"Scott Ritter: Kuba może okazać się kęsem, którego Trump nie zdoła przełknąć Nowe groźby i chwiejne preteksty mogą skusić Waszyngton do użycia siły, ale jakikolwiek atak na wyspę grozi przerodzeniem się w kosztowne fiasko."

grazynarebeca.blogspot.com 2 hours ago

Updated 1 Jun, 2026 07:08

Prezydent USA Donald Trump wygłasza przemówienie na cześć weteranów inwazji w Zatoce Świń w Białym Domu, 23 września 2020 r. © Joshua Roberts / Getty Images



W obliczu uwagi większości świata skupionej na wciąż nierozwiązanym konflikcie między USA a Iranem, przeciętnemu odbiorcy wiadomości można wybaczyć, jeżeli zapomniał, iż 3 stycznia bieżącego roku Stany Zjednoczone przeprowadziły mini-inwazję na Wenezuelę. Akcja ta doprowadziła do śmierci wielu osób – w tym licznych funkcjonariuszy kubańskich służb bezpieczeństwa – oraz do pojmania prezydenta Wenezueli Nicolása Maduro i jego żony.

USA uzasadniły to działanie, wskazując, iż w ich ocenie Maduro był zbiegiem przed wymiarem sprawiedliwości, jako iż wcześniej został oskarżony przed amerykańskim sądem federalnym o handel narkotykami.

Łatwość, z jaką USA zaaranżowały upadek reżimu Maduro i ułatwiły przekazanie władzy niezwykle uległej wiceprezydent Delcy Rodríguez, pomogła administracji prezydenta Donalda Trumpa roztoczyć aurę niezwyciężoności.

Dotyczyło to zwłaszcza realizacji strategii, którą prezydent i jego doradcy nazywali „Doktryną Donroe” – ich własną interpretacją XIX-wiecznej Doktryny Monroe, uznającej Półkulę Zachodnią za wyłączną strefę wpływów Stanów Zjednoczonych.

Niewiele ponad tydzień później, 11 stycznia, prezydent Trump zamieścił na swoim koncie w serwisie Truth Social wpis, który w istocie stanowił bezpośrednie zagrożenie pod adresem rządu Kuby.

„Kuba przez wiele lat żyła dzięki ogromnym ilościom ROPY i PIENIĘDZY płynących z Wenezueli” – napisał prezydent, stwierdzając, iż istniał bezpośredni związek między wenezuelskim wsparciem gospodarczym dla Kuby a kubańskim wsparciem w zakresie bezpieczeństwa dla Wenezueli.

„Wenezuela ma teraz po swojej stronie Stany Zjednoczone Ameryki – mocarstwo dysponujące najpotężniejszą armią na świecie (zdecydowanie) – które zapewnią jej ochronę; i my tej ochrony udzielimy. DO KUBY NIE POPŁYNIE JUŻ ANI KROPLA ROPY, ANI CENT PIENIĘDZY – ZERO! Zdecydowanie sugeruję, aby zawarli układ, ZANIM BĘDZIE ZA PÓŹNO!”

Następnie prezydent wywołał burzę spekulacji w amerykańskich mediach społecznościowych, gdy – odpowiadając na żartobliwy wpis zamieszczony w serwisie X pod koniec poprzedniego tygodnia, w którym stwierdzono:
„Marco Rubio zostanie prezydentem Kuby” – odpisał: „Brzmi dobrze!”.

Wydawało się, iż zmiana reżimu na Kubie stała się kwestią czasu.

Miesiąc później prezydent Trump spotkał się w Białym Domu z premierem Izraela Benjaminem Netanjahu, gdzie podjęto decyzję o ataku na Iran.

28 lutego USA i Izrael przypuściły na Iran niespodziewany atak, rozpoczynając 37-dniową kampanię, w której ostatecznie nie udało się osiągnąć żadnego z deklarowanych celów militarnych ani geopolitycznych, a która pozostawiła Iran w pozycji pozwalającej mu dyktować losy światowej gospodarki poprzez kontrolowanie przepływu ropy i gazu przez Cieśninę Ormuz.

Inwazja na Kubę przestała być priorytetem politycznym administracji Trumpa.

Niemal z dnia na dzień układ ten uległ zmianie. 21 maja Marco Rubio oświadczył, iż Kuba jest „jednym z czołowych sponsorów terroryzmu w całym regionie”.

Jego wypowiedź zbiegła się w czasie z dniem, w którym Departament Sprawiedliwości USA odtajnił akt oskarżenia przeciwko byłemu prezydentowi Kuby, Raúl Castro.

