Trump dostał od Amerykanów czerwoną kartkę. Europa nie powinna jednak liczyć na koniec jego polityki

polska-zbrojna.pl 8 hours ago

Demokraci przejęli obie izby Kongresu, a Donald Trump poniósł porażkę, której rozmiar przekroczył przedwyborcze oczekiwania. Amerykanie ukarali Republikanów m.in. za koszty życia i wojnę z Iranem, ale skutki ich decyzji wykroczą daleko poza granice Stanów Zjednoczonych. Nowa większość parlamentarna może ograniczać swobodę prezydenta, nie odbierze mu jednak najważniejszych instrumentów prowadzenia polityki zagranicznej. Dla Europy oznacza to więcej możliwości wpływania na Waszyngton, ale również ryzyko kolejnych napięć i nieprzewidywalnych decyzji. Polska powinna potraktować wynik wyborów jako szansę, nie zaś gwarancję bezpieczeństwa.

Donald Trump lubi przedstawiać politykę jako niekończący się ciąg zwycięstw. Tym razem jednak trudno będzie mu ogłosić sukces. Demokraci odebrali Republikanom kontrolę nad Izbą Reprezentantów i Senatem, zdobywając mandaty choćby w takich stanach, jak Teksas, Kansas czy Karolina Południowa. To nie była zwyczajna korekta politycznych nastrojów, charakterystyczna dla wyborów odbywających się w połowie prezydenckiej kadencji. To było wyraźne odrzucenie kierunku, w którym zmierza Ameryka.

Wśród przyczyn republikańskiej klęski znalazły się drożyzna, niezadowolenie z funkcjonowania państwa i przeciągająca się wojna z Iranem. Ta ostatnia okoliczność jest szczególnie wymowna. Prezydent, który obiecywał zakończenie epoki kosztownych amerykańskich interwencji, sam uwikłał kraj w konflikt, którego polityczne i gospodarcze konsekwencje okazały się dotkliwe także dla jego wyborców.

Nie oznacza to jednak, iż Trump zamierza zmienić sposób sprawowania władzy. W powyborczych wypowiedziach deklarował gotowość do współpracy z Demokratami, ale równie gwałtownie przypomniał o prawie weta. Na swoim profilu opublikował choćby zdjęcie czerwonej czapki z napisem „VETO”. Symbolika nie pozostawia większych wątpliwości: konfrontacja z Kongresem pozostaje jednym z możliwych scenariuszy.

REKLAMA

Dla europejskich sojuszników USA ważniejsze od samej porażki Republikanów jest jednak pytanie, gdzie Trump będzie teraz szukał pola do działania. A polityka międzynarodowa daje mu możliwości, których demokratyczna większość nie zdoła całkowicie ograniczyć.

Prezydent z przyciętymi skrzydłami?

Od stycznia przyszłego roku Kongres przestanie być politycznym zapleczem administracji. Demokraci przejmą kontrolę nad komisjami, będą mogli wszczynać dochodzenia, wzywać urzędników na przesłuchania i domagać się dokumentów. W Senacie zyskają wpływ na zatwierdzanie prezydenckich nominacji. Co szczególnie istotne, obie izby będą współdecydować o finansowaniu polityki obronnej i zagranicznej.

Nie jest to władza pozorna. Kongres może blokować przedsięwzięcia administracji, ograniczać wydatki na wybrane programy i uzależniać przyznanie pieniędzy od spełnienia określonych warunków. Może również próbować wymuszać większą przejrzystość decyzji podejmowanych przez Pentagon.

Tyle iż Stany Zjednoczone nie są republiką parlamentarną. Prezydent pozostaje zwierzchnikiem sił zbrojnych, kieruje dyplomacją i dysponuje rozbudowanym aparatem wykonawczym. Nie potrzebuje zgody Kongresu na każdy ruch wojsk, każdą rozmowę z zagranicznym przywódcą czy zmianę priorytetów strategicznych.

