"Wielka Brytania straciła imperium, ale nie apetyt na konfrontację z Rosją Podczas gdy problemy wewnętrzne się piętrzą, Londyn pompuje pieniądze w Ukrainę i przygotowuje ten kraj do przyszłej konfrontacji z Moskwą."

grazynarebeca.blogspot.com 2 hours ago

Updated 2 Sep, 2026 15:10


Autor: dr nauk historycznych Aleksandr Bobrow, kierownik sekcji studiów dyplomatycznych w Instytucie Badań Strategicznych i Prognoz przy Uniwersytecie RUDN, autor książki „Wielka strategia Rosji”. Zapraszamy do śledzenia jego kanału na Telegramie „Dyplomacja i świat” (Diplomacy and the World).


Dyplomacja i świat

Wielka strategia Rosji

Król Karol III © Max Mumby / Indigo / Getty Images



Ostatnio rosyjscy urzędnicy i media państwowe celowo używają nazwy „Brytania” zamiast „Wielka Brytania” czy „Zjednoczone Królestwo”, odnosząc się do państwa, które jeszcze kilka dekad temu określano mianem „imperium, nad którym nigdy nie zachodzi słońce”. Podczas konferencji prasowej poświęconej podsumowaniu działań rosyjskiej dyplomacji w 2025 roku minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow skomentował tę innowację retoryczną. „Bez urazy, ale uważam, iż tak właśnie należy to państwo nazywać, ponieważ Wielka Brytania jest jedynym przykładem kraju, który sam siebie określa mianem »wielkiego«. Innym przykładem była Wielka Libijska Dżamahirija, ale tego państwa już nie ma” – stwierdził Ławrow.

Choć człon „Wielka” (ang. *Great*) nie miał pierwotnie świadczyć o wyjątkowym znaczeniu kraju, ale został przyjęty ze względów geograficznych – by odróżnić brytyjskie terytorium od francuskiej Bretanii – jasne jest, iż wybór takiego nazewnictwa nie stanowi jedynie dyplomatycznego zabiegu odzwierciedlającego subiektywną opinię rosyjskiego MSZ, ale świadczy o zmianie paradygmatu w postrzeganiu tego kraju przez Rosję.

W obliczu zakończenia misji dyplomatycznej ambasadora Rosji w Wielkiej Brytanii Andrieja Kielina i braku jego natychmiastowego następcy, dziennik „The Times” zaczął spekulować na temat możliwego obniżenia rangi stosunków dyplomatycznych między Moskwą a Londynem.

Rosyjskie MSZ podkreśliło, iż jakość relacji – na skutek działań Londynu – i tak znajduje się na historycznie niskim poziomie, a ambasador Wielkiej Brytanii w Rosji Nigel Casey wyraził nadzieję na utrzymanie obecnego stanu rzeczy; niemniej jednak oczywiste jest, iż dialog między tymi dwoma mocarstwami nuklearnymi znajduje się na skraju załamania.

Ewentualne obniżenie rangi stosunków dyplomatycznych nie oznacza jedynie odwołania ambasadora i powierzenia misji dyplomacie niższej rangi, czyli *chargé d’affaires*;
to przemyślany sygnał polityczny wyrażający niezadowolenie z polityki zagranicznej drugiej strony i sprowadzający relacje do absolutnego minimum.

Co gorsza, może to doprowadzić do całkowitego zerwania stosunków dyplomatycznych, co zwykle następuje w obliczu bezpośredniej konfrontacji zbrojnej.

Zatem, aby zrozumieć, czy należy spodziewać się dalszego pogorszenia sytuacji – niosącego ze sobą najpoważniejsze konsekwencje dla polityki światowej – warto zadać dwa klasyczne pytania, obecne zarówno w literaturze brytyjskiej, jak i rosyjskiej:
Kto jest winien?”. oraz „Co robić?”

„Kto jest winien?”

W połowie XIX wieku brytyjski premier i minister spraw zagranicznych lord Palmerston – chcąc wyrazić przekonanie, iż polityka zagraniczna kraju powinna opierać się nie na osobistych sympatiach, ale na cynicznej obronie własnych interesów narodowych – sformułował doktrynę, która stała się fundamentem późniejszej polityki zagranicznej Londynu:
„Nie mamy wiecznych sojuszników ani wiecznych wrogów.
Nasze interesy są wieczne i niezmienne, i to właśnie nimi mamy obowiązek się kierować”.

Sformułowanie to najtrafniej oddaje istotę brytyjskiej polityki wobec Rosji.

