Wypalanie Marków

polska-zbrojna.pl 4 hours ago

Pięć brytyjskich min z czasów II wojny światowej zneutralizowali nurkowie minerzy z 12 Dywizjonu Trałowców. Zawierały one materiał wybuchowy o sile odpowiadającej 2,5 tonom trotylu i zalegały ledwie kilometr od falochronu, który należy do świnoujskiego Gazoportu. Aby zmniejszyć oddziaływanie na środowisko, nurkowie posłużyli się metodą deflagracji.

Operacja zakończyła się w środę po południu, czyli dzień przed planowanym terminem. – Wszystko przebiegło po naszej myśli – przyznaje kmdr por. Sławomir Góra, dowódca 12 Dywizjonu Trałowców. – Ładunki umieszczone na minach na tyle skutecznie wypaliły znajdujący się wewnątrz materiał wybuchowy, iż deflagracja nie przerodziła się w klasyczną detonację. A nie jest to żelazna reguła – tłumaczy oficer.

Miny zostały odkryte przez pracowników cywilnej firmy, która oczyszcza fragment Zatoki Pomorskiej z myślą o szeroko zakrojonych inwestycjach. To właśnie w tym rejonie realizowany jest rządowy projekt pod nazwą Przylądek Pomerania. Jego elementem stanie się głębokowodny terminal kontenerowy i prowadzący do niego nowy tor podejściowy. Kompleks ma obsługiwać największe statki wpływające na Bałtyk.

REKLAMA

Przygotowania są jednak żmudne, między innymi ze względu na kłopotliwe pamiątki z czasów II wojny światowej. Wówczas to Świnoujście i okolice miasta regularnie stawały się celem alianckich nalotów. Chodziło nie tylko o zniszczenie ważnego dla Niemców portu, ale też nieodległych zakładów przemysłowych. I choć po wojnie na Bałtyku i lądzie intensywnie pracowali saperzy, stare miny i niewybuchy znajdowane są tam do dziś.

Te odkryte teraz, okazały się brytyjskimi minami typu Mark IV, V i VI. Podczas wojny amunicja tego typu była zrzucana z samolotów. Miny spoczywały na głębokości 10 m i łącznie ważyły 3,5 tony. Zawierały ładunek wybuchowy o sile odpowiadającej 2,5 tonom trotylu. Ledwie kilometr dzielił je od falochronu należącego do świnoujskiego Gazoportu. W operację usuwania znaleziska zaangażowali się marynarze z 8 Flotylli Obrony Wybrzeża, przedstawiciele służb mundurowych i wielu cywilnych instytucji.

Główny ciężar operacji spoczął na barkach nurków minerów z 12 Dywizjonu Trałowców. Na morze wyruszali łodziami, po czym schodzili pod wodę. Ich działania zabezpieczały należące do marynarki trałowiec i holownik, a także jednostki pływające straży granicznej i urzędu morskiego. Pobliskie plaże patrolowała policja. Na czas operacji wyznaczone zostały strefy bezpieczeństwa, które rozciągały się od niemieckiego Ahlbeck aż po Międzyzdroje. Na tym odcinku obowiązywał bezwzględny zakaz wchodzenia do wody. Powód? Fala uderzeniowa mogłaby spowodować u kąpiących się poważne obrażenia.

Jednocześnie marynarze robili wszystko, by zminimalizować wpływ operacji na środowisko naturalne. Dlatego właśnie zamiast tradycyjnej detonacji sięgnęli po niezbyt często stosowaną metodę deflagracji. Wiąże się ona z umieszczeniem na minie specjalnego ładunku kumulacyjnego, który przepala jej korpus, a następnie wypala znajdujący się wewnątrz ładunek wybuchowy. Kiedy proces dobiegnie końca, pozostałości obiektu są wysadzane w tradycyjny sposób. Tak czy inaczej – sam wybuch ma znacznie mniejszą siłę niż podczas klasycznej neutralizacji.

– Deflagracja wymaga dużej precyzji – zaznacza por. mar. Patryk Zając, zastępca dowódcy Grupy Nurków Minerów 12 Dywizjonu Trałowców. – Przede wszystkim należy przygotować ładunek o odpowiedniej wielkości i mocy, a następnie umieścić go w ściśle określonym miejscu. Zbyt duży czy nieodpowiednio podłożony ładunek może sprawić, iż proces nie zostanie zainicjowany i dojdzie do wybuchu – tłumaczy nurek. Tym razem jednak deflagracja przebiegła bez przeszkód.

W poniedziałek nurkowie zneutralizowali pierwsze dwie miny, we wtorek dwie kolejne, wreszcie w środę ostatnią. – Wykazali się dużym profesjonalizmem – podkreśla kmdr por. Góra. Jak dodaje por. mar. Zając, plany udało się zrealizować także dzięki sprzyjającej pogodzie. – Było słonecznie i praktycznie bezwietrznie. Powierzchnia morza pozostawała gładka, widoczność pod wodą dobra, a temperatura Bałtyku na tyle jeszcze wysoka, iż pozwalała nurkom pracować we względnym komforcie – mówi.

Łukasz Zalesiński
Read Entire Article