Tytuł być może nie licuje z powagą chwili, ale mnie wydaje się adekwatny. Będzie mowa o kilku bieżących zjawiskach, choć długotrwałych. Po bliższej obserwacji każde może budzić trwogę.
Najpierw o Trumpie. Jak już wielokrotnie pisano, wstrząsające i upragnione novum, wynikające z jego drugiej kadencji, miało polegać na wprowadzeniu i konsekwentnym stosowaniu doktryny „suwerenizmu”. Posługując się własnymi słowami- reguły zwykłego szacunku dla niepodległości państw i narodów oraz- co ważniejsze- naturalnej polifonii ustrojów bez narzucania jednego szablonu. Expressis verbis deklarował tę „nową” doktrynę wiceprezydent Vance i to kilka razy. Oniemiali globaliści kipieli z cichej wściekłości. Ekipa Trumpa pozornie zadała cios dogmatowi liberalnej demokracji (czytaj: patologicznemu systemowi „Zachodu”). System ten dotąd krzewił ten rzekomo idealny ustrój wszelkimi sposobami, nie brzydząc się przewrotami i wojnami.
No i co mamy po półtora roku z „doktryny Trumpa?
Oczywiście nie myślę o jego wkładzie osobistym, tylko o sitwie interesów i macherów za jego plecami. Liczy się jednak również tzw. osobowość prezydenta. A ta ukazuje raczej oblicze antypatyczne. Egotysta, bufon, pyszałek, zarozumialec, samochwał itd. To wszakże drobiazgi. Najgorsze w moim pojęciu są niewiarygodność i gołosłowność. Z tej ułomności wynika ocena polityczna i moralna każdego męża stanu. A więc policzmy. Miała być migiem aneksja Grenlandii – i co? Miała być aneksja Kanału Panamskiego i co? Miało być kwitnące odrodzenie Gazy pod parasolem bzdurnej Rady Pokoju i co? Bieda, głód, ruiny i dalsze wybijanie Arabów palestyńskich to zjawisko chroniczne, podobnie jak upiorny immunitet roztoczony nad przestępczym rządem Izraela. Miał być też protektorat (?) nad Kubą, istotnie od 67 lat zdychającą w kleszczach rodzimych komunistów (teraz zostawionych na lodzie). I co? Jakoś Trump się nie śpieszy. Nie ma tam bowiem skarbów do rabunku, odwrotnie, trzeba by miliardów inwestycji.
Natomiast tenże Trump w interesie wielkich rekinów amerykańskiego biznesu zafundował światu bandycką napaść i porwanie prezydenta Wenezueli Nicolasa Maduro jak w kiepskim kryminale. Szybki się wyjaśniło, o co chodzi. O naftę, utraconą przez kapitał z USA w 1999 r., gdy władzę w Wenezueli objął Hugo Chavez. A zatem – typowy najazd neokolonialny bez żadnej maskarady. Po tym łajdactwie amerykańscy najeźdźcy pod warunkiem dostępu do złóż, rafinerii i portów zostawili wszystko bez zmian na czele z zastępczynią Maduro – Delcy Rodriguez i rządem Zjednoczonej Socjalistycznej Partii Wenezueli (PSUV). Parodia. Liczą się przecież dochody z rabunku, a nie jakieś „wartości” dla kretynów. Bez wątpienia w takiej sytuacji władza PSUV, która 26 lat realnie chroniła byt warstw niższych mimo sankcji globalnego kapitalizmu, nie ma już racji istnienia, bo jest tylko atrapą.
Z tego samego powodu – wilczego apetytu na zagarniecie najbogatszych złóż ropy naftowej i gazu – Trump w imieniu tej samej sitwy wywołał równie bandycką wojnę z Iranem. Tu dodatkową rolę grała ochrona interesów Izraela w myśl wieczystej zasady, iż Izrael może zabijać kogo chce, a Izraela nie wolno tknąć nikomu. Mimo eksterminacyjnego charakteru tej wojny Iran się jednak nie poddał i przez cały czas walczy heroicznie, zadając agresorowi niezłe straty. Obywatele USA przecierają oczy i narzekają na Trumpa. Okazuje się, iż są na świecie takie państwa, których łatwo ujarzmić nie można.
Na koniec tej wyliczanki: miała być „błyskawicznie” zakończona wojna Rosji z Ukrainą na skutek mediacji USA bez jawnego wspierania zbirów neobanderowskich i z uwzględnieniem geopolitycznych racji Rosji. I co? W tej akurat sprawie niepowodzenie nie obciąża administracji Trumpa, która wykazała się kilkoma inicjatywami pokojowymi, ciągle niszczonymi przez dywersję politykierów UE. Absurdem jest gadanie o pokoju i jednoczesne dostarczanie tylko jednej stronie nowoczesnej broni zaczepnej. A za to odpowiadają również USA. Ich przemysł zbrojeniowy po prostu zarabia na tej wojnie. Z „doktryny Trumpa” zostały tylko: cynizm, pochwała brutalnej agresji (ale własnej) i bezczelna demonstracja siły. „Suwerenizm” został zarezerwowany dla USA, a dla posłusznych klientów – status półkolonialny (w najlepszym razie).
