ARKADIUSZ TADEUSZ DOBRZYNIECKI 1966 – 2026

solidaryzm.eu 2 days ago

Wszyscy mówili o nim „Arkady”. Nie najczęstsze zdrobnienie imienia „Arkadiusz” wynikało może ze skojarzenia ze znanym pisarzem Arkadym Fiedlerem, bo i ten nasz „Arkady” dużo pisał, a może z wydawnictwem „Arkady”, jednym z najbardziej skupionych na publikowaniu albumów poświęconych malarstwu i architekturze. A może i z jednym i z drugim i z tym, iż ta właśnie odmiana jego imienia oznacza zarazem fragment architektonicznego dzieła sztuki. Zarówno Arkadiusz Dobrzyniecki, jak i główna część jego środowiska, od najmłodszych lat byli bowiem miłośnikami a potem znawcami sztuki.

Arkadego poznałem ponad czterdzieści lat temu. Z wyrazistych cech, jakimi się charakteryzował, miał przynajmniej dwie sprawiające, iż od razu go polubiłem. Pierwszą było po prostu to, iż był bardzo sympatyczny. Często uśmiechnięty, rozmowny ale nie „zagadujący ludzi na śmierć”, lubiący żartować oraz – mający swoje „śmiesznostki”. Można powiedzieć, iż Arkady był oryginałem, co w najmniejszym stopniu nie wynikało z jakiejkolwiek pozy czy jakiegoś „kreowania własnego stylu”. Jego oryginalność wynikała z tego, iż miał wielką życiową pasję. I ta wielka pasja wypełniająca większą część jego życia przekładała się na cały szereg konsekwencji w jego codziennym funkcjonowaniu. Konsekwencji czasem budzących rozbawienie, czym się nigdy nie przejmował, z których sam też często się śmiał. Konsekwencji – nadzwyczaj logicznych. Kiedy bowiem Arkady na serio zaczął rozwijać swoje zainteresowania z zakresu historii sztuki – tworzyć też zaczął własne katalogi dotyczące zabytków, którymi się zajmował. Kiedy więc docierał do jakiejś mało znanej kapliczki w którejś z zapomnianej przez cały świat wiosce, albo do resztki jakiegoś zamku czy świątyni – wykonywał cały szereg notatek, opisów, fotografii. Było to w czasach, w których komputery czy drukarki były dobrami znanymi jedynie w wyjątkowych urzędach czy instytutach Politechniki. A Arkady chciał mieć porządek w swoich rozrastających się katalogach. Wprawdzie sporządzanie takiej dokumentacji to zadania wojewódzkich konserwatorów zabytków czy Pracownik Konserwacji Zabytków, ale instytucjom tym zawsze brakowało środków na uzupełnianie, doskonalenie czy aktualizowanie swych zasobów. Stąd nie jeden dolnośląski zabytek Arkady na własną rękę obfotografował i opisał lepiej, niż to zrobiły powołane do tego celu państwowe czy samorządowe służby.

Zawsze starał się, by owoce jego pasji były jak najlepsze. Już jako nastolatek wyposażył się więc w maszynę do pisania, z którą pracował codziennie i którą zabierał choćby na objazdy zabytkoznawcze. Dźwigał wtedy na sobie dwa plecaki – większy, z wszystkim co potrzebne do życia na plecach oraz mniejszy, z maszyną do pisania i zapasem papieru – na brzuchu. Co oczywiście budziło rozbawienie wszystkich innych uczestników zabytkoznawczych wypraw. Tym bardziej, iż spomiędzy dwóch przemieszczających się plecaków wystawała zwieńczona czarną sterczącą czupryną i wyposażona w duże okulary głowa Arkadego. Głowa z twarzą zwykle zamyśloną i pogodnie lekko uśmiechniętą. Można przypuszczać, iż było to skutkiem rozmyślania o skarbach sztuki i euforii ze zbliżającego się z nimi spotkania.

