualna prezydentura Le Pen nie przyniosłaby żadnych zmian. Można oczekiwać ostrzejszego kursu wobec nielegalnej imigracji, większego nacisku na bezpieczeństwo oraz prób wprowadzenia zasady narodowego pierwszeństwa w dostępie do określonych świadczeń. Takie rozwiązania mogłyby wywołać poważne konflikty prawne i polityczne, szczególnie na styku francuskiego prawa, konstytucji i regulacji unijnych. Prezydentura narodowców oznaczałaby też zmianę symbolicznego języka władzy i przesunięcie granic tego, co można otwarcie postulować w debacie publicznej.
Nie należy jednak mylić zmiany prezydenta z nieograniczoną możliwością przebudowy państwa. Francuski prezydent dysponuje znacznymi kompetencjami, ale realizacja programu zależy również od układu sił w parlamencie, instytucji państwowych, zobowiązań międzynarodowych i sytuacji gospodarczej. choćby zwycięstwo wyborcze nie gwarantuje więc realizacji wszystkich obietnic.
W dodatku Le Pen nie jest polityczną nowicjuszką, która dopiero po zdobyciu władzy będzie musiała zmierzyć się z rzeczywistością. Od lat dostosowuje swój program do oczekiwań szerszego elektoratu. Jej celem jest już nie tylko protest przeciwko elitom, ale również przekonanie wyborców, iż Zjednoczenie Narodowe potrafi sprawować władzę bez destabilizowania państwa. To wymaga kompromisów, a kompromisy mogą sprawić, iż część radykalnych zapowiedzi pozostanie na papierze.
Francuskie wybory będą zatem ważnym testem nie tylko dla Le Pen, ale także dla całej europejskiej polityki. jeżeli wygra, będzie to dowód, iż wieloletnie próby izolowania narodowej prawicy nie zdołały powstrzymać jej wzrostu. Nie będzie to jednak automatycznie dowód na upadek liberalnego porządku ani początek konserwatywnej kontrrewolucji.
Lewacy i liberałowie mają dziś powody do niepokoju, ale niekoniecznie dlatego, iż Le Pen zamierza wywrócić wszystko do góry nogami. Znacznie bardziej niebezpieczna dla dotychczasowego establishmentu jest możliwość, iż wyborcy przestaną traktować jego ostrzeżenia jako argument rozstrzygający o wyniku wyborów. Co więcej, jeżeli nowa prezydent okaże się bardziej pragmatyczna niż rewolucyjna, Francja może zmienić kurs w kilku obszarach, nie zrywając przy tym z większością dotychczasowych zasad. Finalnie dojdzie do zmian kosmetycznych, ale widowiskowych, podobnie jak w USA.
Wszystko wskazuje na to, iż taki jest plan.
Polecamy również: Student kryminalistyki z Ukrainy planował zamach











