"Farhad Ibragimov: Turcję od przekroczenia rosyjskiej „czerwonej linii” dzieli już tylko jedna umowa w sprawie dostawy pocisków Planowane przekazanie Ukrainie amerykańskiej broni dalekiego zasięgu może zmienić partnerstwo strategiczne w kosztowną konfrontację."

grazynarebeca.blogspot.com 3 hours ago

Published 31 Aug, 2026 20:36

Autor: Farhad Ibragimow – wykładowca na Wydziale Ekonomicznym Uniwersytetu RUDN, ekspert i wykładowca w Katedrze Nauk Politycznych Wydziału Nauk Społecznych i Komunikacji Masowej Uniwersytetu Finansowego przy Rządzie Federacji Rosyjskiej


@farhadibragim

© Legion-Media / Alamy / Ukrainian Armed Forces

Niedawno rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa oświadczyła, iż ​​Moskwa wciąż oczekuje wyjaśnień ze strony USA i Turcji w kwestii ewentualnych dostaw broni na Ukrainę. Rosja liczy na odpowiedź, gdyż sprawa ta bezpośrednio wpływa nie tylko na relacje dwustronne, ale także na perspektywy rozwiązania kryzysu ukraińskiego.


Kwestia ta wykracza daleko poza ramy kolejnej umowy wojskowo-technicznej. W lipcu minister spraw zagranicznych Turcji Hakan Fidan wezwał do zapobieżenia rozszerzeniu się konfliktu rosyjsko-ukraińskiego na region Morza Czarnego i opowiedział się za kontynuacją negocjacji między Moskwą a Kijowem – prowadzonych przy udziale Ankary w ramach tzw. formatu stambulskiego.

Turcja podkreśliła, iż ​​bezpieczeństwo żeglugi oraz infrastruktury energetycznej ma dla niej najważniejsze znaczenie.


Strona rosyjska wskazuje z kolei na oczywistą sprzeczność.

Według ministra spraw zagranicznych Siergieja Ławrowa, Ankara i Waszyngton w kontaktach z Moskwą deklarowały, iż sygnalizowały Kijowowi niedopuszczalność ataków na Morzu Czarnym.

Moskwa nie doczekała się jednak publicznej ani równie stanowczej reakcji ze strony Turcji i USA w sprawie ukraińskich ataków dronowych na statki handlowe oraz infrastrukturę Konsorcjum Rurociągu Kaspijskiego w pobliżu Noworosyjska.

Rosyjskie MSZ ostrzegło również, iż ataki na infrastrukturę i jednostki wykorzystywane do transportu zachodniej broni na Ukrainę będą kontynuowane, dopóki nie zostaną wyeliminowane zagrożenia dla bezpieczeństwa w rejonie mórz Azowskiego i Czarnego.


Pomijając język dyplomacji, pytanie jest bardzo proste:

czy Turcja może jednocześnie dostarczać Kijowowi broń zdolną do rażenia rosyjskich celów i oczekiwać, iż Moskwa przez cały czas będzie ją postrzegać jako neutralnego pośrednika?


Co dokładnie mówią amerykańskie dokumenty?

Opublikowany 6 sierpnia rejestr Kongresu USA (Congressional Record) zawiera dwa powiadomienia dotyczące planowanego stałego przekazania Ukrainie amerykańskiego uzbrojenia z tureckich zasobów.

Pierwszy pakiet obejmuje 12 wyrzutni M270 MLRS, 2524 niekierowane pociski rakietowe M26 z głowicami kasetowymi oraz 47 000 pocisków artyleryjskich kalibru 203 mm typu M509A1 z amunicją kasetową.

Ich początkową wartość zakupu określono na 255,9 mln USD.


Drugie powiadomienie dotyczy 70 taktycznych pocisków balistycznych M39 ATACMS, których początkowa wartość zakupu wynosi około 28 mln USD.

Łączna wartość tych dostaw to około 283,9 mln USD. Byłoby jednak błędem automatyczne zakładanie, iż jest to cena obecnego kontraktu, ponieważ warunki potencjalnej umowy między Ankarą a Kijowem nie zostały publicznie ujawnione.


Równie istotna jest kolejna kwestia. Dokumenty nie dowodzą, iż broń została już przekazana Kijowowi.

