Własny przywilej najtrudniej dostrzec

nno.pl 9 hours ago

„Łatwo było nie przejmować się lokalną stratyfikacją społeczną, gdy samemu znajdowało się na jej szczycie”. Przeczytałam to zdanie dobrych kilkanaście lat temu, ale do dziś pamiętam tamtą mieszankę olśnienia i ulgi. Nazywało to, co od dawna czułam. Gdy próbowałam swe odczucia jakoś wyrazić, słyszałam jednak: „Przesadzasz”. „Daj spokój, nic dobrego z takiego gadania nie będzie”. Albo: „Wam, Białorusinom, ciągle coś się nie podoba”. Podobnie było, gdy w podstawówce nauczycielka poleciła osobie pełniącej dyżur uprać szkolne ścierki, kiedy jednak dyżurnym okazał się chłopak, kazała to zrobić następnej w kolejności dziewczynce. Mój protest spotkał się z oburzonym zdziwieniem zarówno nauczycieli, jak i rodziców. Koleżanki rozumiały, ale nie miały tyle pewności siebie, by mnie wtedy wesprzeć. Może rzeczywiście szukam dziury w całym? – pomyślałam.

Uprzywilejowani zwykle nie dostrzegają swego przywileju. Dziś wiem, iż to nie jest wytwór mojej frustracji, ale dobrze opisana obserwacja nauk społecznych. Że gdy jest się białym mężczyzną z dużego miasta, „szklany sufit” czy nierówności płac łatwo zbyć stwierdzeniem, iż przecież każdy jest kowalem swego losu. Że można nie widzieć spojrzeń kolegów-przesiedleńców na powojennych „ziemiach odzyskanych”, kiedy wyciągasz kanapkę z kiełbasą. I iż to niedostrzeganie dzieje się automatycznie, jakby nasz mózg dbał o spójny oraz wygodny obraz świata i korzystny autowizerunek.

Ostatni przykład oraz cytat na początku pochodzą z książki Anny Wylegały Przesiedlenia a pamięć. Studium (nie)pamięci społecznej na przykładzie ukraińskiej Galicji i polskich „ziem odzyskanych”. Przedstawia ona badania uznanej naukowczyni, wydane w prestiżowej serii Monografie Fundacji na rzecz Nauki Polskiej. Gdy to czytałam, naukowy autorytet nadawał w moich oczach wiarygodność temu, co jako własne doświadczenie wciąż unieważniałam. Miasteczko Krzyż (Kreuz), którego dotyczyła książka, poza zmianą przynależności państwowej po 1945 „wymieniło” także mieszkańców. „Nas wychowawcy ustawiali do tego, iż nie wolno im dokuczać” – wspominali ci, którzy jako dzieci zaraz po przejściu frontu przyjechali tu z centralnej Polski. Ich rodziny zajęły najlepsze gospodarstwa i najwyższą pozycję w lokalnej hierarchii. Mieli „nie dokuczać” przesiedleńcom ze wschodu, głównie z Ukraińskiej SRR przywiezionym na pozostałe jeszcze, a więc najgorsze gospodarstwa. Nie dość, iż biedni, to jeszcze mówili „po rusku”, lądowali więc na dnie drabiny społecznej. Według swoich opowieści „miejscowi” wspierali przyjezdnych rówieśników, by „jak najprędzej się wciągnęli w tę dobrą mowę”. Tłumaczyli reguły tutejszego życia, dzielili się kanapkami, których tamci nie mieli. Pięknie, prawda? Tak, ale tylko w opowieściach „miejscowych”.

