SBU ściga protestujących pod katownią Azowa

magnapolonia.org 1 hour ago

Zamiast wyjaśnić, co naprawdę działo się za murami obiektu wykorzystywanego przez ukronazistów z Azowa i Chartiji, zabezpieczyć dowody i rozliczyć sprawców znęcania się nad przetrzymywanymi tam ludźmi, ukraińskie władze zajęły się tymi, którzy ośmielili się ujawnić proceder i zaprotestować przeciwko niemu. W Petropawłowskiej Borszczagówce pod Kijowem doszło do wydarzeń, które pokazują, jak bardzo Ukraina oddala się od standardów kraju cywilizowanego.

SBU ściga protestujących przeciwko katowni Azowa. 2 listopada przed budynkiem wykorzystywanym przez żołnierzy 1. Korpusu Gwardii Narodowej „Azow” zgromadzili się ludzie zaniepokojeni doniesieniami o przetrzymywaniu i torturowaniu mężczyzn z oddziału Gwardii Narodowej „Chartija”. W internecie pojawiły się relacje mówiące o kilkunastu osobach zamkniętych w piwnicy, brutalnym traktowaniu, pobiciach i uniemożliwianiu im kontaktu z bliskimi. Informacje te wywołały oburzenie i doprowadziły do protestu.

Dość wstrząsający jest też fakt, jak Azow cynicznie posłużyl się chlopakiem ktorego wciagnieto do wnetrza budynku (byl wsrod protestujacych). Został on zmuszony, żeby zadzwonił do swoich bliskich (ktorzy byli na zewnatrz) i skłamał im mówiąc, iż wewnątrz nie ma żadnych osób nielegalnie przetrzymywanych i prosić zeby sie rozeszli. Można się tylko domyślać, w jaki sposób wymuszono to na nim, patrząc w jakim stanie był kiedy go wyprowadzano.

Całość nie wygląda na zwykły punkt wojskowy. Miejsce było nieformalne, bez dostepu osób z zewnątrz (rodzin, adwokatow, medykow), a urazy osób uwięzionych oraz slady krwi w samym budynku budzą poważne pytania o tortury i sugerują istnienie katowni. Oficjalna wersja mówi jedynie o „tymczasowym zakwaterowaniu”, „formalnościach” i „samookaleczeniach”, ale nie wyjaśnia przekonująco, dlaczego część osób wymagala natychmiastowej hospitalizacji i skąd się wzięły ślady krwi oraz do kogo należały.

Sprawa wpisuje się w szerszy problem nieprzejrzystego traktowania zmobilizowanych i dezerterów. Tworzenie takich punktów w prywatnych domach poza jakakolwiek ewidencją, z blokowaniem pomocy medycznej i hospitalizacjami, nie jest normalną procedurą. Władze zapowiedziały śledztwo. Zobaczymy, czy wyjaśni to przyczyny calej sytuacji i czy ktoś poniesie konsekwencje, czy też jak zwykle skończy się tylko na oficjalnych, uspokajajacych komunikatach.

Przedstawiciele „Azowa” standardowo zaprzeczyli zarzutom o tortury. Twierdzili, iż w budynku przebywali żołnierze, którzy byli przymusowo zrekrutowanymi poborowymi lub samowolnie opuścili swoje jednostki. Czy w normalnym państwie wolno przetrzymywać ludzi w niejasnych okolicznościach, stosować wobec nich przemoc i pozbawiać ich podstawowych praw tylko dlatego, iż są dezerterami, lub nie chcieli zapłacić łapówki za wypuszczenie z busa rekruterów?

Co szczególnie znamienne, Państwowe Biuro Śledcze Ukrainy wszczęło postępowanie dotyczące możliwego przekroczenia uprawnień przez wojskowych. A zatem nie są to wyłącznie wymysły anonimowych użytkowników internetu. Ukraińskie organy ścigania same uznały, iż istnieją podstawy do zbadania zachowania funkcjonariuszy i żołnierzy.

Tymczasem reakcja Służby Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU) jest niezwykle wymowna. 3 listopada zastępca szefa SBU Iwan Rudnycki poinformował, iż zidentyfikowano ponad sto osób uczestniczących w wydarzeniach. Wobec części z nich przeprowadzane są przeszukania, a służby rozważają zatrzymania i przedstawienie zarzutów. Wszczęto postępowania dotyczące między innymi utrudniania działalności sił zbrojnych, rozpowszechniania informacji o ich rozmieszczeniu oraz udziału w masowych zamieszkach.

Zwróćmy uwagę na proporcje. Kiedy pojawiają się zarzuty o brutalne traktowanie ludzi przez wojskowych, państwo powinno przede wszystkim zagwarantować bezstronne śledztwo, zabezpieczyć miejsce zdarzenia i ustalić odpowiedzialność osób, które mogły dopuścić się nadużyć. Tymczasem jedną z pierwszych spektakularnych informacji przekazanych opinii publicznej jest komunikat o identyfikowaniu uczestników protestu i przygotowywaniu wobec nich działań represyjnych.

Właśnie w tym tkwi istota problemu. Ukraina od dawna walczy z niebezpiecznym zjawiskiem rosnącej bezkarności środowisk ukronazistowskich, których przedstawiciele zyskali w warunkach wojennych ogromne znaczenie i wpływy. Formacje takie jak „Azow” czy „Chartija” funkcjonują w szczególnym otoczeniu politycznym i społecznym, a krytyka ich działalności bywa traktowana niemal jak atak na samo państwo. Wojna nie może jednak stanowić immunitetu dla nikogo, a mundur nie daje prawa do bezkarnego łamania ludzkiej godności.

To właśnie dlatego wydarzenia spod Kijowa powinny budzić niepokój nie tylko Ukraińców, ale również wszystkich obserwatorów sytuacji w tym kraju. o ile obywatel, który protestuje przeciwko podejrzeniom o tortury, musi liczyć się z brutalną wizytą SBU, przeszukaniem i perspektywą postępowania karnego, to mamy do czynienia z bardzo niebezpiecznym mechanizmem, typowym dla państw totalitarnych. Szczególnie o ile równolegle nie widać równie zdecydowanej determinacji w rozliczaniu tych, którzy mogli dopuścić się przemocy.

Narastająca militaryzacja życia publicznego, kult formacji zbrojnych i utożsamianie krytyki ich działalności z działaniem na szkodę państwa to symptomy postępującej nazifikacji ukraińskiego życia publicznego. Nie chodzi przy tym o rzucanie historycznych etykiet, ale o dostrzeżenie mechanizmu: uprzywilejowana pozycja środowisk paramilitarnych, ideologiczna nietykalność i zastraszanie tych, którzy ośmielają się kwestionować ich postępowanie.

To właśnie to, oprócz sentymentów do Bandery, Szuchewycza i innych hitlerowskich kolaborantów i zbrodniarzy, nazywamy ukronazizmem.

Zdjęcie poglądowe: Iwan Rudnycki.

Polecamy również: Ukraińska prowokacja pod polską ambasadą

Read Entire Article