Studia z zakresu historii sztuki mają ten fantastyczny walor, iż ich część przebiega w podróży. Są nimi objazdy zabytkoznawcze szlakiem różnych skarbów architektury, malarstwa czy rzeźby. Uczestnicy takiej trasy nocują w wielu miejscach. Arkady w każdym zaczynał od zaimprowizowania swojego warsztatu pracy. Co polegało na znalezieniu miejsca dla maszyny do pisania, na której natychmiast przystępował do sporządzania kolejnych kart katalogów poznanych właśnie fresków czy detali architektonicznych, które też niemal zawsze – fotografował. Tak profesjonalne podejście do przedmiotu, którym się zajmował, często wzbudzało wesołość studenterii zwykle preferującej swobodniejsze podejście do nauki. Wyposażeni w przepastne notatniki, w których często królował bałagan, wymyślali różne żarty na temat Arkadego a czasem robili mu kawały w rodzaju wstukaniu do jego notatek, gdy tylko odszedł na chwilę od klawiatury, jakiegoś wierszyka o „świrze podróżującym z maszyną do pisania”. Nigdy nie oznaczało to wywoływania jakiejkolwiek awantury. Raczej – wybuchy śmiechu, w których uczestniczył i sam Arkady. Jego skłonność do porządkowania notatek z wykładów, które też, w wersji poprawionej i uzupełnionej przepisywał na maszynie, przekładała się na korzyści dla całego roku. Przepisywał wszystko bowiem w kilku egzemplarzach, które następnie rozdawał koleżankom i kolegom. Z czasem do tych „biuletynów wykładowych” wszyscy przyzwyczaili się tak bardzo, iż zaczęli je traktować jako oczywistość. Jako coś, co im się zawsze należalo. I którymś razem, gdy Arkady z jakichś przyczyn nie zdołał ich sporządzić, niektórzy zareagowali oburzeniem. Z przyzwyczajenia zaczęli je bowiem traktować jako coś oczywistego i jakby zapomnieli, iż Arkady sporządzał je nie z obowiązku, ale tylko i wyłącznie skutkiem koleżeńskiego odruchu.

W czasach studenckich kilka razy Arkadego spotkałem w dolnośląskich górach. Każdy bowiem weekend czy ferie spędzał biegając po różnych zakątkach celem sfotografowania, zmierzenia, opisania jakiegoś najczęściej bardzo mało znanego zabytku. Którymś razem, gdy trafiłem pod jakiś dworek w okolicach Bystrzycy Kłodzkiej i próbowałem wejść do środka nagle usłyszałem krzyk: „Stać! Tam nie wolno wchodzić! Zabronione!” Po głosie rozpoznałem, iż to Arkady, który oczywiście znów łaził ze swoim aparatem fotograficznym i tym razem postanowił spenetrować właśnie te miejsce, do którego i ja trafiłem. Do badania zabytków – podchodził ze śmiertelną powagą. Ale w relacjach towarzyskich – zawsze miał skłonność do żartów.

Już w czasie studiów zaczął publikować artykuły na temat różnych zabytków. W miejscach przeróżnych. Interesowała go przede wszystkim sztuka śląska, więc często w dolnośląskich pismach turystycznych czy krajoznawczych. A także niszowych wydawnictwach prowadzonych np. przez ratujące przydrożne zabytki Bractwo Krzyżowców, opiekujące się kapliczkami, krzyżami pokutnymi, leciwymi krzyżami stawianymi na szczytach wzgórz, przy drogach i często upamiętniających jakieś zdarzenie sprzed wieków. Został choćby redaktorem pisma „Pomniki Dawnego Prawa”, zajmującego się takimi zabytkami, jak krzyże pokutne, dawne straconki, areszty, izby sądowe, narzędzia katowskie itd. Jak tylko ukończył studia zajął się inwentaryzacją zabytków kolejnych dolnośląskich gmin. Tak powstawały kolejne książki, których był współautorem. Miejsce stałej pracy znalazł w Ossolineum, w którym po latach objął stanowisko starszego kustosza Gabinetu Grafiki. A sam gmach dawnego klasztoru krzyżowców z czerwoną gwiazdą też spenetrował „od podszewki”, upubliczniając np. zapomnianą ciekawostkę, jaką do dziś kryje strych Ossolineum. Jest nią zachowany w dobrym stanie drewniany dźwig z kołem deptakowym. Bardzo podobny do tego ze słynnego gdańskiego żurawia. Ten wrocławski, za sprawą Arkadego, został opisany i przedstawiony na fotografiach w książkach z ciekawostkami na temat naszego miasta. A kondycja tej ciekawostki okazała się być na tyle dobra, iż Arkady zainteresowanym pokazywał metodę działania tego ciągle sprawnego dźwigu sprzed wieków. W czasie tych pokazów – sam „robił za silnik”, czyli po wejściu do wielkiego drewnianego koła (zachowało się w idealnym stanie!) napędzał je własnymi nogami.

