Z powodu brawury na froncie Francuzi nazwali go „amerykańskim d’Artagnanem”. Nosił zawsze dopasowany, ale nieregulaminowego kroju mundur, przydługi szalik wydziergany przez matkę, a od pewnego momentu słoneczne okulary i ogromną fajkę o główce przypominającej kaczan kukurydzy. Zwierzchnicy – John Pershing, George C. Marshall i prezydent Harry Truman – wyzywali go od primadonn i skurczysynów.
„Wróciłem!” – Douglas MacArthur (w centrum, w ciemnych okularach), 20 października 1944 podczas lądowania na Leyte na Filipinach. Pierwszy z lewej, w korkowym hełmie – prezydent Filipin Sergio Osmeña. Domena publiczna
Sam generał Douglas MacArthur Marshalla i jego ulubieńca, a swego dawnego adiutanta, Dwighta Eisenhowera, określał mianem „gryzipiórków nigdy niewąchających prochu”. W propagandzie Związku Sowieckiego i PRL straszył jako „krwawy kat miłujących wolność narodów Azji” i „atomowy podżegacz wojenny”. Niewątpliwie Douglas MacArthur, najbarwniejszy spośród ledwie sześciu w dziejach Stanów Zjednoczonych pięciogwiazdkowych generałów, był postacią wymykającą się beznamiętnym ocenom.
Szkocki owoc Północy i Południa
Jego ojciec, Arthur, syn emigranta ze Szkocji, miał niespełna 17 lat, kiedy zaciągnął się do wojsk Unii i zakończył wojnę secesyjną jako bohaterski pułkownik. „Boy colonel” zdobył te szlify, nie posiadając jeszcze – z racji smarkatego wieku – praw wyborczych. Na pokonanym Południu obdarzony mocnym charakterem oficer Północy napotkał jednak osobę duchowo jeszcze mocniejszą, która wzięła go natychmiast do niewoli. Mary „Pinky” Hardy miała czterech braci bijących się za pokonaną Konfederację; ci z nich, którzy przeżyli wojnę, odmówili udziału w ceremonii ślubnej.
Z trzech synów tej pary Douglas, urodzony 26 stycznia 1880 roku, był ostatnim. Dzieciństwo spędził na zanikającym już pograniczu, bawiąc się z indiańskimi chłopcami i dosiadając mustangów; ojciec opowiadał mu o swoich znajomych, „Wild Billu” Hickoku i Buffalo Billu. Gdy próbował zarobić pierwsze pieniądze, sprzedając gazety, starsi chłopcy przepędzili go z ulicy. Matka oznajmiła, iż nie wejdzie do domu, póki nie sprzeda wszystkich egzemplarzy. Dokonał tego, choć wrócił z podbitym okiem.
W 1898 roku z bijącym sercem przekroczył progi elitarnej Akademii Wojskowej West Point. „Długa szara linia” kadetów stała się jego może największą miłością życiową – i to pomimo faktu, iż podczas zwyczajowych otrzęsin niemal wyzionął ducha. W szkole był zawsze najlepszy – w siodle, na boisku, w szermierce, w tańcu, w matematyce, w łacinie (tej cycerońskiej – nie przeklinał nigdy). Chciał być godny rodziców – zwłaszcza ojca, który po wspaniałej służbie, objąwszy gubernatorstwo zdobytych Filipin, został upokarzająco zdymisjonowany przez Williama Tafta, przyszłego prezydenta. Gdy inny prezydent, Theodore Roosevelt, w geście pocieszenia wysłał MacArthura seniora jako obserwatora na front wojny rosyjsko-japońskiej, Douglas podążył tam jako adiutant ojca. Dodatkowo objechał Japonię, Chiny, wyspy dzisiejszej Indonezji, Tajlandię oraz Indie. „Zrozumiałem – napisał potem – iż przyszłość Ameryki związana jest nierozłącznie z Azją i otaczającymi ją wyspami”.
Ulubieniec Marsa
Służył na Filipinach, dokonywał pomiarów mało znanych wybrzeży, a wiosną 1914 roku, podczas dość pechowej interwencji Stanów Zjednoczonych w Meksyku, za zuchwałą akcję na tyłach wroga nominowany został do najwyższego odznaczenia – Medalu Honoru. Orderu tego, którego kawalerem był jego ojciec, wówczas nie otrzymał, co uznał za złośliwość sztabowców – na punkcie honoru był zaś przeczulony do tego stopnia, iż wcześniej dwukrotnie dostał pisemną reprymendę za „zuchwałość”.