Demokraci mają zatem narzędzia do utrudniania Trumpowi życia, ale nie do przejęcia jego kompetencji. Sam prezydent zachowa zresztą prawo weta, którego odrzucenie wymaga większości dwóch trzecich głosów w obu izbach. Republikanie mogą ponadto blokować część ustaw w Senacie.

Powstaje więc układ sprzyjający politycznemu klinczowi. Paradoks polega na tym, iż im trudniej będzie Trumpowi realizować własny program w kraju, tym większe znaczenie może przypisywać sprawom zagranicznym. Nie jest to przesądzone, ale lekceważenie takiego scenariusza byłoby nierozsądne.

Wojna z Iranem pokazała przecież, iż administracja jest gotowa podejmować decyzje o ogromnych konsekwencjach militarnych i politycznych. Wyborcza porażka nie unieważnia tej gotowości. Może natomiast zwiększyć znaczenie spektakularnych sukcesów międzynarodowych, których prezydent będzie potrzebował, by odbudować swój polityczny autorytet.

Ukraina między pieniędzmi a polityką

Z perspektywy naszego regionu największe znaczenie ma oczywiście przyszłość amerykańskiego wsparcia dla Ukrainy. Demokratyczne zwycięstwo poprawia jej pozycję, choć nie rozwiązuje zasadniczego problemu.

Nowa większość może zabiegać o dodatkowe środki na uzbrojenie, utrzymanie sankcji i kontynuowanie programów pomocowych. Może utrudniać administracji rezygnację z przedsięwzięć wzmacniających ukraińską obronę. Co więcej, Kongres może stać się miejscem budowania ponadpartyjnych porozumień w sprawie powstrzymywania Rosji.

Ale między przyznaniem pieniędzy a dostarczeniem uzbrojenia istnieje cały łańcuch decyzji. Ktoś musi określić, co można przekazać, z jakich zapasów, na jakich warunkach i w jakim terminie. Znaczna część tych kompetencji pozostaje w rękach administracji.

Możemy zatem wyobrazić sobie sytuację, w której Kongres chce zwiększać pomoc Ukrainie, a Biały Dom ogranicza jej zakres lub uzależnia ją od ustępstw Kijowa. Taki konflikt nie musi zakończyć się całkowitym zablokowaniem wsparcia. Wystarczy jednak opóźnienie dostaw, by konsekwencje stały się odczuwalne na froncie.

Jest jeszcze drugi problem, niezależny od partyjnej polityki. Wojna z Iranem pochłania amerykańskie zasoby, a zdolności produkcyjne przemysłu zbrojeniowego nie są nieograniczone. Gdy o te same systemy uzbrojenia konkurują potrzeby Bliskiego Wschodu, amerykańskich sił zbrojnych i Ukrainy, choćby polityczna zgoda nie gwarantuje szybkich dostaw.

Dlatego entuzjazm z powodu demokratycznego zwycięstwa należy temperować. Ukraina zyskała silniejsze zaplecze polityczne w Waszyngtonie. Nie odzyskała jednak automatycznie dostępu do arsenałów i pieniędzy na warunkach sprzed kilku lat.

NATO nie wystarczy obronić ustawą

Podobnie wygląda sytuacja Sojuszu Północnoatlantyckiego. Już w 2023 roku amerykańscy parlamentarzyści przyjęli przepisy mające uniemożliwić prezydentowi jednostronne wyprowadzenie USA z NATO. Nowa większość w Kongresie zwiększa polityczne znaczenie tego zabezpieczenia, choć jego konstytucyjna skuteczność w razie sporu z Białym Domem nie została ostatecznie rozstrzygnięta.

Tyle iż obsesyjne skupianie się na pytaniu, czy Trump może wyprowadzić Amerykę z Sojuszu, odwraca uwagę od znacznie bardziej realnego zagrożenia. Stany Zjednoczone nie muszą opuszczać NATO, by zmniejszyć swoją rolę w europejskim systemie bezpieczeństwa.

