W Jarosławiu naprawdę doszło do zbrodni. Napastnik naprawdę jest Ukraińcem, a na zdjęciach wykonanych po zatrzymaniu rzeczywiście nie widać na jego rękach kajdanek. Żaden z tych faktów nie dowodzi jednak, iż Ukraińcy są w Polsce uprzywilejowani. Pokazuje za to, jak kilka potrzeba, by z prawdziwego wydarzenia zbudować fałszywy obraz rzeczywistości.
W czwartek, 24 września 31-letni obywatel Ukrainy Ihor M. zaatakował nożem pięć osób na terenie opactwa w Jarosławiu. Jeden z rannych, ksiądz, zmarł w szpitalu, dwie osoby zostały ciężko ranne. Napastnika zatrzymała policja, a prokuratura sformułowała wobec niego zarzuty. Dzień później Naukowa i Akademicka Sieć Komputerowa (NASK) alarmowała już o drugiej odsłonie tej historii.
Małgorzata Szumna z Zespołu Analizy Trendów Narracyjnych i Fact-checkingu NASK mówiła Polskiej Agencji Prasowej, iż atak jest wykorzystywany do szerzenia fałszywych przekazów dotyczących Ukraińców. Szczególną popularność zyskały zdjęcia zatrzymanego, na których miał zabandażowane dłonie, ale nie było widać kajdanek. Fotografie zestawiano ze zdjęciami skutych Polaków, sugerując, iż Ukrainiec może liczyć na specjalne traktowanie. Tymczasem, jak przypomina NASK, o zastosowaniu kajdanek decydują m.in. zachowanie zatrzymanego, ryzyko ucieczki, zagrożenie dla otoczenia i stan zdrowia, a nie jego narodowość.
Na tym historia się nie skończyła. Według NASK-u w sieci pojawiły się przekazy o rzekomym wzroście przemocy ze strony Ukraińców, pobłażliwości polskich służb i wymiaru sprawiedliwości oraz przemilczaniu ukraińskiej przestępczości przez media. Do Jarosławia gwałtownie dołączono także Wołyń. Po ataku natężenie mowy nienawiści wobec Ukraińców osiągnęło najwyższy poziom od pierwszej połowy lipca. Jedno przestępstwo zaczęło więc służyć jako potwierdzenie znacznie szerszej opowieści: Ukraińcy są w Polsce problemem, państwo ich faworyzuje, a Polacy we własnym kraju są traktowani gorzej.
Rosja dostała prezent
Z punktu widzenia rosyjskiej wojny informacyjnej Jarosław jest niemal modelowym przypadkiem. Sprawcą brutalnej zbrodni jest Ukrainiec, ofiarami Polacy, a zdjęcia zatrzymanego pozwalają zasugerować jego uprzywilejowanie przez polskie służby. Do tego można dołożyć autentyczne polsko-ukraińskie spory historyczne, zmęczenie części społeczeństwa kosztami pomocy Ukrainie, problemy związane z obecnością dużej grupy uchodźców oraz rzeczywiste konflikty interesów między Warszawą i Kijowem.
Rosja od początku pełnoskalowej wojny próbuje właśnie te napięcia wykorzystywać i wzmacniać. NASK wielokrotnie wskazywała powracające w polskiej infosferze przekazy przedstawiające Ukraińców jako grupę uprzywilejowaną, żyjącą kosztem Polaków, wypierającą ich z rynku pracy czy mieszkań i odpowiedzialną za wzrost przestępczości. Pomoc dla Kijowa jest przedstawiana z kolei jako działalność prowadzona kosztem polskich obywateli.
Szczególnie wdzięcznym tworzywem jest historia, bo tu również nie trzeba niczego wymyślać. Zbrodnia wołyńska jest faktem, spory dotyczące pamięci historycznej są realne, podobnie jak kontrowersje wokół kultu OUN i UPA w części ukraińskiego społeczeństwa. Rosyjska propaganda może więc brać rzeczywisty problem i nadawać mu współczesny sens polityczny: skoro Ukraińcy mordowali Polaków 80 lat temu, a dziś obywatel Ukrainy zabija Polaka w Jarosławiu, mamy rzekomo do czynienia nie z dwoma całkowicie różnymi zjawiskami, ale z kolejnymi odsłonami tej samej historii. Tak powstaje ciąg, którego poszczególne elementy są prawdziwe, ale łącząca je opowieść już nie.