Został potem pierwszym w dziejach oficerem do kontaktów z prasą przy sztabie armii, co miało się okazać bezcennym doświadczeniem. W 1917 roku wyruszył na front francuski jako pułkownik. Parę miesięcy później był już najmłodszym w armii Stanów Zjednoczonych generałem brygady, a tuż przed końcem wojny dowódcą dywizji. Żołnierze, w tym armii sprzymierzonych, uwielbiali go za brawurę, zimną krew i trafne decyzje na polu bitwy. Dowódcy zaś, z generałem Johnem Pershingiem na czele (skądinąd starym znajomym jego rodziców), nie znosili za dandysowate maniery i niepokorność. Zabójczo przystojny, nienagannie uprzejmy, o olimpijskim sposobie bycia, potrafił, niczym potem Charles de Gaulle, mówić o sobie w trzeciej osobie („to byłoby niegodne MacArthura”). Nie tylko szef sztabu Pershinga, Marshall, uznawał go za pyszałka. Prawda była inna, znana garstce ludzi, głównie najbliższym mu kobietom. Sir Galahad, jak nazwała go pierwsza żona, był w istocie człowiekiem niezwykle nieśmiałym. Jowiszowe pozory były jego pancerzem.
Po wojnie został superintendentem (czyli rektorem) West Point, w oczach zwierzchników oczywiście kontrowersyjnym. Potem, jak szeptano, rozwścieczony Pershing odkomenderował go na dalekie Filipiny – podobno z zemsty, iż w brawurowy sposób zdobył rękę niedoszłej narzeczonej swego wodza. Nie narzekał, jego związek z archipelagiem, pokochanym już na początku stulecia, okazał się trwalszy niż relacja z Louise Brooks. Ta ostatnia – rozwódka z dwojgiem dzieci – nie mogła znieść nie tylko parafiańskiej atmosfery wysp na końcu świata, ale także fraternizowania się Douglasa z rozmaitymi „czarnuchami” – m.in. z przyszłym prezydentem Filipin, Manuelem Quezonem. Pod tym względem – w dobie segregacji rasowej – był Amerykaninem osobliwym. Pytany po latach o wady kolorowych żołnierzy odparł: „Były. Zawsze przysyłano mi ich zbyt mało”
„Lew z Bataanu”
Odwołany do Waszyngtonu, został szefem sztabu. Próbował modernizować wojsko przy minimalnych środkach – armia miała wtedy jeden służbowy samochód, jego własny. Gdy nowy prezydent, Franklin Delano Roosevelt, miał go dość, podążył znów na autonomiczne już Filipiny. Quezon mianował go feldmarszałkiem (wyśmiewał to świeży adiutant, Eisenhower), on zaś obiecywał stworzenie armii zdolnej obronić wyspy przed potężną Japonią. Armia ta miała być gotowa do połowy lat czterdziestych. Niestety, Japończycy uderzyli w grudniu 1941 roku…
Początek okazał się fatalny. Lotnictwo filipińskiego marszałka i wodza sił Stanów Zjednoczonych na wyspach zniszczone zostało jednym uderzeniem, i to na ziemi. Potem jednak „Mac” wycofał się na ufortyfikowany półwysep Bataan, gdzie formacje filipińsko-amerykańskie walczyły jeszcze przez cztery miesiące. W dobie niebywałych, hańbiących klęsk aliantów wieści o broniących się Filipinach były dla Amerykanów tym, czym Westerplatte dla Polaków. „Lew z Bataanu” stał się narodowym herosem. W marcu 1942 roku Roosevelt, ślący dotąd gorące, acz mgliste zapewnienia o bliskiej odsieczy, rozkazał mu przedrzeć się do Australii, by tą odsieczą pokierować.
MacArthur – z drugą żoną Jean i czteroletnim synem, nieodstępującymi go na krok – przemknął się przez japońską blokadę maleńkim ścigaczem, by w Kraju Kangurów dowiedzieć się, iż nie czeka na niego żadna armia. Bataan padł miesiąc potem, jeńców Japończycy po części wymordowali. Otrzymał – szyderstwo losu – Medal Honoru, ale do końca życia czuł się winny wobec swych żołnierzy i oszukany przez prezydenta. „Zmarł Roosevelt – powiedział w 1945 roku – człowiek, który w życiu słowa prawdy nie powiedział, jeżeli kłamstwo lepiej mogło służyć jego interesom”.