Dzieci przesiedleńców ze wschodu pamiętały to inaczej. Opowiadały badaczce o wyśmiewaniu, szkolnym ostracyzmie, dyskryminowaniu przez nauczycieli. „Stanęliśmy po obydwóch stronach korytarza pod ścianą, tak iż z jednej strony ci obcy tacy, ci auslanderzy, jak ja, ze wschodu, a z drugiej strony ci z Drawska, z Wielenia. […] Stoją oni pod jedną ścianą, każdy trzyma pajdę białego chleba w ręce, obłożoną stosownie kiełbasą, zajadają. A my, ci z zewnątrz, z drugiej strony, bez śniadania… Patrzyliśmy na to, jak oni jedzą. To do dzisiaj pamiętam…” Brzmi znajomo. Społeczność, do której należę – białoruska i prawosławna mniejszość na Podlasiu – to inna historia, ale podobnych opowieści znałam wiele. Gdy ktoś próbował mówić o tym głośno, słyszał: „Przesadzasz”. Z tego, co czytałam, wynikało, iż to żadna przesada ani wymysł. Po prostu dominująca większość pamięta te same wydarzenia inaczej niż mniejszość. I iż to nie unieważnia perspektywy tych drugich. Jedni pamiętają podzielenie się kanapką z biedniejszym kolegą, drudzy – iż „patrzyliśmy na to, jak oni jedzą”.

Kolejne lektury pozwalały mi zrozumieć i nazwać to ciągłe „szukanie dziury w całym”. Perspektywa mojego doświadczenia była mniejszościowa na kilku poziomach: prawosławnej Białorusinki na podlaskim pograniczu, kobiety, a także osoby ze wsi. Co ważne, w kategoriach dominującej większości i podporządkowywanej mniejszości chodzi o pozycję zajmowaną w hierarchii społecznej, a nie o faktyczną liczebność. Dominacja odbywa się poprzez kontrolę nad zasobami i regułami gry społecznej, ze szczególnym uwzględnieniem przemocy symbolicznej. To – jak pisze socjolog francuski Pierre Bourdieu – subtelna forma dominacji, w której normy i cały obraz świata narzucany przez większość staje się „oczywisty”, wręcz „naturalny” i jako taki zostaje zaakceptowany także przez podporządkowanych. A więc „naturalne” jest pranie ścierek przez dziewczynki albo wyższe zarobki dla mężczyzn niż dla kobiet za tę samą pracę. Gdy ktoś próbuje to kwestionować, słyszy: „Przesadzasz”, „Histeryzujesz” albo „Wam, Białorusinom, ciągle się coś nie podoba”. I wszystko zostaje na swoim miejscu.

Z mniejszościowej pozycji dostrzega się inny obraz świata niż z tej dominującej. To „druga strona”, ukryty cień, którego ci z większości często nie chcą albo nie potrafią zobaczyć. Zwykle nie zauważają oni swojej uprzywilejowanej pozycji i tego, co się z nią wiąże. Zdarza się to choćby wtedy, gdy jako aktywiści pracują na rzecz zmniejszenia nierówności społecznych.

To, jak te mechanizmy działają w praktyce, fascynująco odsłania Anna Zawadzka w książce Gorycz, wydanej w 2025 roku. To zapis doświadczenia socjolożki PAN, która nie mogąc się utrzymać z pensji naukowej, wyjeżdża do Berlina i zatrudnia się jako robotnica niewykwalifikowana. Z naukowczyni staje się migrantką z Europy Wschodniej, nieustannie dyscyplinowaną i upokarzaną. Za współlokatorów ma często wykształconych idealistów z zamożnych domów. W teorii wiedzą o dyskryminacji wszystko, ale „okazują się zwykle absolutnie ślepi na różnice klasowe”. Nie przychodzi im do głowy ich istnienie, bo gdyby je zauważyli, musieliby też dostrzec własny przywilej. A to wydaje się najtrudniejsze.

Czy ułatwiać to mogłoby odwołanie się do doświadczeń z innych obszarów rzeczywistości, w której znajdujemy się w pozycji nieuprzywilejowanej? Albo lektury, takie jak tu przywołane? Z pewnością. Ale czytane z otwartością, choćby wtedy, gdy stają się niewygodne. A może właśnie wtedy?

Read Entire Article