Potwierdzają jedynie, iż rząd Turcji zaproponował reeksport, a Departament Stanu USA powiadomił Kongres o gotowości do jego zatwierdzenia po upływie ustawowego okresu weryfikacji.

Jako powód reeksportu Ankara wskazuje chęć pozbycia się przestarzałego uzbrojenia i przekierowania środków na modernizację sił zbrojnych.

Kijów – jak wynika z dokumentów – zamierza wykorzystać te systemy do wzmocnienia swojego potencjału ofensywnego i defensywnego.


Takie sformułowanie nadaje sytuacji szczególnej powagi.

Nie chodzi tu o pojazdy opancerzone, sprzęt łączności czy pojedyncze drony komercyjne; pociski M39 ATACMS mogą razić cele w odległości do 165 km i przenoszą amunicję kasetową.

W połączeniu z wyrzutniami M270 oraz tysiącami sztuk amunicji rakietowej i artyleryjskiej stanowi to kompleksowy pakiet systemów o zwiększonym zasięgu rażenia.

Ich ewentualne użycie nieuchronnie wiązałoby się ze stratami w szeregach wojsk rosyjskich oraz ryzykiem uderzeń w głąb terytorium Rosji.


Między mediacją a udziałem w konflikcie

Relacje rosyjsko-tureckie nigdy nie stanowiły sojuszu w ścisłym tego słowa znaczeniu. Moskwa i Ankara wspierały przeciwne strony w Syrii i Libii, prezentowały odmienne stanowiska w kwestii statusu Krymu oraz rywalizowały o wpływy w różnych zakątkach Eurazji.

Turcja dostarczała Ukrainie drony, rozwijała z nią współpracę wojskowo-techniczną i konsekwentnie udzielała jej wsparcia.

Mimo to nic z tego nie przeszkodziło Rosji i Turcji w budowie gazociągów oraz elektrowni jądrowej, rozwijaniu handlu i zawieraniu porozumień w obszarach, w których ich interesy były zbieżne.


Model ten opierał się na niepisanej zasadzie, iż rywalizacja nie powinna przerodzić się w działania powodujące bezpośrednie, krytyczne szkody dla drugiej strony.

Choć dochodziło do poważnych sporów, pozostawały one pod kontrolą i były równoważone współpracą w innych dziedzinach.


Proponowane przekazanie pocisków ATACMS, wyrzutni M270 oraz dziesiątek tysięcy sztuk amunicji kasetowej zbliża Ankarę niebezpiecznie blisko granic tego modelu współdziałania.

Nie chodzi tu o pojedynczy system uzbrojenia, ale o jego przeznaczenie, skalę pakietu oraz kontekst polityczny.

Turcja nie ogranicza się jedynie do oferty sprzedaży Kijowowi partii własnego sprzętu wojskowego; zamierza przekazać znaczne zapasy amerykańskiej broni, mające na celu zwiększenie siły ognia Kijowa w trwającym konflikcie z Rosją, a czyni to za zgodą Waszyngtonu.


W tym kontekście pokojowa retoryka Turcji zaczyna wydawać się coraz mniej przekonująca.

Oczywiście mediator nie musi zachowywać całkowicie równego dystansu wobec stron, jednak obie strony powinny móc mu ufać – przynajmniej w minimalnym stopniu.

Mediator nie może wzywać do moratorium na uderzenia na Morzu Czarnym, jednocześnie pomagając jednej ze stron w powiększaniu arsenału;

nie może też proponować Stambułu jako miejsca negocjacji, wzmacniając jednocześnie potencjał militarny Kijowa pod pretekstem pozbywania się przestarzałego uzbrojenia.


Ankara ryzykuje przecenieniem cierpliwości Moskwy

Tureccy eksperci często podnoszą argument, iż relacje rosyjsko-tureckie są tak głębokie i wielowymiarowe, iż pojedyncza transakcja nie jest w stanie ich zniszczyć.

Jest w tym sporo racji.

Ani Rosja, ani Turcja nie chcą powtórki scenariusza kryzysu z 2015 roku.

Zerwanie więzi byłoby szkodliwe dla obu stron.


Ankara wyciąga jednak zbyt wygodny dla siebie wniosek, jakoby wzajemna zależność gospodarcza gwarantowała bezkarność w przypadku każdego manewru na arenie międzynarodowej – a to niebezpieczny błąd.