Z wielkim zaangażowaniem Arkady pracował nad powstającym już Muzeum Książąt Lubomirskich. Niewykluczone, iż w przyszłości nie tylko by w nim pracował, ale może i nim kierował? Był kuratorem i autorem katalogów wielu wystaw poświęconych dawnej sztuce. Wydał kilka książek, najczęściej pisanych wespół z podobnymi do niego zapaleńcami. Np. księgę – album poświęconą wrocławskiej Kamienicy pod Złotym Słońcem, która powstała we współpracy z Piotrem Oszczanowskim, dziś dyrektorem wrocławskiego Muzeum Narodowego. Działał w stowarzyszeniach zrzeszających historyków sztuki i miłośników zabytków oddanych sprawie ich popularyzacji i ochrony.

Śmierć, która po Arkadego przyszła 20 kwietnia 2026 roku, dla większości tych, którzy go znali, była niczym grom z jasnego nieba. Ten przez wszystkich znajomych ze studiów czy z pracy lubiany, szanowany, podziwiany, wiecznie zajęty swoją pasją, więc i nie mający za wiele czasu w kontakty z przyjaciółmi, z koleżeńskim gronem ze studiów odszedł nagle. Przynajmniej tak to wyglądało z perspektywy większości tych, którzy go znali. Miał kilka ponad pięćdziesiąt dziewięć lat. Dla większości jego śmierć jest szokiem, któremu z trudem dają wiarę.

Arkady pozostawia po sobie nie tylko mnóstwo ciepłych wspomnień, ale przede wszystkim ogromny dorobek w postaci książek, artykułów, bogatych zbiorów archiwalnych, fotografii i opisów, jakie sporządzał już mając kilkanaście lat. Dla historii sztuki, dla muzealnictwa, dla miłośników historii i dziedzictwa Wrocławia oraz Dolnego Śląska odejście Arkadego to przeogromna strata. Tym bardziej niepojęte jest to, iż wrocławskie media śmierci Arkadego niemal nie zauważyły. W formie krótkiej notatki pojawiły się jedynie kondolencje dyrektora Zakładu Narodowego im. Ossolińskich i pracowników Ossolineum. Na samorządowych portalach, jak i na stronach wszystkich miejskich, wojewódzkich, regionalnych mediów o śmierci Arkadego – ani słowa. Jednym choćby słowem nie wspomniał o tym ani portal Radia Wrocław ani żadnej z dużych gazet. Choć jak zawsze najbardziej żenującej quasi – dziennikarskiej sieczki na nich nie brakuje. Tej „redaktorzy” dostarczają w obfitości każdego dnia. I jest to już charakterystyczne dla wrocławskiej medio – patologii. Miesiąc temu zmarł we Wrocławiu dr Antoni Lenkiewicz. Ze współczesnych nam Polaków nikt za działalność niepodległościową nie spędził w więzieniach podobnej liczby lat. Lenkiewicz był kawalerem najwyższego polskiego odznaczenia – Orderu Orła Białego. Ilu takich mamy we Wrocławiu? Otóż – Antoni Lenkiewicz z żyjących był jedynym. A jednak te media, o których napisałem powyżej, w ogóle śmierci tego wyjątkowo zasłużonego człowieka nie zauważyły. Z tej przyczyny wielu dowiedziało się o niej dopiero po pogrzebie. Tak, jak teraz było ze śmiercią jakże przecież dla Wrocławia zasłużonego Arkadiusza Dobrzynieckiego. Do bólu po stracie tego wyjątkowego człowieka żałosne wrocławskie pato – dziennikarstwo dołożyło więc jeszcze ból o nim – zapomnienia.

Cóż, jeżeli lwia część działających w Polsce mediów jest obca polskim sprawom to obowiązek pamięci spada na samych Polaków. O Arkadym piszę więc tak, jak potrafię i także dlatego, iż nikt o nim nie napisał, nikt przed pogrzebem nie powiadomił o jego odejściu. Pomimo tego – jednego jestem pewien: Arkady, będziesz niezapomniany! W domu Pana Boga na pewno będzie Ci dobrze a tu na ziemi pamiętało i wspominało Cię będzie bardzo, bardzo wielu.

Artur Adamski

Read Entire Article