W ciągu jednego dnia administracja Trumpa odtworzyła ścieżkę prowadzącą do podjęcia przez USA działań militarnych przeciwko Kubie, powielając uzasadnienia dla zmiany reżimu – naprędce sklecone przed atakiem na Caracas z 3 stycznia, który doprowadził do schwytania Nicolása Maduro i upadku jego reżimu.

Działania te zbiegły się w czasie z przybyciem amerykańskiej lotniskowcowej grupy uderzeniowej w pobliże wybrzeży Kuby.

Przedstawianie przez Rubio Kuby jako państwowego sponsora terroryzmu nie ma żadnej wagi intelektualnej ani podstaw faktycznych;

pojawia się bowiem tuż po skoordynowanych działaniach podjętych przez administrację Bidena, mających na celu usunięcie tego miana z Kuby, jako iż nie istniały już żadne przesłanki uzasadniające takie twierdzenie.

Prawdą jest jednak, iż podobne braki istniały w kwestii legalności zarzutów stawianych przez USA Nicolasowi Maduro.

Administracja Trumpa nie odwołuje się jednak do prawa międzynarodowego, ale raczej do wąskiej grupy wyborców krajowych, dla których wystarczające byłyby choćby najbardziej chwiejne podstawy prawne do podjęcia działań przeciwko Kubie.

Jednakże uznanie państwa za sponsora terroryzmu nabiera jeszcze większego znaczenia, zważywszy na to, iż stanowi ono bezpośrednie odzwierciedlenie drogi do interwencji zbrojnej – ścieżki, którą USA utorowały sobie w okresie poprzedzającym decyzję o zbombardowaniu Iranu w lutym bieżącego roku.

Konkluzja jest taka, iż ​​administracja Trumpa przygotowuje grunt pod inwazję zbrojną na Kubę, narzucenie jeszcze bardziej rygorystycznej kampanii „ekonomicznego duszenia” tego kraju – lub też pod oba te działania jednocześnie.


Impulsem do podjęcia takich kroków nie jest bynajmniej jakiekolwiek rzeczywiste zagrożenie, jakie Kuba i jej rząd stwarzałyby dla USA, ale raczej potrzeba, by administracja Trumpa mogła odnotować „zwycięstwo” w swoim bilansie osiągnięć w dziedzinie bezpieczeństwa narodowego – zwłaszcza po kompromitującej porażce poniesionej w relacjach z Iranem.


Na horyzoncie rysują się wybory śródokresowe, choć prezydent Trump oświadczył, iż jego działania w sferze polityki zagranicznej są formułowane i realizowane niezależnie od presji politycznej wynikającej z ewentualnego słabego wyniku Partii Republikańskiej w nadchodzących wyborach.

Krótko mówiąc:

w przypadku – wysoce prawdopodobnym – utraty przez Republikanów kontroli nad Izbą Reprezentantów, pozostałe dwa lata prezydentury Trumpa upłyną pod znakiem paraliżu politycznego, wywołanego niekończącymi się procedurami impeachmentu;

sprawią one, iż ostatnie dwa lata pierwszej kadencji Trumpa – w trakcie których dwukrotnie podejmowano próby jego odwołania – wypadną przy tym blado.

Impeachment to jednak najmniejszy z problemów Trumpa; o ile nie dojdzie do skazania przez Senat, procedury te są przez Trumpa i jego zwolenników po prostu bagatelizowane i przedstawiane jako działania motywowane politycznie przez rozgoryczonych Demokratów.


Prawdziwe zagrożenie dla Trumpa pojawi się dopiero w sytuacji, gdy Republikanie utracą kontrolę nad Senatem – zwłaszcza jeżeli przewaga opozycji okaże się na tyle znacząca, by wyłoniło się widmo skazania, za którym musiałoby zagłosować co najmniej 60 ze 100 senatorów.

I właśnie w tym punkcie – w kwestii Kuby oraz amerykańskiej polityki wewnętrznej – prezydent Trump dopuszcza się rażącego błędu w kalkulacji.

Trump kieruje się radami swojego sekretarza stanu i doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego – Marco Rubio;

człowieka, w którym przez całe życie narastała antykubańska niechęć, rzutująca na jego postrzeganie świata.

Zarówno Rubio, jak i Trump rozumieją realia związane z polityką Florydy oraz istotną rolę, jaką odgrywa tamtejsza, liczna diaspora kubańska w kształtowaniu polityki prezydenckiej.

Jednak wybory śródokresowe to nie wybory ogólnokrajowe.