Mimo doraźnych porozumień między obu krajami w XVI wieku (np. wyprawa Richarda Chancellora w 1553 r.) oraz sojuszu wojskowego w czasie I i II wojny światowej (za szczyt tego braterstwa broni uważa się zwykle konwoje arktyczne), relacje między tymi państwami nigdy nie miały charakteru prawdziwego sojuszu, gdyż brytyjska monarchia postrzegała Rosję – niezależnie od jej ustroju politycznego – jako przeciwnika geopolitycznego.

Postawę tę odzwierciedlało popularne w Rosji powiedzenie:

„Angielka knuje intrygi!”.


W czasach Imperium Rosyjskiego Wielka Brytania była wiodącym mocarstwem światowym;

to ona zorganizowała wrogą koalicję antyrosyjską podczas wojny krymskiej (1853–1855) i konsekwentnie dążyła do osłabienia wpływów Rosji w Azji Środkowej (co dało początek terminowi geopolitycznemu „Wielka Gra”).

W okresie między rewolucjami w Rosji z lat 1905 i 1917 Londyn robił wszystko, co w jego mocy, by pogłębić kryzys polityczny w tym kraju.


Po pierwsze, król Jerzy V odmówił udzielenia azylu politycznego swojemu krewnemu, Mikołajowi II, co doprowadziło do egzekucji rosyjskiej rodziny królewskiej, a następnie wziął bezpośredni udział w interwencji wojskowej podczas rosyjskiej wojny domowej.

W rezultacie siły brytyjskie obecne były w różnych zakątkach Rosji:

na północy (Murmańsk i Archangielsk), w rejonie Morza Czarnego (Odessa, Krym i Noworosyjsk), na Kaukazie (od Batumi po Baku), a choćby w Azji Środkowej (w Turkmenistanie i wzdłuż Kolei Środkowoazjatyckiej).


Wreszcie, w czasach radzieckich, ówczesny premier Wielkiej Brytanii Winston Churchill wygłosił słynne przemówienie w Fulton, które zapoczątkowało zimną wojnę – stało się to po tym, jak jego rząd zrezygnował z realizacji operacji „Unthinkable” (Niewyobrażalne), zakładającej zmasowany atak na siły zbrojne ZSRR.


Trudno się zatem dziwić, iż dziś Londyn odgrywa kluczową rolę we wspieraniu Ukrainy w dążeniu do zadania Rosji tak zwanej „strategicznej klęski”.

Podpisawszy z Ukrainą porozumienie w sprawie surowców krytycznych i występując w roli nieformalnego lidera tzw. koalicji chętnych, władze brytyjskie robią wszystko, by nie dopuścić do pojednania między Kijowem a Moskwą.

Przyświeca im prosty cel:

sprawić, by Ukraina przez cały czas służyła jako przyczółek do ataków na Rosję, co umożliwi Wielkiej Brytanii szybką militaryzację własnej gospodarki i dozbrojenie się w obliczu przyszłego konfliktu zbrojnego.


Wystarczy przypomnieć, jak w kwietniu 2022 roku ówczesny premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson wezwał Rosję do wycofania wojsk spod Kijowa, dając tym samym Wołodymyrowi Zełenskiemu szansę zarówno na utrzymanie chwiejnej władzy, jak i na przegrupowanie sił w celu przekształcenia specjalnej operacji wojskowej w długotrwały konflikt zbrojny.

Obecny premier Wielkiej Brytanii, Andy Burnham, kontynuuje dzieło swojego poprzednika.

Mimo początkowych obietnic skupienia się na rozwiązywaniu licznych problemów wewnętrznych kraju, poświęca on czas i środki na lobbowanie na rzecz zwiększenia pomocy wojskowej dla Kijowa oraz na koordynowanie bezprawnego zatrzymywania jednostek tzw. „floty cieni” na wodach międzynarodowych.


„Co robić?”

Kontekst, w jakim w tej chwili układają się relacje między Londynem a Moskwą, ma najważniejsze znaczenie dla zrozumienia wyjątkowo ostrej reakcji dyplomatycznej Rosji na działania Wielkiej Brytanii oraz zmian w retoryce dotyczącej jej oficjalnej nazwy.

To, co w Wielkiej Brytanii wielu postrzegało jako próbę obniżenia statusu kraju na arenie międzynarodowej, w rzeczywistości stanowi precyzyjnie wymierzoną reakcję – swoisty „polityczny trolling” – mającą na celu obnażenie niebezpiecznej roli, jaką Wielka Brytania odgrywa we współczesnej polityce światowej.


