
Unia Europejska chciałaby dwóch rzeczy:
- Podnieść poziom technologiczny,
- Wyrównać poziom rozwoju w różnych rejonach.
Niby słusznie, ale problem w tym, że te dwie rzeczy są wzajemnie sprzeczne.
Wyobraźmy sobie, iż ktoś chce wprowadzić nową technologię w Białymstoku. Napotyka następujące ograniczenia:
i) Nie ma odpowiednich specjalistów,
ii) Nie ma odpowiedniego środowiska: na przykład, różne wyspecjalizowane pomiary można wykonać w Warszawie, albo we Wrocławiu,
iii) Nie ma w pobliżu ewentualnych odbiorców nowych produktów.
Ograniczeń takich nie ma w Warszawie: największe uczelnie, największa koncentracja laboratoriów, duża ilość firm high-tech’owych.
A jednak Warszawa jest wyłączona z funduszy takich jak FENG: Fundusze Europejskie dla Nowoczesnej Gospodarki. W Białymstoku dofinansowanie europejskie wynosi 70%, a w Warszawie 0, zero, null, niente, rien, bo Warszawa jest za bogata (powyżej średniej unijnej!).
Rozumiem, iż chciałoby się mieć podobny stopień rozwoju w Białymstoku i w Warszawie, ale problem w tym, iż nie mamy czasu.
Pojawia się sporo programów finansowania inwestycji w high-tech wspierających nasze wojsko: np., w drony nowych generacji, materiały niewidoczne dla radarów, czy komputery kwantowe łamiące szyfry wroga. Tego rodzaju nowe technologie najszybciej powstaną w Warszawie, a nie w Białymstoku.
Czy to tak trudno Eurobiurokratom zrozumieć?
Michał Leszczyński