Temat drugi
Gdy piszę o tej sprawie, jest już mało aktualna, ale przez cały czas ważna jako rodzaj wstrząsu ideologicznego. Myślę o podpisanym 20 czerwca br. memorandum 14-punktowym, które miało być wstępem do traktatu pokojowego Iran-USA. Treść tego porozumienia (już kilkakrotnie naruszanego) była wstrząsem dla wyznawców globalizmu, gdyż po raz pierwszy demonstrowała zasadę suwerenności i odrębności ustrojowej państw, a ponadto kompromitowała doszczętnie agresora. W tym dokumencie USA przyznały się, iż nie potrafią nic narzucić bohaterskiemu Iranowi. Po ogłoszeniu memorandum Izrael, nie dopuszczony do negocjacji, stawał na głowie, żeby je unieważnić. Był to pierwszy przypadek, iż Trump pod ciśnieniem blamażu wobec niezłomnego oporu Iranu zdecydował się odwrócić tyłkiem do kliki Netanjahu. Także część republikanów w USA uważała, iż memorandum jest haniebne, bo obnaża klęskę agresywnej polityki Trumpa i kruszy prestiż Ameryki jako pancernego hegemona.
Przytoczę zatem te preliminaria traktatowe. Warto to zrobić, bo po 20 czerwca spłoszona propaganda globalistów nabrała wody w gębę i nie ujawniała całości porozumienia. Podstawowe znaczenie miały dwa pierwsze artykuły memorandum. W art. 1 obie strony deklarowały „natychmiastowe i trwałe zakończenie wojny” i to razem z sojusznikami, a więc USA miały zmusić Izrael do przerwania rzezi w Libanie, zaś Iran wstrzymać Hezbollah i zapewnić spokój na Morzu Czerwonym u wybrzeży Jemenu. Obie strony zobowiązały się też nie podejmować „wrogich działań”, powstrzymać od gróźb i użycia siły. Rewelacyjny jest art. 2: obie strony zobowiązały się do wzajemnego poszanowania suwerenności i integralności terytorialnej oraz powstrzymania się od ingerencji w wewnętrzne sprawy drugiej strony. W tłumaczeniu na polski: za cenę krwawych ofiar Iran wymusił na USA uznanie „doktryny Trumpa” czyli „suwerenizm”. Zamiast zbrodniczej pseudo-krucjaty w imię jedynego słusznego ustroju- akceptacja wielości ustrojów i niepodległości państw.
Dalsze artykuły miały to wszystko w drożyć etapami. Art. 3 liczył na osiągnięcie „ostatecznego porozumienia” w ciągu 3 miesięcy z możliwością przedłużenia negocjacji. Art. 12 zapowiadał „mechanizm wdrożeniowy” aż do ogłoszenia traktatu. W art. 4 USA zostały zmuszone do zniesienia blokady morskiej i wznowienia swobody transportu Iranu (importu oraz eksportu). W ciągu miesiąca miały wycofać siły zbrojne z sąsiednich obszarów. Kolejna jawna porażka agresora. W art. 6 USA zobowiązały się do odbudowy Iranu ze zniszczeń wojennych zarówno infrastruktury, jak też gospodarki i to na kwotę 300 miliardów dolarów. Te reperacje wojenne zaplanowano w ciągu dwóch miesięcy. Tym samym USA przyznały się do odpowiedzialności za przestępczą napaść i do porażki wojennej.
W art. 7 USA zapowiedziały zniesienie wszelkich sankcji nałożonych na Iran, w tym wymuszonych rezolucji atrapowatej Rady Bezpieczeństwa ONZ (która w ostatnich latach ani razu nie potępiła jawnych agresji USA ) oraz Rady Gubernatorów MAEA. W art. 10 Departament Skarbu USA miał dopuścić do swobodnego eksportu irańskiej ropy naftowej, produktów petrochemii, ich pochodnych i wszelkich usług związanych z przemysłem chemicznym. W art. 11 USA miały stopniowo znosić restrykcje wobec funduszy i aktywów Iranu ulokowanych w bankach pod ich kontrolą, przekazując je do dyspozycji Banku Centralnego Islamskiej Republiki Iranu.
Do czego w takim razie zobowiązał się Iran?
W art. 5 do przywrócenia swobody rejsów w Cieśninie Ormuz w ciągu miesiąca, a w art. 8 zapewnił, iż rezygnuje z produkcji broni jądrowej, ale w art. 9 ustalono, iż do podpisania traktatu Iran zachowa swój program nuklearny, zaś USA nie nałożą nowych sankcji i nie umieszczą sił zbrojnych w regionie. Art. 13 zapowiadał niezwłoczne rozmowy w sprawie traktatu (Porozumienia Ostatecznego), zaś art. 14 informował, iż zatwierdzenie traktatu nastąpi w drodze wiążącej rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ czyli organu już zupełnie fasadowego, bez żadnego autorytetu, ale jednak o statusie międzynarodowym. Memorandum 20 czerwca było fenomenalnym sukcesem Iranu, ofiary tej wojny i poniżającą kompromitacją agresora czyli USA, ale pośrednio też Izraela. Jestem przekonany, iż strona napastnicza od początku chciała je storpedować. I to się stało już w lipcu, ale tekst nie został prawnie unieważniony i pozostaje tzw. punktem odniesienia dalszych rozmów między etapami koszmarnej wojny.
