Szwajcaria to kraj znany z bardzo dokładnych zegarków. Niestety, od wielu lat rządzi tam skrajnie lewicowa ideologia, która tym razem bierze się za precyzyjną inżynierię społeczną. W tamtejszym społeczeństwie pojawił się pomysł wprowadzenia drogą parlamentarną odgórnego ograniczenia populacji do 10 milionów mieszkańców do 2050 roku. Dlaczego? Bo przecież skoro można regulować zegarek albo inną inflację, to czemu nie liczbę narodzin dzieci? Głosowanie w tej sprawie ma się odbyć już 14 czerwca.
Szwajcaria ustanowiła limit mieszkańców na poziomie 10 mln. Inicjatywa zakłada, iż liczba stałych rezydentów nie może przekroczyć magicznej granicy 10 milionów. W praktyce oznacza to konieczność ograniczenia imigracji, a choćby potencjalne zerwanie umowy o swobodnym przepływie osób z UE. Brzmi poważnie i nie najgorzej z punktu widzenia obrony interesu narodowego. Ale spokojnie – najciekawsze dopiero przed nami. Bo o ile kontrola migracji to coś, czym można próbować zarządzać, o tyle kontrola biologii człowieka zaczyna przypominać eksperyment z pogranicza sowieckiego absurdu.
Wyobraźmy sobie tę scenę: licznik wybija 9 999 998 mieszkańców. W szpitalach w całym kraju zapala się czerwone światło: „Prosimy wstrzymać porody do odwołania”. Lekarze z kalkulatorem, położne z instrukcją Excela, a rodzice stoją w kolejce jak po limitowane sneakersy. Skoro próg to próg, musi być respektowany, jak w szwajcarskim zegarku.
Czy powstanie specjalny urząd do spraw nadmiarowych niemowląt? Może „rejestr rezerwowy”, gdzie dzieci będą czekać, aż ktoś umrze i zwolni miejsce? A może Szwajcarzy wprowadzą system „kto pierwszy, ten lepszy” – szybciej urodzone, lepiej dla nich. Co z resztą? No cóż, trudno, proszę wstrzymać się z porodem i spróbować w następnym kwartale.
Sarkazm jest tu wskazany, ale w istocie problem jest poważny, gdyż mamy tu kolejną próbę administracyjnego ustawiania populacji od linijki, o czym nie śniło się ani faszystom, ani komunistom. Nowoczesny faszyzm chce działać jak mechanizm zegarka – być przewidywalny, liniowy i posłuszny. Tymczasem demografia to tak naprawdę chaos: migracje, kryzysy, zmiany gospodarcze i – co najgorsze dla planistów – ludzie podejmują własne decyzje. To chyba boli globalistów najbardziej.
Rząd Szwajcarii, który mimo wszystko nie jest zbyt przychylnie nastawiony do nowego pomysłu ostrzega, iż takie ograniczenia mogą zaszkodzić gospodarce i relacjom z Unią Europejską. Gospodarka, wbrew pozorom, lubi ludzi, a szczególnie tych, którzy pracują, płacą podatki i – o zgrozo – czasem chcą mieć dzieci. Ale wróćmy do sedna, czyli idei maksymalnej liczby obywateli. To koncept kuszący swoją prostotą, ale też totalitarną znieczulicą. Rzeczywistość bowiem nie czyta ustaw a zwykli ludzie nie idą do łóżka z wydrukowanym limitem dzietności. Niestety dla lewicy, biologia ma fatalny zwyczaj ignorowania dyzmokracji.
I tu pojawia się pytanie, którego nikt z postulatorów referendum oficjalnie nie zadaje, ale które aż się prosi, żeby je wypowiedzieć na głos: Co zrobią Szwajcarzy, jeżeli urodzi się o kilka dzieci za dużo ponad limit 10 milionów? Czy będzie losowanie? Deportacja noworodków? A może wprowadzą „abonament na obywatelstwo”, które wygasa po 80 latach, więc proszę nie przekraczać limitu?
NASZ KOMENTARZ: Szwajcaria od lat jest nam przedstawiana jako kraj-wzór, cudowne remedium na problemy naszej niedomagającej demokracji przedstawicielskiej. Jak się okazuje, wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma.
Polecamy również: USA realizują koncepcję „Wielkiego Izraela”