„Amerykański szogun” – gen. Douglas MacArthur z cesarzem Hirohito. Domena publiczna
Na razie, jako obrońca drżącej przed japońską inwazją Australii, uznał, iż bronić trzeba ją aktywnie, na sąsiedniej Nowej Gwinei, zamiast biernie wyglądać desantu. Pierwsze walki, w 1942 roku i na początku następnego, toczone w tropikalnej wilgoci, z pijawkami sypiącymi się z drzew na żołnierzy, były niezmiernie ciężkie i kosztowne. Zahartowały jednak armię i wodza. Jako bodaj jedyny z czołowych dowódców wojsk Stanów Zjednoczonych wzniósł się on ponad poziom ich przekonania, iż sposobem na wygranie wojny jest atak na całej linii. Jego tzw. żabie skoki – uderzanie w wybrane punkty, budowanie na nich lotnisk, blokowanie pozostałych pozycji nieprzyjaciela i uderzanie w kolejny cel – wymagały precyzyjnego współdziałania sił lądowych z flotą i lotnictwem.
Do końca wojny przeprowadził 46 zwycięskich desantów. Najważniejsze było rozpoczęte 20 października 1944 roku w zatoce Leyte lądowanie na Filipinach – realizacja złożonej na Bataanie obietnicy „powrócę” (I shall return). Stołeczną Manilę odbito dopiero 3 marca, po miesięcznych makabrycznych walkach. MacArthur zakazał bombardowania zabytkowego śródmieścia, ale widok gruzów i leżących wśród nich zwłok pomordowanych przez Japończyków cywilów wstrząsnął nim do głębi. „To miasto – wyszeptał – jest zniszczone jak Warszawa”.
Przyjaciel Polski
Warszawę znał z autopsji, odwiedził ją jako szef sztabu w 1932 roku. Ściskał wtedy dłoń marszałka Józefa Piłsudskiego, salutował kawalerzystom i żartował w płynnej francuszczyźnie z podobnym mu pod wieloma względami generałem Bolesławem Wieniawą-Długoszowskim. Na wieść o tragicznej śmierci pierwszego ułana Rzeczypospolitej, w strasznych chwilach lata 1942 roku znalazł czas, by napisać do wdowy słowa: „Zmarły był moim przyjacielem osobistym. Jestem pogrążony w głębokim żalu. Dusza Zmarłego opuściła ciało, by połączyć się z Bogiem i ukochanym marszałkiem Piłsudskim. Bezgraniczne wysiłki położone przez Zmarłego dla spraw Ojczyzny nie będą daremne: Bóg nie dopuści, by wysiłki Jego i Jemu podobnych spełzły na niczym. Polska zmartwychwstanie!”.
Późną wiosną 1945 roku nowy prezydent – Truman, sukcesor nagle zmarłego „FDR”, mianował MacArthura naczelnym wodzem szykującej się inwazji na broniącą się resztką sił Japonię. Do inwazji nie doszło. Przesądziły o tym dwie bomby atomowe, które generał nazwał „laboratoryjnym Frankensteinem”. Dnia 2 września Douglas MacArthur – jako wódz naczelny wszystkich sprzymierzonych, z Chinami i Związkiem Sowieckim włącznie – przyjął kapitulację Japonii na pokładzie pancernika „Missouri”. Okręt wybrał starannie – ze stanu o tej nazwie pochodził Truman.
Wróg nr 1 komunizmu
Teraz rozpoczął najdziwniejszy i najświetniejszy rozdział swej epopei. Przy minimalnym wpływie innych aliantów – inaczej niż w Niemczech, mieli tylko głos doradczy – rządził 80 mln Japończyków. Zdemobilizował ich armię, osądził zbrodniarzy wojennych, dokonał czystki w aparacie władzy, dymisjonując 200 tys. urzędników. Niemniej cesarza Hirohito – który zaimponował mu przy pierwszym spotkaniu, oznajmiając, iż czuje się odpowiedzialny za wszystkie poczynania swego reżimu – pozostawił na tronie. Monarcha miał odgrywać rolę „zakładnika demokracji” i gwaranta reform wprowadzanych przez tego, kogo jego poddani zwali „amerykańskim szogunem”. Zawdzięczali mu przetrwanie pierwszych, głodowych lat okupacji – „szogun” przysłał im wartą 2 mld dolarów pomoc humanitarną z Ameryki; pisał do Waszyngtonu: „przyślijcie mi żywność lub kule”.
