

Emmanuel Macron rozpoczął cotygodniowe spotkanie francuskich ministrów od nawiązania do decyzji sądu w sprawie Marine Le Pen. Przypominał „trzy rzeczy”, które powiedziała rzeczniczka rządu Sophie Primas: „że sądownictwo jest niezależne”, „że groźby kierowane pod adresem sędziów są absolutnie nie do zniesienia i nie do zaakceptowania” oraz iż „prawo jest takie samo dla wszystkich”.
Macron stwierdził również, iż „wszyscy oskarżeni mają prawo do skorzystania z drogi prawnej”.
W poniedziałek trzyosobowy skład sędziowski uznał Marine Le Pen za winną defraudacji funduszy z Parlamentu Europejskiego i skazał ją na cztery lata więzienia — z czego dwa w zawieszeniu, a pozostałe dwa w areszcie domowym. Ukarał ją też grzywną w wysokości 100 tys. euro (ok. 418 tys. zł) i zakazał jej ubiegania się o urząd publiczny przez następne pięć lat.
Zakaz ten wydaje się wykluczać Le Pen z kandydowania w następnych wyborach prezydenckich, które odbędą się we Francji w 2027 r. — chyba iż sąd apelacyjny uchyli tę decyzję. Sąd Apelacyjny w Paryżu wydał oświadczenie, w którym stwierdził, że rozpatrzy odwołanie Le Pen i wyda decyzję przed latem 2026 r.
Ryzykowny proces
Decyzja o zakazie kandydowania Le Pen spotkała się z ostrą krytykę ze strony Le Pen i jej sojuszników w kraju oraz za granicą. Niektórzy uznali tę decyzję za niedemokratyczną, ale w swoich wypowiedziach w błędny sposób przedstawili to, co wydarzyło się podczas procesu.
Chociaż kilka osób kwestionuję winę Le Pen, choćby niektórzy z jej przeciwników uważają, iż sądy nie powinny mieć możliwości natychmiastowego orzekania zakazu startu w wyborach bez czekania na zakończenie procesu apelacyjnego. Jest to o tyle istotne, iż większość kar we Francji jest znoszona podczas procesu odwoławczego.
To sprawiło, iż pod adresem sędziów zaangażowanych w sprawę padło wiele gróźb. Jeden z nich otrzymał choćby ochronę policji.