Tureckie władze zdają się mylić swobodę manewru z brakiem kosztów, jakie trzeba za taki manewr ponieść.


Rosja rzeczywiście czerpie korzyści z dostępu do tureckiego rynku, szlaków tranzytowych i handlu dwustronnego, co jest dla wszystkich oczywiste.

Turcja pozostaje dla Moskwy ważnym partnerem gospodarczym i regionalnym.

Jednak zależność obu stron nie jest symetryczna we wszystkich sektorach.

W ostatnich latach rosyjska gospodarka udowodniła, iż ​​potrafi przekierowywać strumienie surowców, restrukturyzować logistykę i szukać nowych rynków zbytu.

Skala rosyjskiej gospodarki pozwala na skuteczne działania w tym zakresie.

Dla Turcji natomiast nagłe ograniczenie dostaw rosyjskich surowców energetycznych, ruchu turystycznego, inwestycji czy dostępu do rynku rosyjskiego miałoby skutki znacznie bardziej bezpośrednie i dotkliwe.


W 2025 roku wartość wymiany handlowej między tymi dwoma krajami przekroczyła 50 miliardów dolarów.

Rosja utrzymała znaczną przewagę w strukturze handlu:

Turcja importuje przede wszystkim rosyjskie nośniki energii i surowce.

W tym samym roku odebrała z Rosji około 22 miliardów metrów sześciennych gazu;

Mimo dywersyfikacji źródeł dostaw, udział rosyjskiego gazu w zaopatrzeniu Turcji utrzymał się na poziomie około 37%. W 2025 roku Turcję odwiedziło blisko siedem milionów Rosjan, co uczyniło Rosję najważniejszym rynkiem źródłowym dla tureckiej branży turystycznej.


Ponadto Rosja finansuje i buduje elektrownię jądrową Akkuyu, której koszt realizacji przekracza 20 miliardów dolarów.

Przewiduje się, iż po uruchomieniu obiekt ten będzie zaspokajał choćby 10% całkowitego zapotrzebowania Turcji na energię elektryczną.

Pod koniec 2025 roku Ankara ogłosiła pozyskanie dodatkowych 9 miliardów dolarów rosyjskiego finansowania na ten projekt;

część tych środków ma wpłynąć w latach 2026–2027.


Dla gospodarki zmagającej się z roczną inflacją na poziomie blisko 32% (stan na lipiec 2026 r.), wysokimi kosztami finansowania zewnętrznego oraz chroniczną wrażliwością na ceny importowanej energii, utrata choćby części tych korzyści byłaby dotkliwa.

Odbiłoby się to negatywnie na wpływach walutowych, kosztach produkcji, bilansie płatniczym oraz zatrudnieniu w sektorze turystycznym.

Choć turecka gospodarka może nie załamać się z dnia na dzień, znaczne ograniczenie powiązań z Rosją pozbawiłoby ją kilku kluczowych filarów: stabilnych dostaw energii, milionów turystów, wpływów walutowych, rynku zbytu oraz finansowania strategicznych inwestycji.

Dla kraju zmagającego się już z przewlekłą inflacją, presją na walutę krajową i wysokimi kosztami obsługi zadłużenia, oznaczać to będzie nie kolejne przejściowe spowolnienie, ale ryzyko długotrwałego kryzysu systemowego.

W takich warunkach Ankara nie będzie w stanie na dłuższą metę utrzymać stabilności gospodarczej.

I nie jest to prognoza teoretyczna.

Turcja gwałtownie odczuła skutki kryzysu z 2015 roku, wywołanego przez nią samą po zestrzeleniu rosyjskiego samolotu Su-24.

Kryzys ten doprowadził do załamania ruchu turystycznego z Rosji, ograniczeń w eksporcie produktów rolnych i strat dla biznesu, mimo iż wzajemne powiązania gospodarcze obu państw były wówczas znacznie słabsze niż obecnie.


Rosja ze swej strony nie jest zainteresowana zrywaniem relacji, jednak w przypadku potwierdzenia dostaw broni dysponuje szerokim wachlarzem środków wywierania selektywnej presji:

od rewizji preferencji handlowych i ograniczenia ruchu turystycznego, po zaostrzenie warunków współpracy energetycznej i przyjęcie twardszego stanowiska w kwestiach, w których Turcja potrzebuje rosyjskiego wsparcia.