Kazał opracować nową, pacyfistyczną konstytucję i podpisał dekret o reformie rolnej, czyniącej blisko 5 mln dzierżawców właścicielami swoich działek. Skutki były szybkie – wzrosła produkcja i poprawiła się koniunktura. Współtwórca gospodarczego cudu, premier Shigeru Yoshida, strapiony był tylko jedna gafą – nowe, demokratyczne wybory, po raz pierwszy z udziałem kobiet, dwudziestoma tysiącami głosów dały mandat poselski znanej kurtyzanie. „Chyba nie wszyscy ci wyborcy znali ją osobiście” – odparł generał, który wysłał listy gratulacyjne wszystkim posłankom.
Szef Sztabu Generalnego US Army gen. Douglas MacArthur z wizytą u marsz. Józefa Piłsudskiego w Belwederze. Widoczni od lewej: mjr William Colbern, N.N., gen. Janusz Gąsiorowski, N.N., adiutant kpt. George Davies, chargé d’affaires Sheldon L. Crosby, marsz. Józef Piłsudski, kpt. Mieczysław Lepecki, gen. Douglas MacArthur, wrzesień 1932. Narodowe Archiwum Cyfrowe
Dnia 25 czerwca 1950 roku komunistyczna Korea uderzyła na Koreę Południową, za zgodą i poparciem Moskwy i nowych, czerwonych Chin. MacArthur, mianowany wodzem sił ONZ, rozbił doszczętnie armię napastniczą. Wówczas, w listopadzie 1950 roku, Pekin zaatakował go olbrzymią falą „ochotników” – nazwa miała sugerować neutralność Chińskiej Republiki Ludowej. Zmuszony do odwrotu, kontratakował, żądając walki aż do zwycięstwa, wezwania posiłków z Tajwanu (odprysku Chin utrzymanego przez Czang Kaj-szeka) i zagrożenia komunistom atakiem nuklearnym.
Wówczas – 11 kwietnia 1950 roku – Truman, podbechtywany przez Marshalla, zdymisjonował MacArthura z wszystkich stanowisk. „Jego strategia była jedynie słuszną, tą która najwięcej zagrażała Rosji – zanotował zrozpaczony Jan Lechoń. – Te same siły, które zbudowały Mao, zniszczyły Czang Kaj-szeka, ten sam osioł Marshall i te same ciemne indywidua ze State Department sprzysięgły się teraz, aby nie dopuścić do zwycięstwa Ameryki, aby spróbować pokoju, który rozłoży Amerykę moralnie. […] Utopienie MacArthura w czasie wojny, w czasie gdy był niezastąpiony, gdy tylko wielcy ludzie mogą coś zdziałać, to szaleństwo czy głupota nieznane historii”.
Żył jeszcze 13 lat – kontrowersyjny w Europie i ojczyźnie, uwielbiany w Australii, na Filipinach, w Korei Południowej i w Japonii, która stała się jednym wielkim pomnikiem największego z jego dokonań. „Gdybym za sto lat – oznajmił pod koniec życia – otrzymał [w historii] choćby linijkę, iż przyczyniłem się do pokoju, chętnie oddałbym każdy zaszczyt oferowany przez wojnę”.
Jakub Polit, profesor doktor habilitowany, adiunkt w Zakładzie Historii Powszechnej Najnowszej Wydziału Historii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Bada m.in. wpływ Imperium Brytyjskiego na stosunki międzynarodowe XX wieku oraz ekspansję mocarstw w Azji Wschodniej w XIX i XX w. Opublikował „Odwrót znad Pacyfiku? Wielka Brytania wobec Dalekiego Wschodu, 1914–1922”; „Lew i smok. Wielka Brytania a kryzys chiński 1925–1928” oraz „Chiny” (w serii „Historia Państw Świata w XX Wieku”); „Gorzki triumf. Wojna chińsko-japońska 1937–1945” i inne.