Stanisław Michalkiewicz: Przybywa „schizmatyków”

magnapolonia.org 1 hour ago

Stanisław Michalkiewicz: Przybywa „schizmatyków”

1 lipca w szwajcarskim Econe wyświęconych zostało czterech biskupów. Nie byłoby może w tym nic osobliwego, gdyby nie okoliczność, iż ci biskupi zostali wyświęceni wbrew stanowisku Stolicy Apostolskiej oraz samego papieża Leona XIV, który dwa dni wcześniej osobiście prosił władze Bractwa św. Piusa X, by wstrzymały się z tą czynnością. Ale rozpędzonego parowozu dziejów już nie udało się zatrzymać, święcenia się odbyły, w związku z czym zarówno konsekrowani biskupi, jak i ci, którzy ich wyświęcili, a także przewielebne duchowieństwo, biorące udział w uroczystości – wszyscy zostali objęci ekskomuniką.

Jeśli chodzi o cywilów, to znaczy – zwykłych uczestników uroczystości, to ich sytuacja nie jest jasna. O ile przystąpili do Bractwa formalnie, to ekskomunika ich również obejmuje, a jeżeli nie – to nie – z tym jednak, iż uczestnicząc w nabożeństwach odprawianych przez duchownych z Bractwa, nie tylko popełniają grzech ciężki, ale w dodatku takie sakramenty, jak spowiedź, czy małżeństwo nie są ważne.

W ten sposób Bractwo św. Piusa X dołączyło do 50 tysięcy tzw. „denominacji” chrześcijańskich. Najliczniejszą wśród nich stanowią oczywiście katolicy (1,2 miliarda), a według szacunkowych danych, liczba katolików skupionych wokół Bractwa wynosi około 300 tysięcy i stale rośnie.

Historia Bractwa sięga II Soboru Watykańskiego, na którym wyraźnie zarysowały się dwa nurty – postępowy i tradycyjny. Z książki Roberta de Mattei o II Soborze Watykańskim wynika, iż te stronnictwa uformowały się niemal od początku Soboru, przyjmując z czasem charakter coraz bardziej konspiracyjny. O ile jednak konspiracja „tradycjonalistyczna” zakończyła się wraz z Soborem, o tyle konspiracja postępowców przetrwała po Soborze w postaci tzw. „ducha Soboru”.

Ów „duch Soboru” na przykład sprawił, iż np. praktyka liturgiczna poszła w stronę zupełnie inną, niż przewidywały soborowe konstytucje. Na przykład jeżeli chodzi o języki narodowe, to konstytucje soborowe mówiły o wyjątkowym ich dopuszczeniu w liturgii, a choćby tam, gdzie zostały one dopuszczone, wierni powinni znać modlitwy i śpiewy po łacinie. Tymczasem pod wpływem „ducha Soboru” praktyka poszła w całkiem innym kierunku i łacina została praktycznie z liturgii wyrugowana. Ponieważ pamiętam czasy przedsoborowe, to mogę potwierdzić, iż tradycyjna liturgia miała swoje dobre strony.

Między innymi taką, iż katolik, gdziekolwiek by się nie znalazł – był u siebie – ponieważ w każdym kościele modlono się po łacinie. Dzięki temu choćby w zapadłej, wiejskiej parafii, było grono osób, ministrantów, i członków parafialnego chóru, które kościelną łacinę musiały znać. Kiedy zapisałem się do ministrantów, zanim wolno było nam nałożyć komżę, musieliśmy zdać egzamin z ministrantury – a nie była to formalność, bo opiekujący się nami ks. Tadeusz Szyprowski, był pod tym względem wymagający.

Nawiasem mówiąc, wtedy klerycy w seminariach musieli uczyć się też języka hebrajskiego, w związku z tym ks. Szyprowski wspominał ówczesną przyśpiewkę: „kto się uczy hebrajskiego, musi być chłopak nie kiep. Albo musi dobrze wkuwać, albo mieć żydowski łeb”. Widocznie jednak ta dość powszechna, chociaż oczywiście – powierzchowna – znajomość łaciny wśród parafian, komuś przeszkadzała, więc „duch Soboru” zrobił, co, do niego należało.

