
Szpital Południowy to cała Polska. Anatomia systemowej fikcji
Sprawa Szpitala Południowego i dr. Emila Jędrzejewskiego wywołała lokalne poruszenie, ale dla wszystkich, kto choć trochę zna realia polskiej ochrony zdrowia, nie ma w niej nic zaskakującego. To nie jest odosobniona patologia ani jednostkowy błąd zarządzania. To soczewka, w której jak na dłoni widać mechanizmy rządzące szpitalami od Bałtyku aż po Tatry. Nasz system publicznej medycyny od dekad stoi na fundamentalnej fikcji, cichych kompromisach i instytucjonalnym kłamstwie, na które wszyscy – pacjenci, lekarze i politycy – potulnie się zgadzamy.
1. Dyżurowa schizofrenia, czyli lekarz w dwóch miejscach naraz
W debacie publicznej co rusz oburzenie budzi fakt, iż lekarz bierze dwie pensje za ten sam czas, bo formalnie dyżuruje w dwóch placówkach jednocześnie. Siedzi na oddziale w szpitalu A, a w szpitalu B jest dostępny „na telefon” (pod tzw. gotowością) i jedzie tam dopiero wtedy, gdy pacjent wymaga natychmiastowej interwencji.
Z perspektywy czystej etyki pracy – sytuacja jest nie do obrony. Z perspektywy przetrwania systemu – to jedyny powód, dla którego setki, szczególnie prowincjonalnych szpitali w Polsce jeszcze funkcjonują. Kadrowe pustki są tak gigantyczne, iż gdybyśmy jutro radykalnie i bezwzględnie zakazali takich praktyk, połowa oddziałów w kraju musiałaby zamknąć drzwi z powodu braku obsady. Ten proceder trzeba ucywilizować – wprowadzić jasne, transparentne procedury dyżurów pod telefonem i przede wszystkim realnie, godnie wyceniać pracę na jednym, pełnym etacie. Bezmyślna likwidacja bez zmiany finansowania doprowadzi do natychmiastowej katastrofy, w której ucierpią wyłącznie pacjenci.
2. Mit darmowej i równej medycyny. Salon VIP po polsku
Pokój o podwyższonym standardzie, jednoosobowa sala i przyjmowanie poza kolejnością. Niech pierwszy rzuci we mnie kamieniem ten, kto myśli, iż we wszystkich publicznych placówkach tego nie ma. Na całym świecie ludzie zamożni lub wpływowi mają łatwiejszy dostęp do dóbr, w tym do lepszej medycyny. Różnica polega jednak na tym, jak ten status VIP-a się weryfikuje.
Na Zachodzie system jest ucywilizowany i przejrzysty: płacisz legalną, oficjalną dopłatę do ubezpieczenia lub bezpośrednio w kasie szpitala i kupujesz sobie wyższy standard oraz szybszą ścieżkę. Przybywa pieniędzy dla pacjentów. W Polsce legalna współpłatność pacjentów to od lat polityczne tabu – żaden rząd nie ma odwagi jej wprowadzić, bojąc się zarzutów o „prywatyzację leczenia”. Ponieważ jednak natura nie znosi próżni, system stworzył własne, patologiczne alternatywy. Skoro nie można zapłacić oficjalnie, omijanie kolejek i luksusowe warunki zdobywa się dzięki innych walut:
Łapówki (choć klasyczne koperty odchodzą do lamusa, zastępują je inne formy „wdzięczności”),
Nepotyzmu i układów towarzyskich: status VIP-a zależy od tego, czy ordynatorem jest Twój brat, dobry znajomy, czy chociaż znajomy Twojego znajomego,
Statusu celebryty lub polityka: w pamięci zbiorowej na stałe zapisały się przecież obrazki z Jarosławem Kaczyńskim, który w publicznym szpitalu miał do dyspozycji osobną salę, w dokumentacji figurował jako tajemniczy „NN”, a kule ortopedyczne do domu dowoził mu osobiście ordynator kliniki.
W ten sposób, pod płaszczykiem rzekomej „równości dla wszystkich”, stworzyliśmy system głęboko niesprawiedliwy, w którym prócz lewej kasy decydują wpływy i znajomości.
3. Zakaz praktyki prywatnej, czyli jak wykończyć najuboższych
Kolejnym populistycznym hasłem, które regularnie wraca w programach wyborczych, jest całkowity zakaz łączenia pracy w szpitalu publicznym z prywatną praktyką. „Lekarz ma służyć państwu albo zarabiać” – grzmią politycy. W polskich realiach realizacja tego postulatu byłaby ostatecznym ciosem w pacjentów zależnych od NFZ.
Gdyby lekarze zostali postawieni przed takim ultimatum, doszło do masowego exodusu. Wybitni specjaliści, profesorowie i najbardziej doświadczeni chirurdzy natychmiast odeszliby do sektora prywatnego, gdzie zarobią wielokrotność szpitalnej pensji, pracując w nieporównywalnie lepszych warunkach i bez biurokratycznego absurdu. Kto zostałby w szpitalach publicznych? Młodzi lekarze, tuż po studiach lub w trakcie rezydentury.
Efekt? Bogaci i tak pójdą do dobrego, doświadczonego lekarza prywatnie. Biedni zostaną skazani na publiczną placówkę, w której będą leczyć ich ludzie bez wieloletniego doświadczenia, nieposiadający na miejscu mentorów, od których mogliby uczyć się rzemiosła. Taki zakaz nie uzdrowi publicznej służby zdrowia – on ją sproletaryzuje i cofnie w rozwoju.
4. SOR jako „wytrych” do centralnej kolejki
Wielu pacjentów pyta ze zdziwieniem: „Jak to możliwe, iż ordynator przyjmuje kogoś bez kolejki? Przecież są komputery, listy oczekujących, centralne rejestry NFZ w skali kraju, procedury w izbie przyjęć…”. Istnieje jednak jeden, uniwersalny mechanizm omijania tych wszystkich barier: Szpitalny Oddział Ratunkowy (SOR).
Procedura jest genialna w swojej prostocie. Ordynator schodzi na SOR i podaje nazwisko „swojego” pacjenta na swój oddział, nakazując zespołowi zarejestrowanie go jako nagły przypadek – ofiarę wypadku lub osobę w stanie bezpośredniego zagrożenia życia. W tym momencie wszystkie limity NFZ, procedury, komputery i ogólnokrajowe kolejki przestają mieć jakiekolwiek znaczenie. Ustępują przed nadrzędną zasadą ratowania ludzkiego życia. To idealny, legalny w świetle papierów „wytrych” do stworzenia własnego salonu VIP na państwowym wikcie.
I to właśnie ten mechanizm uderzył rykoszetem w dr. Emila Jędrzejewskiego, byłego ordynatora chirurgii w Szpitalu Południowym, który wystąpił w roli sygnalisty. Obrońca Dawida Kacprzyka zarzucił mu, iż sam „przychodził na SOR z jakąś dziwną listą osób do przyjęcia”. Niezależnie od tego, jak potoczy się ta konkretna sprawa, ten zarzut pokazuje najsmutniejszą prawdę o polskiej medycynie. System w genialny sposób potrafi neutralizować tych, którzy próbują go krytykować. Wyciąga na światło dzienne mechanizmy, które są powszechną tajemnicą poliszynela, i mówi: „Wszyscy w tym tkwimy. Każdy korzystał z tego salonu VIP, więc nie udawajcie świętych”.
Szpital Południowy nie jest wyjątkiem. To po prostu wierna miniatura Polski, w której system działa sprawnie tylko wtedy, kiedy potrafi się go po cichu obejść.










