Czy nasze poglądy naprawdę są nasze?

niepoprawni.pl 3 hours ago

W demokracji przyzwyczailiśmy się wierzyć, iż największym zagrożeniem dla wolności jest władza. Król, dyktator, partia, urzędnik, aparat państwa – historia dostarczyła nam wystarczająco dużo dowodów, żeby tak uważać. Istnieje jednak inna władza, znacznie mniej złowieszcza, której powinniśmy się obawiać. Nie przychodzi nocą, nie wyważa drzwi, nie zabiera nikogo na przesłuchanie. Działa powoli, ale skutecznie, aż pewnego dnia całkowicie się jej poddajemy. Zaczyna mówić naszym głosem, a my przestajemy odróżniać go od własnego. Ta władza to opinia większości.

W miarę jak obywatele stają się sobie coraz bardziej równi, przestają widzieć w innych ludziach (i w całych warstwach społecznych) naturalne autorytety. W tej samej chwili rośnie jednak wiara w masy, a opinia publiczna zaczyna obejmować rządy nad światem. Jak pisał Tocqueville, opinia zyskuje w społeczeństwie demokratycznym bez porównania większe znaczenie niż gdziekolwiek indziej. I nikt specjalnie się temu nie dziwi, bo przecież brzmi to jak postęp.

Alexis de Tocqueville, który obserwował ten mechanizm w dziewiętnastowiecznej Ameryce, zauważał coś, co dziś wybrzmiewa niepokojąco świeżo: człowiek nie jest w stanie samodzielnie zweryfikować wszystkich prawd, na których opiera codzienne życie. Nie ma na to ani czasu, ani narzędzi. Musi przyjąć mnóstwo faktów i opinii, do których doszli inni albo które zostały powszechnie przyjęte. Nie robi tego wyłącznie z wygody – zmusza go do tego sama ludzka kondycja i długość życia.

Zależność od wiedzy innych nie pozostało konformizmem. Nikt z nas nie sprawdza samodzielnie działania antybiotyku, odległości Ziemi od Słońca czy wytrzymałości mostu, po którym właśnie przejeżdża. Musimy ufać cudzej wiedzy. Problem zaczyna się wtedy, gdy z rozsądnego założenia „inni mogą wiedzieć więcej ode mnie” przechodzimy niepostrzeżenie do zupełnie innego: „skoro większość tak uważa, większość prawdopodobnie ma rację”.

Tocqueville dostrzegał właśnie ten paradoks. W epoce równych ludzie nie wierzą już bezwarunkowo pojedynczym autorytetom, ponieważ nie widzą w drugim człowieku kogoś z natury stojącego wyżej. Ten sam fakt podobieństwa sprawia jednak, iż nabierają ogromnego zaufania do opinii publicznej. Pogląd podzielany przez tysiące czy miliony zaczyna nabierać ciężaru, którego pojedynczy człowiek nie posiada.

Sto lat później Solomon Asch pokazał eksperymentalnie jeden z mechanizmów, które mogą stać za takim podporządkowaniem opinii większości. W jego badaniach ludzie potrafili przyłączyć się do jednomyślnie błędnej odpowiedzi grupy choćby wtedy, gdy prawidłową odpowiedź mogli zobaczyć na własne oczy. Nie wszyscy i nie zawsze – ale wystarczająco często, żeby pokazać, iż jednomyślność otoczenia potrafi osłabić pewność własnego osądu.

Co ważne, uczestnicy eksperymentów nie zawsze naprawdę wierzyli, iż większość ma rację. Część po prostu nie chciała wystąpić przeciwko grupie. Konformizm nie musi więc oznaczać przejęcia cudzych przekonań. Czasem wystarczy, iż przestajemy wypowiadać własne zdanie podejrzewając, iż skoro wszyscy widzą coś inaczej, być może to właśnie z naszym wzrokiem jest coś nie tak.

Presja opinii publicznej nie jest oczywiście wynalazkiem nowym. Powstała znacznie wcześniej niż media i internet. Jak powiedział pewien szlachcic w ostatnio modnym serialu „1670”, którego (uniesiony falą popularności, a może i presji społecznej) kilka odcinków obejrzałem: „Zawsze, jak mam coś zrobić, zadaję sobie jedno bardzo ważne pytanie: co ludzie powiedzą?”. Choć akcja rozgrywa się kilka wieków temu, wszyscy doskonale czują ten żart, właśnie dlatego, iż mechanizm jest ponadczasowy. Opinia innych zawsze miała znaczenie.

Zmieniło się jednak środowisko, w którym ją obserwujemy. W czasach Tocqueville’a opinia publiczna kształtowała się w gazetach, salonach, kościołach, stowarzyszeniach i na zgromadzeniach. Nie była wolna od interesów politycznych ani ekonomicznych. Dzisiaj pojawił się jednak nowy pośrednik: systemy rekomendacyjne, które współdecydują o tym, jakie fragmenty rzeczywistości docierają do konkretnego człowieka.

Algorytm nie musi zamykać nas szczelnie w bańce ani zmieniać naszych poglądów. Wystarczy, iż wpływa na to, które głosy widzimy częściej, które wydają się dominujące, a które sprawiają wrażenie marginalnych. Systemy nie zostały zaprojektowane przede wszystkim jako mechanizmy ustalania prawdy. Mają przewidywać, jakie treści uznamy za warte dalszej uwagi, obserwują więc to, co zatrzymuje naszą uwagę, i uczą się dostarczać nam więcej podobnych bodźców.