Wystarczy ograniczyć obecność wojskową, zredukować udział w ćwiczeniach, zmienić priorytety operacyjne czy przenieść część umiejętności innych regionów świata. Można również podważać wiarygodność sojuszniczych zobowiązań bez formalnego wypowiadania traktatu. Odstraszanie opiera się przecież nie tylko na liczbie żołnierzy i sprzętu, ale także na przekonaniu potencjalnego przeciwnika, iż sojusznicy rzeczywiście przyjdą sobie z pomocą.

To nie jest zagrożenie czysto teoretyczne. W maju Pentagon wstrzymał planowaną rotację 2 Pancernej Brygadowej Grupy Bojowej 1 Dywizji Kawalerii do Polski oraz batalionu rakietowego do Niemiec. W przypadku brygady chodziło o około cztery tysiące żołnierzy. Część personelu i sprzętu dotarła już do Europy, gdy zapadła decyzja o anulowaniu zasadniczej części rozmieszczenia. Nie oznaczało to wycofania wszystkich wcześniej stacjonujących w Polsce Amerykanów, ale sygnał był czytelny: europejska obecność wojskowa USA podlega rewizji.

Kongres może próbować ograniczać takie decyzje i kontrolować ich konsekwencje. Nie oznacza to jednak, iż będzie w stanie skutecznie przeciwstawić się każdej zmianie w strukturze amerykańskich sił zbrojnych.

Europa musi więc odróżniać dwie rzeczy: trwałość formalnego sojuszu i trwałość amerykańskiego zaangażowania. Pierwszą można próbować zabezpieczać prawnie. Drugiej nie da się zadekretować.

Kreml liczy i czeka

W Moskwie wyniki amerykańskich wyborów nie zostały przyjęte z entuzjazmem. Jeszcze przed głosowaniem wiceminister spraw zagranicznych Siergiej Riabkow mówił o utrwalonym w USA ponadpartyjnym konsensusie antyrosyjskim. Po ogłoszeniu rezultatów przyznał, iż kierownictwo Partii Demokratycznej prezentuje zdecydowanie negatywny stosunek do Rosji, zapewniając jednocześnie, iż Kreml nie uzależnia swojej polityki od zmian za granicą.

Z kolei rzecznik Władimira Putina, Dmitrij Pieskow, przed wyborami przypominał, iż niezależnie od ich wyniku Trump pozostanie prezydentem i będzie prowadził własną politykę zagraniczną.

Rosyjskie media nie ukrywają skali republikańskiej porażki. Portal RBK używa określenia „niebieskie tsunami”, analizując konsekwencje demokratycznego zwycięstwa dla polityki Trumpa, w tym jego możliwości negocjowania z Moskwą. „Kommiersant” informuje z kolei o zaakceptowaniu przez prezydenta wyników wyborów i jego deklarowanej gotowości do współpracy z demokratami.

Za oficjalnymi komentarzami kryje się jednak bardziej skomplikowana kalkulacja. Demokratyczny Kongres oznacza większą presję na utrzymanie pomocy Ukrainie i sankcji wobec Rosji. Ale jednocześnie ewentualny paraliż decyzyjny w Waszyngtonie może działać na korzyść Moskwy. Kreml nie musi przecież doprowadzić do całkowitego wycofania Ameryki z europejskich spraw. Wystarczy, iż amerykańska polityka stanie się na tyle niespójna, iż Europejczycy i Ukraińcy nie będą mogli planować swoich działań z odpowiednim wyprzedzeniem.

Rosjanie mają również powód, by przez cały czas zabiegać o bezpośredni dialog z Trumpem. Kongres nie odbierze mu możliwości negocjowania z Putinem ani wywierania presji na Kijów.

