Jakub Łaszkiewicz przez ostatnie lata zbudował swoją rozpoznawalność na komentowaniu relacji damsko-męskich, krytyce tzw. manosfery oraz internetowych trenerów podrywu, a jego publiczny wizerunek opierał się w dużej mierze na pozycji człowieka wrażliwego, świadomego społecznie i stojącego po stronie kobiet w sporach dotyczących współczesnej męskości. Tym bardziej interesująca stała się informacja o rozpadzie jego związku z feministką Daren Galitską. Daren w emocjonalnym
oskarżyła Łaszkiewicza o zdradę.
Upadek feministy i krytyka „kołczów podrywu”. Sama historia rozpadu związku Łaszkiewicza z Daren nie byłaby niczym szczególnym, ponieważ związki się kończą, ludzie popełniają błędy, a choćby najbardziej rozsądni i moralizujący publicznie ludzie mogą prywatnie podejmować fatalne decyzje, jednak w przypadku osoby, która uczyniła z wyśmiewania zachowań innych mężczyzn i moralizowania na ten temat główną część swojej działalności publicznej, pojawia się zupełnie uzasadnione pytanie o konsekwencję pomiędzy głoszonymi zasadami a własnym postępowaniem.
Jeżeli ktoś regularnie tłumaczy odbiorcom, czym jest toksyczna męskość, jak należy traktować kobiety i dlaczego określone zachowania mężczyzn są naganne, to trudno oczekiwać, iż w chwili kryzysu jego własne życie prywatne zostanie całkowicie wyłączone spod oceny tych samych standardów.
I właśnie tutaj ujawnia się szerszy problem kultury lewicowych „białych rycerzy”, czyli feministów, którzy budują swoją społeczną atrakcyjność i rozpoznawalność poprzez deklarowanie szczególnej wrażliwości, empatii oraz poparcia dla postulatów feministycznych i dewiacyjnych. Sama krytyka toksycznych zachowań nie jest oczywiście niczym nagannym. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy poglądy polityczne i społeczne zaczynają pełnić funkcję swoistego certyfikatu moralnego, a człowiek zakładający odpowiednie hasła w Internecie automatycznie otrzymuje status osoby dobrej, empatycznej i godnej zaufania.
Tymczasem deklarowana moralność nie pozostało charakterem, podobnie jak publiczne mówienie o szacunku nie jest dowodem na to, iż człowiek rzeczywiście potrafi być lojalny, odpowiedzialny i uczciwy wobec najbliższych. Charakter poznaje się przede wszystkim wtedy, kiedy pojawia się konflikt pomiędzy własnym interesem a zasadami, które wcześniej przedstawialiśmy jako ważne, ponieważ łatwo jest mówić o empatii i wyśmiewać narcyzów, kiedy przynosi to popularność i lajki. Znacznie trudniej natomiast zachować się przyzwoicie wtedy, kiedy wymaga to rezygnacji z własnej wygody, przyjemności albo nowych możliwości.
Dlatego historia Łaszkiewicza, niezależnie od tego, jak ostatecznie zostaną wyjaśnione wszystkie okoliczności jego rozstania z Daren, powinna być przede wszystkim przestrogą przed poważnym traktowaniem influencerów jako autorytetów moralnych. Człowiek może przez lata mówić bardzo rozsądne rzeczy o relacjach, psychologii czy szacunku do drugiej osoby, a jednocześnie zupełnie nie radzić sobie z własnym życiem uczuciowym, ponieważ umiejętność atrakcyjnego opowiadania o moralności jest czymś zupełnie innym niż konsekwentne przestrzeganie jej zasad.
To właśnie dlatego przypadek Łaszkiewicza jest ciekawszy jako zjawisko społeczne niż jako kolejna internetowa „drama”. Pokazuje bowiem, jak łatwo współczesna kultura influencerów zamienia poglądy w markę osobistą, a markę osobistą w substytut charakteru. Algorytmy premiują ludzi, którzy potrafią w prosty sposób podzielić świat na dobrych i złych, świadomych i toksycznych, postępowych i zacofanych, podczas gdy prawdziwe życie jest znacznie mniej wygodne i wymaga oceniania człowieka nie po jego deklaracjach, ale po czynach.
Ostatecznie więc nie ma większego znaczenia, czy ktoś przedstawia się jako feminista i liberał. Znaczenie ma to, czy dotrzymuje słowa, czy potrafi być lojalny wtedy, kiedy nikt nie patrzy, czy bierze odpowiedzialność za własne decyzje i czy potrafi zastosować wobec siebie dokładnie te same standardy, które z taką łatwością stosuje wobec innych. Bo ostatecznie człowieka nie definiują jego hasła, deklaracje ani liczba osób przekonanych o jego moralnej wyższości, ale to, jak zachowuje się wtedy, kiedy gasną kamery, znikają lajki i nikt już nie patrzy.
Bądźmy szczerzy: w środowisku lewicowo-liberalnym jest najwięcej narcyzów. Przybierają oni zupełnie inną formę niż narcyzi z kręgów prawicowych i tradycyjnych. Potwierdzają to zarówno twarde badania psychologiczne, jak i codzienna obserwacja internetu. Psychologia wyróżnia specyficzny podtyp tego zaburzenia, który idealnie pasuje do nowoczesnych aktywistów i influencerów: narcyzm komunalny.
Jak działa lewicowo-liberalny narcyz komunalny? Przede wszystkim paliwem dla jego ego jest rzekoma moralna wyższość nad tradycjonalistami. Tradycyjny narcyz chwali się pieniędzmi, mięśniami lub drogim samochodem. Narcyz komunalny chwali się z kolei swoją dobrocią, empatią i tolerancją. Buduje poczucie własnej wyjątkowości wokół tego, jak bardzo przejmuje się losem mniejszości dewiacyjnych, klimatem czy tzw. „prawami kobiet” (walką o nowe, kobiece przywileje). Uważa się za kogoś „lepszego”, bo stoi po „właściwej stronie historii”.
Co ważne, ŁAszkiewicz nie jest wyjątkiem. Historia ostatnich lat dostarczyła kilku innych, głośnych przykładów mężczyzn, którzy publicznie deklarowali poparcie dla feminizmu i walki z przemocą seksualną, a następnie sami byli oskarżani o molestowanie lub inne niewłaściwe zachowania wobec kobiet, często w swoim środowisku zawodowym.
Takie przypadki miały miejsce między innymi w branży medialnej, filmowej i artystycznej, gdzie publiczny wizerunek mężczyzny jako rzecznika praw kobiet niejednokrotnie okazywał się całkowicie niewystarczającą gwarancją jego rzeczywistego zachowania wobec współpracowniczek (np. Marcin Kącki).
Po raz kolejny okazuje się zatem, iż najciemniej jest pod latarnią a lewicowość to po prostu synonim hipokryzji.
Polecamy również: Budanow niechcący ujawnił skalę strat Ukrainy w wojnie