W reakcji na działalność „ducha Soboru” arcybiskup Marcel Lefebvre zainicjował ruch przywiązania do tradycji katolickiej, początkowo kładąc nacisk przede wszystkim na liturgię, ale z czasem również obejmując inne, nie tyle może ustalenia II Soboru Watykańskiego, co następstwa działania „ducha Soboru”. W rezultacie coraz więcej katolików, którzy zaczęli nabierać wątpliwości, czy przypadkiem Kościół nie jest sprowadzany na manowce, zaczęło szukać ratunku w przywiązaniu do tradycji.

Jest to szczególnie widoczne w seminariach; o ile w „zwyczajnych” seminariach często brakuje kandydatów i albo trzeba je zamykać, albo łączyć, o tyle w seminariach prowadzonych przez Bractwo nie ma problemów z kandydatami do stanu duchownego. Najwyraźniej tradycja dostarcza ludziom poczucia pewności, podczas gdy wysocy przedstawiciele Kościoła posoborowego zaczynają dostarczać parafianom rozterek. Mogliśmy się o tym przekonać całkiem niedawno, gdy Episkopat przed Wielkanocą ogłosił „List” – ponoć inspirowany przez JE Grzegorza kardynała Rysia.

Mogliśmy tam przeczytać, iż „w przeszłości” zdarzały się „niewłaściwe” interpretacje Ewangelii. Chodziło o interpretacje, które nie podobały się Żydom. Skoro, tak czy owak, te „niewłaściwe interpretacje” się jednak zdarzały, to skąd można mieć pewność, iż interpretacje dzisiejsze są na pewno prawidłowe? Takiej pewności już nigdy nie odzyskamy, więc w ten sposób Kościół, a konkretnie – przedstawiciele hierarchii, już nie dostarczają katolikom pewności, tylko rozterek. Czy jednak Kościół dostarczający swoim wyznawcom rozterek, będzie im do czegokolwiek potrzebny?

Rozterek ludzie mają wystarczająco dużo i bez Kościoła, więc jeżeli również on zacznie im te rozterki mnożyć, to przestanie być potrzebny tym bardziej, iż już dzisiaj można zauważyć malejącą liczbę ludzi naprawdę pragnących żyć wiecznie. Coraz więcej pragnie tylko żyć długo – co widać choćby po zainteresowaniu rozmaitymi cudownymi dietami – ale perspektywa życia wiecznego jak gdyby traciła na atrakcyjności. Tymczasem – jeżeli podejść do sprawy od strony komercyjnej – nadzieja życia wiecznego jest głównym, a może choćby jedynym towarem, który Kościół ma do zaoferowania.

Toteż nic dziwnego, iż w samym Kościele, to znaczy – wśród przewielebnego duchowieństwa – możemy zauważyć dwa nurty; albo skupienie się na władzy i dyscyplinie, albo – na rozmaitych socjotechnikach, między innymi – na schlebianiu sodomczykom i gomorytkom, których związki wolno przewielebnemu duchowieństwu „błogosławić” – cokolwiek by to miało znaczyć.

No a w naszym nieszczęśliwym kraju mamy jeszcze i ten problem, iż niektóre środowiska katolików zawodowych, jak na przykład – środowisko „Tygotnika Powszechnego” – ale nie tylko – ćwierkają z klucza nastrojonego przez Judenrat „Gazety Wyborczej”, który wobec tubylczych katolików ma swoje plany, niekoniecznie natury zbawiennej. Właśnie trzy Eminencje skierowały do parafian przestrogę, by nie praktykowały „złej” pamięci, tylko tę „dobrą”.

Chodzi oczywiście o stosunki polsko-ukraińskie. Pikanterii tej przestrodze dodaje okoliczność, iż jej sygnatariuszami są nie tylko trzy Eminencje tubylcze, ale również – JE abp. Szewczuk, zwierzchnik Kościoła Grekokatolickiego na Ukrainie, który asystował prezydentowi Zełeńskiemu, gdy ten ogłaszał swoją decyzję o utworzeniu Panteonu z ukraińskimi herojami, wśród których prawie na pewno znajdzie się Stefan Bandera.

Polecamy również: UPA była antypolska czy antysowiecka?

Read Entire Article