Sprawdzian na Bornholmie

polska-zbrojna.pl 7 hours ago

Szybki przerzut sił z Krakowa na Bornholm, skoki nad Bałtykiem z kilku tysięcy metrów przy ograniczonej widoczności oraz zabezpieczenie wyspy dla kolejnych pododdziałów NATO – to tylko część scenariusza ćwiczeń „Baltic Shield 2026”. O kulisach operacji, współpracy z Duńczykami i działaniach 6 Brygady Powietrznodesantowej opowiada jej dowódca, płk Piotr Bieniek.

Płk Piotr Bieniek.

Zacznijmy od podstaw. Czym adekwatnie były ćwiczenia „Baltic Shield”?

Płk Piotr Bieniek: Pod nazwą „Baltic Shield” kryło się kilka równoległych przedsięwzięć realizowanych wspólnie przez Polskę i Królestwo Danii. Ćwiczenia prowadzono w domenie lądowej – także z zaangażowaniem sił specjalnych – powietrznej i morskiej. Poszczególne komponenty ćwiczyły własne procedury, ale najważniejsze było zgrywanie działań między rodzajami wojsk.

REKLAMA

W części lądowej szczególnie istotne były integracja wojsk powietrznodesantowych, artylerii dalekiego zasięgu oraz duńskich wojsk regularnych i sił obrony terytorialnej. Równolegle ćwiczyły też marynarki wojenne obu państw. Bardzo ważnym elementem były strzelania rakietowe – między innymi z Homara-K, który po raz pierwszy prowadził ogień na dystansie około 80 km.

To był strzał z Ustki w kierunku celu na Morzu Bałtyckim?

Tak. Jednocześnie z Bornholmu – także w kierunku celów na morzu – ogień prowadziły nasze HIMARS-y z 1 Mazurskiej Brygady Artylerii, współdziałające z duńskimi systemami PULS. Chodziło przede wszystkim o integrację systemów rażenia i obezwładniania oraz sprawdzenie skuteczności działania ognia połączonego.

A jaka była rola 6 Brygady Powietrznodesantowej?

Naszym zadaniem było szybkie wejście do działań na wyspie, zabezpieczenie kluczowych obiektów i przygotowanie warunków do wejścia kolejnych sił lądowych – przede wszystkim wspomnianej artylerii. Pokazaliśmy zdolność do bardzo szybkiego przerzutu na dużą odległość oraz działania w ścisłej współpracy z wojskami duńskimi. Dostaliśmy zadanie, które trzeba było zaplanować i wykonać praktycznie w ciągu kilku dób. W tym czasie należało przygotować przerzut, zsynchronizować działania z lotnictwem transportowym i opracować cały plan operacji.

Mówimy o przerzucie z Balic na Bornholm?

Tak, w zależności od korytarza przerzutu, około 700–800 km.

Jak duże siły zostały użyte?

Do zasadniczych działań wydzieliliśmy powiększoną kompanię z 16 Batalionu Powietrznodesantowego – około 140 żołnierzy.

Jako pierwsi na wyspę trafili pathfinderzy...

To prawda. To był element wydzielony z kompanii rozpoznawczej z 6 Batalionu Dowodzenia. W pierwszej fazie operacji, ich zadaniem było połączenie się z lokalnymi siłami duńskimi, rozpoznanie zrzutowisk i przygotowanie przyjęcia sił głównych. Ćwiczyliśmy przy tym różne warianty działania, wykonując skok metodą HAHO (High Altitude and High Opening). Pierwsza grupa wykonała skok z wysokości około 4000 m. Skoczkowie niemal od razu po opuszczeniu samolotu otwierali spadochrony i szybując, pokonali około dziewięciu kilometrów do rejonu lądowania. Druga grupa wyskoczyła z wysokości 7300 m. Żołnierze używali aparatury tlenowej, szybowali niemal 11 km.

Nad morzem?

Praktycznie na granicy morza i lądu. Skoki odbywały się o świcie, przy bardzo ograniczonej widoczności. To były trudne warunki, ale właśnie takie scenariusze chcieliśmy przećwiczyć. Natomiast zasadniczy desant to były już klasyczne skoki z wysokości około 400 m, wykonywane metodą static line z pełnym wyposażeniem i zaopatrzeniem potrzebnym do wykonania zadania w drugiej fazie operacji.

Jakich samolotów użyto do przerzutu?

Pathfinderzy lecieli Herculesem C-130. Siły główne przerzucano na pokładach trzech samolotów CASA C-295. Chciałbym tu podkreślić bardzo istotną rolę, jaką odegrało lotnictwo transportowe – zarówno załogi, jak i sztaby planujące operację z 3 Skrzydła Lotnictwa Transportowego. Bez nich nie byłoby przerzutu i późniejszego mostu powietrznego.

Co działo się po lądowaniu?

Po połączeniu z duńskim batalionem zmechanizowanym rozpoczęliśmy działania na wyspie. Jednym z głównych zadań było opanowanie stacji radiolokacyjnej znajdującej się w rękach przeciwnika. Wcześniej obiekt został rozpoznany przez naszych zwiadowców i duńskie siły lokalne. Potem przeprowadzono uderzenie.

Scenariusz ćwiczeń zakładał wcześniejszą utratę części Bornholmu?

Tak. Nie jest tajemnicą, iż Bornholm ma ogromne znaczenie strategiczne ze względu na położenie przy Cieśninach Duńskich. Scenariusz zakładał, iż przeciwnik przejął część infrastruktury krytycznej wyspy.

…i Duńczycy poprosili Polskę o pomoc?