Nie oznacza to, iż Moskwa kontroluje amerykańską rozgrywkę. Oznacza jedynie, iż może próbować wykorzystywać jej sprzeczności. A te po wyborach wcale nie muszą się zmniejszyć.

Najgroźniejsze europejskie złudzenie

Byłoby wygodnie uznać, iż Amerykanie powiedzieli Trumpowi „dość”, a za dwa lata wszystko wróci do normy. Tyle iż dawna norma w relacjach transatlantyckich już nie istnieje.

Przesuwanie strategicznej uwagi Stanów Zjednoczonych w stronę Chin rozpoczęło się przed Trumpem. Żądanie większego europejskiego udziału w kosztach obronności również nie jest jego wynalazkiem. Podobnie protekcjonizm gospodarczy ma w amerykańskiej polityce zwolenników po obu stronach partyjnego podziału.

Różnica dotyczy przede wszystkim metod. Jedni postrzegają sojuszników jako strategiczny zasób, inni są skłonni traktować ich przede wszystkim jako partnerów w nieustannych negocjacjach. Skutki tych podejść mogą być odmienne, ale nie zmienia to podstawowej prawdy: amerykańskie interesy nie zawsze będą pokrywać się z europejskimi.

A jeżeli choćby w 2028 roku do Białego Domu trafi prezydent przychylniejszy Europie, nie znikną ograniczenia amerykańskich zasobów ani rywalizacja z Chinami. Nie zniknie też problem zmęczenia społeczeństwa zagranicznymi interwencjami.

Właśnie dlatego największym błędem Europejczyków byłoby potraktowanie obecnych wyborów jako pretekstu do spowolnienia własnych zbrojeń. Zwłaszcza iż historia ostatnich lat pokazała, jak gwałtownie polityczne nastroje w USA potrafią zmieniać warunki europejskiego bezpieczeństwa.

Polska potrzebuje więcej niż dobrej woli

Polska ma powody, by uważnie wykorzystywać nowy układ sił w Waszyngtonie. Wzmocnienie kontaktów z Kongresem, szczególnie z politykami zajmującymi się obronnością i sprawami europejskimi, powinno stać się jednym z priorytetów naszej dyplomacji. Relacje z administracją pozostają niezbędne, ale stawianie wszystkiego na osobiste kontakty z prezydentem byłoby polityczną krótkowzrocznością.

Nie mniej istotne są relacje z europejskimi partnerami. Polska nie obroni się samymi zakupami amerykańskiego uzbrojenia. Potrzebujemy przemysłu zdolnego do jego obsługi, zapasów amunicji, sprawnej logistyki i współpracy wojskowej z państwami, które w razie kryzysu będą walczyły u naszego boku.

Nie chodzi o budowanie alternatywy dla NATO, ale o uczynienie europejskiej części Sojuszu zdolnej do ponoszenia znacznie większej odpowiedzialności. O taką Europę, która będzie dla Waszyngtonu wartościowym partnerem, a nie petentem oczekującym kolejnych zapewnień.

Amerykańskie wybory dały Europie pewien oddech. Zwiększyły szanse na skuteczniejszą kontrolę działań Białego Domu i utrzymanie wsparcia dla Ukrainy. Nie usunęły jednak źródła strategicznej niepewności.

Donald Trump pozostanie prezydentem jeszcze ponad dwa lata. Rosja przez cały czas prowadzi wojnę, a Stany Zjednoczone mają zobowiązania i interesy daleko poza Europą. Żadnego z tych faktów nie zmieni demokratyczna większość na Kapitolu.

Możemy cieszyć się z większych możliwości wpływania na amerykańską politykę. Nie powinniśmy jednak mylić politycznego hamulca z gwarancją bezpieczeństwa. Bo jeżeli przyjąć, iż bezpieczeństwo Europy zależy od tego, która partia wygrywa wybory do Kongresu USA, to znaczy, iż Europa wciąż nie odrobiła najważniejszej lekcji ostatnich lat.

Marcin Ogdowski
Read Entire Article