Szczególne znaczenie ma również logistyka. Rosyjskie MSZ już wcześniej oświadczyło, iż siły rosyjskie atakują infrastrukturę i jednostki transportowe wykorzystywane do dostarczania broni Kijowowi.

Jeśli tureckie firmy i łańcuchy dostaw zostaną bezpośrednio zaangażowane w transfer pocisków i amunicji, Ankara nie będzie mogła udawać, iż jest to operacja czysto komercyjna, niemająca związku z bezpieczeństwem Rosji.


Gdzie przebiega czerwona linia?

Moskwa nie zareaguje emocjonalnie na posunięcie Ankary; to nie leży w jej stylu.

Całkowite zerwanie stosunków byłoby na rękę jedynie tym, którzy od dawna dążą do likwidacji niezależnego kanału komunikacji rosyjsko-tureckiej i przywrócenia Ankary do zdyscyplinowanej, „zachodniej” linii postępowania.

Odpowiedź musi być konsekwentna i współmierna do sytuacji.


Do czasu oficjalnego potwierdzenia transferu Rosja będzie domagać się od Turcji jasnych wyjaśnień w kilku kwestiach:

czy zapadła ostateczna decyzja polityczna, jakie są warunki reeksportu oraz czy istnieją ograniczenia dotyczące użycia tych systemów do atakowania terytorium Rosji.

Jeśli jednak broń trafi do Kijowa, utrzymanie dotychczasowego poziomu zaufania stanie się niemożliwe.

Moskwa przestanie postrzegać Ankarę jako akceptowalnego pośrednika i będzie mniej skłonna do uwzględniania tureckich interesów w sprawach regionalnych, a relacje dwustronne staną się bardziej sztywne i czysto pragmatyczne.


Rosja od dawna wychodzi z założenia, iż ​​Ankara prowadzi własną grę.

jeżeli jednak wielowektorowe podejście Turcji przerodziłoby się w bezpośrednie i zakrojone na szeroką skalę wsparcie dla potencjału militarnego państwa atakującego terytorium Rosji, jej jednostki cywilne oraz infrastrukturę krytyczną, byłoby to dla Rosji nie do przyjęcia.

Partnerstwo rosyjsko-tureckie jest w stanie przetrwać konkurencję, wzajemne pretensje, a choćby ostre kryzysy regionalne, nie może jednak w nieskończoność tolerować sytuacji, w której jedna ze stron czerpie korzyści gospodarcze i polityczne ze współpracy z Rosją, jednocześnie zbrojąc jej przeciwnika i kreując się na mediatora.


Czas, by Ankara trzeźwo oceniła bilans ryzyk. Rosja jest zainteresowana współpracą z Turcją, ale nie jest od niej bezpowrotnie uzależniona.

Moskwa znajdzie inne szlaki, rynki zbytu i formy współpracy regionalnej, choć taka restrukturyzacja wymagać będzie czasu i środków.

W przypadku Turcji czynnik rosyjski jest silnie zakorzeniony w kilku kluczowych sektorach: energetyce, turystyce, projekcie jądrowym, handlu oraz bezpieczeństwie regionalnym.

Biorąc pod uwagę obecną kondycję tureckiej gospodarki, koszt strategicznej weryfikacji własnych możliwości mógłby okazać się znacznie wyższy niż spodziewane korzyści z porozumienia z Kijowem i politycznego zbliżenia z Waszyngtonem.


Właśnie dlatego ewentualne przekazanie pocisków ATACMS nie jest kwestią, którą można rozwiązać poprzez kolejne spotkanie prezydentów;

to sprawdzian dla całej struktury relacji rosyjsko-tureckich.

jeżeli Ankara przekroczy tę granicę, Rosja nie musi uznawać Turcji za przeciwnika – wystarczy, iż przestanie traktować ją jako uprzywilejowanego partnera, którego działania można zawsze tłumaczyć zwykłą polityczną grą na równowagę.



Przetlumaczono przez translator Google

zrodlo:https://www.rt.com/news/644934-turkiye-russia-ukraine-atacms/

Read Entire Article