Dokładnie tak. Naszym zadaniem było odzyskanie kluczowych obiektów i zabezpieczenie wejścia kolejnych sił – artylerii przerzucanej drogą morską. Chodziło również o pokazanie zdolności NATO do natychmiastowej reakcji. To był bardzo wyraźny sygnał odstraszający – pokazanie, iż jesteśmy w stanie w krótkim czasie przerzucić siły, opanować najważniejsze obiekty i utrzymać swobodę żeglugi i działania w rejonie Bałtyku.

Jak wyglądała kooperacja z Duńczykami?

Bardzo dobrze. To armia niewielka, ale niezwykle profesjonalna i bardzo dobrze osadzona w procedurach NATO. Mimo, iż wcześniej nie ćwiczyliśmy razem na taką skalę, interoperacyjność zadziałała praktycznie od początku. Duńczycy mieli bardzo dobrze przygotowane sztaby; sprawnie działały łączność i planowanie. Widać było duże doświadczenie wyniesione ze struktur sojuszniczych.

Ciekawe było też to, jak mocno na Bornholmie zintegrowano wojsko z administracją i służbami cywilnymi. W działaniach zaangażowane były nie tylko siły wojskowe, ale również policja, straż pożarna i lokalne służby odpowiedzialne za bezpieczeństwo wyspy.

Bornholm to wcale nie jest oczywisty kierunek dla waszej brygady…

Jednym z zadań wojsk powietrznodesantowych jest szybki przerzut na dużych odległościach celem wsparcia walczących wojsk, multiplikacja sił narodowych lub sojuszniczych na wybranych kierunkach, wiązanie walką przeciwnika i obniżenie jego potencjału bojowego. Poprzez zaskoczenie tworzymy przeciwnikowi dylematy operacyjne i strategiczne. To nas wyróżnia. Możemy zostać przerzuceni drogą powietrzną, wejść do działań praktycznie natychmiast i później przyjmować kolejne fale wojsk oraz zaopatrzenia. Na Bornholmie, po zabezpieczeniu lotniska, w ramach TALO (Tactical Landing Operation) lądowały już Herculesy z pojazdami Aero, amunicją i wyposażeniem potrzebnym do dalszego prowadzenia działań.

Ćwiczyliśmy również procedury zrzutu zasobników systemowych CDS (Container Delivery System), celem zaopatrzenia wojsk, wykorzystując do tego zrzut grawitacyjny z małą prędkością lądowania. Ze względu na pogodę nie wykonano fizycznego zrzutu, ale przeprowadzono cały proces planowania, przygotowania ładunków i lotu.

Pogoda mocno komplikowała działania?

Na wyspie warunki zmieniają się bardzo szybko. Skakaliśmy przy praktycznie zerowym wietrze, ale dwie godziny później sytuacja była już zupełnie inna. Przy takim wietrze klasyczny desant spadochronowy byłby bardzo trudny. To zresztą jedna z najważniejszych lekcji z takich ćwiczeń – plan trzeba mieć zawsze przygotowany również na wariant awaryjny.

Jak wyglądało dowodzenie całą operacją?

Na Bornholmie działało dowództwo wysunięte, natomiast w Krakowie przez cały czas pracowała grupa operacyjna monitorująca przebieg ćwiczeń. Jej zadaniem była koordynacja działań i bieżące śledzenie sytuacji na wyspie. Ja byłem na miejscu jako obserwator. Chciałem zobaczyć, jak 16 Batalion radzi sobie w kolejnych fazach operacji. Spędziłem z żołnierzami noc w hangarze podczas przygotowań do przerzutu, brałem udział w odprawach i obserwowałem działania już na wyspie. Jestem instruktorem spadochronowym, więc wyskoczyłem z pierwszą grupą pathfinderów z wysokości 4000 m.

Jak Duńczycy oceniali polskich żołnierzy?

Byli pod dużym wrażeniem poziomu wyszkolenia naszych spadochroniarzy. I mówię to bez fałszywej skromności – jednym z największych atutów 6 Brygady Powietrznodesantowej jest indywidualne przygotowanie żołnierzy. U nas starszy szeregowy często ma wiedzę i doświadczenie porównywalne z bardzo dobrym podoficerem. Wynika to między innymi z ogromnej liczby szkoleń i ćwiczeń zagranicznych. Kompania, która działała na Bornholmie, wcześniej ćwiczyła między innymi w Finlandii, Szwecji, Holandii i we Włoszech. Nasi żołnierze są przyzwyczajeni do współpracy z innymi armiami.

Ćwiczenia były też jednym z pierwszych dużych sprawdzianów nowych spadochronów EPC?

Tak. W zeszłym roku rozpoczęliśmy wprowadzanie nowego sprzętu i szkolenie instruktorów. Na Bornholmie wykorzystano nowy typ spadochronu desantowego EPC już na większą skalę. To bardzo ważne, bo nowy spadochron pozwala bezpiecznie wykonywać skoki choćby przy bardzo dużym obciążeniu żołnierza.

A co się nie udało?

Ćwiczenia są właśnie po to, żeby wychwytywać elementy wymagające poprawy. Większość założonych celów szkoleniowych udało się zrealizować. Nie wykonaliśmy fizycznego zrzutu zaopatrzenia ze względu na pogodę i kwestie bezpieczeństwa, ale sama procedura została przećwiczona od początku do końca.

Widzimy też obszary wymagające dalszej pracy – przede wszystkim jeszcze lepszą integrację systemów łączności i wymiany danych. Przy pierwszych tak dużych ćwiczeniach z Duńczykami to naturalne. Jednocześnie te manewry pokazały, iż polskie wojska powietrznodesantowe są w stanie bardzo gwałtownie wejść do działań i skutecznie współpracować z sojusznikami. To był najważniejszy wniosek z „Baltic Shield”.

Rozmawiał: Marcin Ogdowski
Read Entire Article