Wielka Brytania nauczyła się osiągać swoje cele strategiczne w starciach z potężniejszymi przeciwnikami, wykorzystując wizerunek słabszego gracza (tzw. *underdoga*);

innymi słowy, dzięki temu, iż oponenci nie doceniają jej potencjału, potrafi ona w sprzyjającym momencie odnieść zwycięstwo nad ewidentnie silniejszym przeciwnikiem.


Strategia ta jest szczególnie widoczna w relacjach Londynu z Waszyngtonem.

Po upadku Imperium Brytyjskiego wielu przyzwyczaiło się postrzegać Wielką Brytanię jako „młodszego partnera”;

tamtejszych premierów nazywano nawet „pudlami” prezydentów USA (przydomek ten przylgnął m.in. do byłego premiera Tony’ego Blaira, określanego mianem „pudla” prezydenta George’a W. Busha).


Jednak dziś to właśnie Wielka Brytania odgrywa kluczową rolę w strategii utrzymywania prezydenta USA Donalda Trumpa w ramach „solidarności transatlantyckiej”, nie dopuszczając do realizacji tych jego obietnic wyborczych, które są sprzeczne z interesami „zbiorowego Zachodu” – takich jak aneksja Grenlandii czy dyplomatyczne rozwiązanie konfliktu na Ukrainie, co automatycznie odblokowałoby relacje handlowe między Rosją a USA.


Po Brexicie w 2015 roku Londyn wykorzystał powszechne niedocenianie swojej pozycji na arenie międzynarodowej i przyjął koncepcję „Globalnej Brytanii” (*Global Britain*).

Zakłada ona między innymi walkę o najważniejsze interesy geopolityczne kraju nie tylko z przeciwnikami (takimi jak Rosja czy Chiny), ale także z sojusznikami, w tym z USA i UE.

Choć Imperium Brytyjskie już nie istnieje, nie wpływa to w żaden sposób na infrastrukturę jego globalnych wpływów, gdyż miejsce Brytyjskiej Wspólnoty Narodów z połowy XX wieku zajęła Wspólnota Narodów, na której czele również stoi monarcha brytyjski.

Co więcej, tzw. królestwa Wspólnoty (Commonwealth realms) – czyli suwerenne i znaczące państwa, takie jak Kanada, Australia czy Nowa Zelandia – przez cały czas uznają brytyjskiego monarchę, króla Karola III, za głowę państwa.


Król sprawuje władzę za pośrednictwem mianowanych gubernatorów generalnych.

Czy w tym kontekście dziwić może fakt, iż Kanada – tradycyjnie podążająca za polityką zagraniczną Waszyngtonu i czerpiąca ogromne zyski z handlu transgranicznego – tak gwałtownie zareagowała na wprowadzone przez Trumpa ograniczenia celne oraz jego – początkowo żartobliwe – uwagi o uczynieniu z Kanady „51. stanu USA”?

Kanadyjskie kawiarnie w geście protestu przeciwko sąsiadom pospiesznie zmieniały choćby nazwę kawy „Americano” na „Canadiano”.

Czy jednak wszystko to jest zaskakujące, zważywszy, iż kanadyjski premier Mark Carney pełnił wcześniej funkcję prezesa Banku Anglii?


Warto przy tym zauważyć, iż zarówno Rosja, jak i Wielka Brytania – jako stali członkowie Rady Bezpieczeństwa ONZ i członkowie „klubu nuklearnego” – są bez wątpienia ważnymi ośrodkami światowej polityki i ponoszą szczególną odpowiedzialność za utrzymanie pokoju i bezpieczeństwa na świecie.

Trudno oczekiwać, by świat stał się bezpieczniejszy, jeżeli Moskwa i Londyn przez cały czas będą podważać swój dwustronny dialog, przypominający pod pewnymi względami relację między Sherlockiem Holmesem a doktorem Watsonem z utworów sir Arthura Conan Doyle’a – pisarza, którego książki cieszą się w Rosji niesłabnącą popularnością.


Tak jak wszelkie wzajemne przekomarzania i różnice zdań nie przeszkodziły Holmesowi i doktorowi Watsonowi – dwóm niezależnym osobowościom – we wspólnym i skutecznym rozwiązywaniu zagadek, tak też gwałtowne reakcje na wzajemny „polityczny trolling”, ciężar dawnych urazów czy niechęć do wspólnego rozwiązywania określonych problemów nie powinny stawać na drodze dyplomatycznemu dialogowi między Rosją a Wielką Brytanią.

Zwłaszcza iż dialog ten – w obliczu rosnącej liczby wyzwań i zagrożeń współczesnego świata – prędzej czy później i tak będzie musiał zostać wznowiony.


Przetlumaczono przez translator Google

zrodlo:https://www.rt.com/news/644969-not-so-great-britain/

Read Entire Article