I właśnie tutaj stary problem zyskuje nowy wymiar. Dawniej człowiek podlegał opinii większości. Dzisiaj dodatkowo korzysta z systemu, który współdecyduje o tym, jaką większość w ogóle zobaczy.

Nie trzeba sterować poglądami człowieka, żeby wpływać na jego obraz społeczeństwa. o ile pewne stanowisko widzimy bezustannie, możemy zacząć przeceniać jego skalę poparcia i odwrotnie. A jeśli, jak pokazywał Asch, jednomyślność otoczenia potrafi podważać pewność własnego osądu, pytanie o to, kto i według jakich zasad organizuje nasze informacyjne otoczenie, przestaje być tylko technicznym szczegółem.

Nie oznacza to, iż wszyscy zostaliśmy zamknięci w informacyjnych bańkach. Poza tym to, co widzimy, nie zawsze prowadzi do zmiany naszych przekonań. Człowiek nie jest plasteliną, którą algorytm może dowolnie uformować. Posiada on samodzielność myślenia, chociaż czasem mu ona ciąży. Równość nie usuwa presji konformizmu. Czasem wystarczy wrażenie, iż niemal wszyscy wokół uważają coś przeciwnego. Człowiek poddany takiemu naciskowi zbiorowości – choćby jeżeli zbiorowość nie dowiodła swojej racji, a jedynie sprawia wrażenie jednomyślnej – przestaje ufać własnemu osądowi, a często zaczyna wątpić nie tylko w swoje siły, ale również w swoje racje. Pojawia się wspomniana presja i z czasem możemy zacząć traktować cudzy pogląd, a czasem i interes jako swój własny. Słabnie też wewnętrzny opór, bo nie ma przeciwko komu protestować, skoro nikt formalnie do niczego nas nie zmusił.

W takich warunkach pytanie przestaje wtedy brzmieć wyłącznie: „Czy to prawda?”. Pojawia się drugie, kołatające się w głowie pytanie: „Czy inni też tak uważają?”. Szczególnie widoczne staje się to w epoce mediów, które miały być naszym oknem na świat, a bywają również jego krzywym zwierciadłem. Z jednej strony zbliżyły nas do ludzi władzy – widzimy ich błędy i coraz trudniej traktować ich jak wyższy gatunek, którego przywileje wynikają z naturalnego porządku rzeczy. Z drugiej pozwalają stworzyć środowisko, w którym jedne opinie spotykamy bezustannie, a inne niemal znikają z pola widzenia.

Funkcjonujemy więc w otoczeniu informacyjnym, które wpływa na nasze wyobrażenie o tym, co myślą inni, a przez to również na pewność, z jaką wypowiadamy własne zdanie.

W tym miejscu łatwo jednak wpaść w jeszcze jedną pułapkę. Krytykując konformizm, możemy z dużą satysfakcją dojść do wniosku, iż problem dotyczy przede wszystkim innych. To oni żyją w bańkach. Oni powtarzają cudze opinie. Nimi sterują algorytmy. My natomiast, rzecz jasna, myślimy samodzielnie.

Byłoby to wyjątkowo wygodne, a zarazem stanowiłoby zaprzeczenie wszystkiego, o czym tu piszę. Skoro mechanizmy konformizmu są częścią ludzkiej psychiki, nie ma powodu zakładać, iż autor tego tekstu albo jego czytelnik są na nie szczególnie odporni (dla własnego więc dobra co jakiś czas przypominam sobie – i wam też to radzę robić – iż to, co widzę, nie jest wiernym obrazem rzeczywistości).

Nie wystarczy samo sprzeciwianie się większości jako potwierdzenie samodzielności myślenia. Człowiek, który uważa odwrotnie niż wszyscy, z dużym prawdopodobieństwem może nie mieć racji. Poza tym jest od opinii większości uzależniony równie mocno jak konformista, tyle iż potrzebuje jej do czegoś innego – po to, by wiedzieć, czemu ma zaprzeczyć.

Trzeba też uczciwie dodać, iż opinia większości nie jest wyłącznie zagrożeniem. Szeroko podzielana opinia publiczna może być realnym hamulcem dla zapędów władz państwowych czy kapitalistycznych elit. Demokracja bez opinii publicznej byłaby adekwatnie niemożliwa. Problem zaczyna się nie wtedy, kiedy większość myśli podobnie, ale kiedy liczebność zaczyna zastępować argument – gdy zamiast podważać, szukać i myśleć, rozglądamy się, kto myśli tak samo i ilu nas jest.

Demokracja reprezentująca opinię większości wymaga więc od nas stałej pracy: poszukiwania nowych źródeł informacji i ciągłego ich weryfikowania, umiejętności odróżniania popularności informacji od jej wiarygodności, a także kontaktu z ludźmi, których nie wybrał dla nas ani algorytm, ani nasze własne upodobania. Nie gwarantuje to, iż będziemy mieli rację. Daje nam jednak przestrzeń, w której możemy się mylić z własnych powodów, zamiast mieć rację wyłącznie dlatego, iż wszyscy wokół akurat ją mają. Wciąż jesteśmy wolnymi ludźmi, ale wolność myślenia nie kończy się na prawie do posiadania własnego zdania. Zaczyna się od znacznie trudniejszego obowiązku: sprawdzania od czasu do czasu, skąd adekwatnie się ono wzięło i czy rzeczywiście jest nasze.

]]>https://naocznyobserwator.blogspot.com/]]>

Read Entire Article