Temat trzeci
Dwa miesiące temu czytałem książkę „Hongkong, Nieustająca walka o tożsamość” (wyd. polskie Kraków 2025). Publikacja ta została już otrąbiona z zachwytem przez recenzentów poprawnościowych. To mnie zachęciło. Autorką jest socjolożka Ching Kwan Lee, Chinka rodem z Hongkongu, ale odpowiednio sformatowana na studiach w USA. Przeczytałem i włos zjeżył mi się na głowie. Treścią książki jest oczywiście walka „obywatelskiej społeczności” Hongkongu z komunistyczną władzą ChRL. Przypomnę, iż Wielka Brytania pozbyła się Hongkongu na rzecz czerwonych Chin w 1997 r. pod warunkiem utrzymania przez 50 lat (do 2047 r.) ustroju dotychczasowego czyli po prostu kapitalizmu „z wolnościami”. Władze ChRL honorują to z trudem, ograniczając te wolności porcjami albo je kasując z rozmaitych powodów. Korzystają za to obficie z gospodarczych możliwości ex-kolonii brytyjskiej. jeżeli zachodzi potrzeba, ostro tłumią protesty mieszkańców, którzy dobrze pamiętają brytyjski „raj”. Autorka ustawia się następująco. Najpierw pryncypialnie gani rządy brytyjskie , bo tego wymaga postępowa ideologia antykolonialna, którą groteskowo manifestuje. Potem przyznaje, iż wszystkie zdobycze bytowe, edukacyjne, socjalne, techniczne itd. to miasto zawdzięcza jednak Brytyjczykom. Ich stabilne rządy nigdy, przez półtora stulecia, nie wywołały żadnego masowego ruchu wyzwoleńczego. Odwrotnie , wielu miejscowych Chińczyków marzyło, aby obecność brytyjska trwała jak najdłużej. Ale stało się.
Autorka więc snuje dalej obraz dramatyczny. Gromady młodocianych krzykaczy prezentuje jako bojowników kilku etapów „walki o tożsamość” czyli w istocie o wyrwanie Hongkongu z granic ChRL. Wobec szokującej dysproporcji sił są to żałosne mrzonki. Mnie jednak interesuje nastawienie autorki. Przytacza ona wywiady ze swymi bohaterami-bojownikami, relacjonuje kronikę protestów „obywatelskich”, uczestniczy w niektórych „manifach” i happeningach. Gdzie znajduje idoli? Otóż pieje z zachwytu nad „aktywistami wyznającymi postępowe ideologie”. gwałtownie tłumaczy czytelnikom, na kim się należy wzorować. Wymienia Che Guevarę, Fidela Castro, Nelsona Mandelę, Roberta Mugabe i im podobne kreatury. Nie żartuję, można przeczytać.
Teza jej raportu jest następująca. Chińska Republika Ludowa usiłuje zintegrować mieszkańców Hongkongu dzięki ‘paskudnej’ idei – wspólnoty narodowej (etnicznej) i prastarej tradycji Cesarstwa Chin. Jednocześnie komuniści chińscy nie ukrywają, iż ustrój post-brytyjski przykroją do własnych reguł ustrojowych, a szczególnie nie tają, iż leninowska dyktatura monopartyjna pozostanie niezmienna. Natomiast gospodarcze instrumentarium kapitalizmu wykorzystają dla własnej korzyści. Maja już w tej kwestii dobre doświadczenie.
Autorka krytyką komunizmu zajmuje się mało. Z całą pasją wyraża za to nienawiść i wstręt do idei jedności narodowej na gruncie tożsamości kultury i języka. Co zatem proponuje? Ideologię „lokalizmu”. Każda społeczność „lokalna” (np. miejska) powinna stworzyć własny organizm quasi-państwowy , chronić lokalne wolności obywatelskie i lekceważyć jakiekolwiek więzi narodowe. Mimo uszczypliwych uwag pod adresem oligarchii kapitalistycznej autorka pała entuzjazmem dla „globalnej metropolii” Hongkongu. Pod warunkiem objęcia w nim władzy przez „postępowych aktywistów” widzi tam model dla innych „wspólnot lokalnych”. Czy będzie im potrzebne nowe esperanto czy wystarczy amerykański slang, tego nie wyjaśnia. Jest wszakże na tyle trzeźwa, iż pod koniec swego dzieła smętnie zauważa, iż „aktywiści” Hongkongu (którzy od paru lat siedzą w więzieniach ChRL albo na emigracji) raczej z Komunistyczną Partią Chin nie wygrają. Mnie się też tak wydaje.
Tadeusz M. Trajdos
Emerytowany profesor IH PAN
Myśl Polska, nr 37-38 (13-20.09.2026)














