Hydrograf, czyli potęga wiedzy

polska-zbrojna.pl 2 hours ago

Kontrakt na zakup nowych okrętów hydrograficznych to ruch logiczny. Kolejny krok ku budowie spójnego systemu, który zapewni Polsce dostęp do wiedzy o tym, co ukryte przed wzrokiem i słuchem. Jest to równie cenne jak nowoczesne torpedy i pociski zdolne razić cele oddalone o setki kilometrów. Zwłaszcza teraz, kiedy na Bałtyku trwa walka hybrydowa, mogąca narazić gospodarcze podstawy państwa.

Na razie wiadomo o nich niewiele. Z informacji przekazywanych przez resort obrony wynika, iż ich kadłuby będą miały 60 m długości i 13 m szerokości, zasięg na pojedynczym tankowaniu wyniesie 5 tys. mil morskich, zaś autonomiczność, czyli zdolność do operowania na morzu bez zawijania do portu – nie mniej niż 20 dób.

Można jednak założyć, iż na pokładzie dwóch okrętów hydrograficznych, które stocznia Remontowa Shipbuilding zbuduje za 1,5 mld złotych z programu SAFE, znajdzie się wyposażenie z górnej półki. Sprzęt na tyle nowoczesny, iż jednostki te będą w stanie skutecznie zastąpić wysłużoną parę ORP „Arctowski” i ORP „Heweliusz”. Dla Polski ma to niebagatelne znaczenie. Zwłaszcza teraz, kiedy Bałtyk stał się jednym z najbardziej newralgicznych akwenów świata.

REKLAMA

Okręty hydrograficzne – powiedzmy sobie otwarcie – nie są najbardziej efektownym narzędziem odstraszania. Nie przenoszą pocisków rakietowych i torped, nie dysponują nowoczesną artylerią lufową, a ich codzienna służba w najmniejszym stopniu nie wiąże się z prężeniem muskułów. Przypomina raczej żmudną i mało efektowną orkę na ugorze. Jednostki tego typu nie wyruszają na międzynarodowe misje, nie grają pierwszych skrzypiec podczas ćwiczeń, słowem: pozostają w cieniu.

Ich nazwy z rzadka tylko pojawiają się w serwisach wojskowych biur prasowych, czy na łamach mediów. A jeżeli tak się już stanie – zwykle traktowane są w kategoriach na poły historycznej ciekawostki. Tak było na przykład, gdy załoga „Arctowskiego” namierzyła wrak niemieckiego „Steubena”, który pod koniec wojny poszedł na dno z 4 tys. pasażerów, czy nieźle zachowane pozostałości samolotu Junkers. Tymczasem okręty hydrograficzne po cichu wykonują pracę, która ma wpływ na funkcjonowanie nie tylko marynarki wojennej, ale też cywilnej.

Ich główne zadanie polega na sondowaniu dna Bałtyku. Zgromadzone w ten sposób dane służą do sporządzania map morskich i ostrzeżeń nawigacyjnych. Ale jednostki te można też wykorzystać w innych sposób – choćby do monitorowania podwodnej infrastruktury krytycznej czy zbierania różnego typu danych rozpoznawczych w tzw. dolnej półsferze. W dobie nasilającej się walki hybrydowej ma to kolosalne znaczenie.

W ostatnich latach na Bałtyku doszło do seriiuszkodzeń rurociągów i kabli łączących państwa zachodnie. Służby mają podejrzenia graniczące z pewnością, iż to efekt sabotażu. I choć w takich przypadkach zwykle trudno o jednoznaczne dowody, pewne jest jedno – ryzyko tego typu zdarzeń rośnie wraz z niekorzystnym dla Rosji rozwojem wydarzeń na froncie ukraińskim. Aby je zminimalizować, NATO rozpoczęło operację „Baltic Sentry”. Pomysł wyszedł od Polski, która prowadzi też swoje autonomiczne działania – operację „Zatoka”. A do tego rozwija kompetencje, które – mówiąc wojskowym językiem – pozwalają budować szeroko pojmowaną świadomość sytuacyjną. I w tym kontekście umowa na nowe okręty hydrograficzne to ruch, który wpisuje się w całą sekwencję zdarzeń.

Polska zamówiła już dwa nowe okręty rozpoznawcze projektu „Delfin”, które pomogą gromadzić informacje z rozpoznania radioelektronicznego i obrazowego. Ich sprzęt pozwoli też monitorować sytuację pod wodą. Istotnej wiedzy o dolnej półsferze mogą dostarczać niszczyciele min typu Kormoran II ze swoimi pojazdami podwodnymi. Marynarka wojenna posiada już trzy takie okręty, budowa kolejnych trzech trwa. Platformą do gromadzenia danych spod powierzchni staną się wreszcie okręty podwodne z programu „Orka”. A jednostki hydrograficzne w razie potrzeby uzupełnią tę układankę.

Wiedza zawsze była potężną bronią, zaś możliwość szybkiego jej gromadzenia, zwłaszcza w obszarach tak trudno dostępnych, jak morskie głębiny, ma najważniejsze znaczenie – nie tylko z punktu widzenia działań wojska, ale też gospodarczej kondycji państwa. Każde bowiem zakłócenie żeglugi czy przerwanie rurociągu generuje straty, które nierzadko trudno choćby oszacować. Dlatego w strategicznym interesie państwa leży, by szlaki pozostawały spławne i bezpieczne, a podmorskie rurociągi i kable – nienaruszone. Aby to osiągnąć, trzeba wiedzieć – mówiąc kolokwialnie – co słychać pod wodą…

Łukasz Zalesiński dziennikarz „Polski Zbrojnej”
Read Entire Article