Wybory te zwykle reagują na odmienny barometr polityczny – taki, którego wskazówką poruszają lokalne kwestie polityczne, definiowane w dużej mierze przez stan lokalnej gospodarki.

Kwestie ogólnokrajowe schodzą zwykle na drugi plan, a w szerszym ujęciu głosy Kubańczyków na Florydzie nie zmieniają ogólnokrajowego bilansu przy podliczaniu mandatów do Izby Reprezentantów i Senatu w wieczór wyborczy.

Co więcej, Rubio i Trump dobrze by zrobili, studiując kampanię prezydencką z 1992 roku. Urzędujący wówczas prezydent, George H. W. Bush, przystępował do wyścigu z ogromną przewagą, napędzaną częściowo przez imponujące zwycięstwo militarne, jakie USA odniosły nad Irakiem podczas operacji „Pustynna Burza”.

Rywal Busha, Bill Clinton, potknął się, próbując dorównać Bushowi w kwestii kompetencji w polityce zagranicznej;

w rezultacie jego szef kampanii, James Carville, przykleił na drzwiach prowadzących do „sztabu wojennego” kampanii żółtą karteczkę z prostym napisem:

„Chodzi o gospodarkę, głupku!”.


Bush obiecywał brak nowych podatków, a mimo to nie dotrzymał tej obietnicy.

Spowolnienie gospodarcze, będące następstwem tego błędu, zapewniło Clintonowi impet niezbędny do odrobienia strat i pokonania Busha w listopadzie 1992 roku.


Prezydent Trump staje w obliczu katastrofy gospodarczej, wynikającej z jego niepowodzenia w pokonaniu Iranu oraz globalnego kryzysu energetycznego, jaki owa porażka wywołała.

jeżeli Trump sądzi, iż uda mu się zwieść Amerykanów – sprawiając, by zapomnieli o dotkliwych konsekwencjach gospodarczych, z jakimi muszą się mierzyć z powodu jego bliskowschodnich potknięć – poprzez inwazję na Kubę i odsunięcie tamtejszego rządu komunistycznego od władzy, to jest w głębokim błędzie.


Chodzi o gospodarkę, głupku.


Faktem jest jednak, iż Trump i Rubio mogą ostatecznie nie zdołać zapewnić oczekiwanego zwycięstwa – niezależnie od okoliczności.

Kuba to nie Wenezuela, a CIA może nie dysponować możliwościami, by powtórzyć scenariusz „kupionej zdrady” w wykonaniu Maduro wśród wenezuelskich elit politycznych, wojskowych i gospodarczych.

Zdaniem wielu obserwatorów sytuacji na Kubie, nie jest to coś, co dałoby się z powodzeniem zrealizować w tym wyspiarskim państwie.

Fulton Armstrong – były Narodowy Oficer Wywiadu ds. Ameryki Łacińskiej, który swego czasu działał w ukryciu jako funkcjonariusz CIA na terytorium Kuby – opracował niedawno memorandum w imieniu organizacji Veteran Intelligence Professionals for Sanity (VIPS). Zauważył w nim, że „sterowane przez USA dążenie do «upadku reżimu» oraz okupacja [Kuby] lub narzucenie jej rządu wybranego przez nas samych zakończy się całkowitą klęską.

Ci sami ludzie, którzy potrafią utrzymać na chodzie Chevrolety z 1957 roku, posługując się jedynie drucianym wieszakiem, zgotują piekło każdemu reżimowi narzuconemu z zewnątrz” – dodał przy tym, że „amerykańskie działania o charakterze przymusu wobec Kuby pozostają nieskuteczne od ponad sześciu dekad”.


Marco Rubio może jeszcze przekonać Donalda Trumpa do inwazji na Kubę.

Jednak zamiast stanowić „wisienkę na torcie” odnowionej polityki zagranicznej i bezpieczeństwa narodowego – która pomogłaby Republikanom utrzymać kontrolę nad Kongresem USA, a tym samym zapewnić żywotność polityce Trumpa (zarówno wewnętrznej, jak i zagranicznej) przez kolejne dwa lata – inwazja na Kubę z największym prawdopodobieństwem doprowadzi do totalnej klęski.

Klęska ta, nałożona na porażkę w Iranie, przesądzi o ostatecznym końcu ery Trumpa.


Oświadczenia, poglądy i opinie wyrażone w niniejszym felietonie są wyłączną własnością autora i niekoniecznie odzwierciedlają stanowisko RT.



Przetlumaczono przez translator Google

zrodlo:https://www.rt.com/news/640797-cuba-trump-bite-chew/

Read Entire Article