Nie musimy pokochać Rosji
Cel jest przy tym bardzo konkretny. Polska pozostaje jednym z najważniejszych zapleczy Ukrainy. Przez nasze terytorium płynie znaczna część zachodniej pomocy wojskowej, tutaj szkoleni są ukraińscy żołnierze, a Warszawa od początku pełnoskalowej wojny zabiegała o zwiększenie politycznego i militarnego wsparcia dla Kijowa. Osłabienie tego systemu leży w oczywistym interesie Rosji, a jednym ze sposobów prowadzących do tego celu jest zwiększanie społecznych i politycznych kosztów dalszego pomagania Ukrainie.
Moskwa nie musi przy tym przekonywać Polaków, iż Rosja jest naszym przyjacielem. Po doświadczeniach historycznych i ostatnich latach byłoby to zadanie wyjątkowo trudne. Wystarczy, iż przekona odpowiednio wielu z nas, iż pomoc Ukrainie nie leży w naszym interesie, jej obywatele wykorzystują nasze państwo, a polskie władze przedkładają interes Kijowa nad interes własnych obywateli. Taki przekaz trafia na znacznie podatniejszy grunt, ponieważ można go oprzeć nie tylko na fałszywych informacjach, ale także na autentycznych problemach: sporach gospodarczych, historycznych zaszłościach, konkretnych przestępstwach czy zwyczajnym zmęczeniu wojną trwającą już piąty rok. Rosyjska propaganda nie tworzy wszystkich tych napięć. Jej zadaniem jest sprawić, by były większe, trwalsze i bardziej niszczące.
Ktoś zrobi to za Rosjan
Do tego nie potrzeba armii opłacanych przez Moskwę internetowych trolli. Owszem, rosyjskie służby prowadzą własne operacje, wykorzystują fałszywe konta, podstawione portale i sieci rozpowszechniające określone treści. Ale gdy przekaz trafi już do krajowego obiegu, znaczną część pracy mogą wykonać ludzie, którzy z Rosją nie mają nic wspólnego. NASK zwracała uwagę, iż treści dotyczące Jarosławia rozpowszechniały nie tylko anonimowe profile znane z dezinformacji, ale także polscy użytkownicy internetu, w tym osoby zaangażowane politycznie.
Ich motywacje mogą być bardzo różne. Jedni rzeczywiście wierzą, iż Ukraińcy są w Polsce uprzywilejowani, więc każdą informację potwierdzającą ten pogląd przyjmują bez większych zastrzeżeń. Inni wykorzystują antyukraińskie emocje w walce politycznej, bo widzą w nich sposób na zdobycie wyborców albo uderzenie w przeciwników. Dla influencerów i administratorów internetowych profili motywacją mogą być zasięgi – treści wywołujące strach i gniew dobrze się klikają, niezależnie od tego, komu geopolitycznie służą.
Są wreszcie zwykli użytkownicy, którzy widzą bulwersujące zdjęcie, dopisują własny komentarz i podają je dalej. W klasycznym języku propagandy takich ludzi określano mianem „użytecznych idiotów”: nie muszą znać źródła ani celu przekazu, który rozpowszechniają, by pomagać w jego dystrybucji. To dla rosyjskich operacji informacyjnych sytuacja idealna. Im dalej przekaz odchodzi od pierwotnego źródła, tym mniej wygląda na rosyjski.
Informacja podana przez anonimowe konto może wzbudzić podejrzenia; ta sama informacja powtórzona przez polskiego polityka, popularnego komentatora albo znajomego z Facebooka otrzymuje lokalną twarz i większą wiarygodność. Rosjanie nie muszą więc kontrolować każdego uczestnika tego łańcucha. Wystarczy uruchomić albo podbić przekaz, który odpowiada istniejącym emocjom. Dalej może rozchodzić się sam.
Ukraiński paszport
Podobny mechanizm można było obserwować po aktach dywersji na polskiej kolei w listopadzie 2025 roku. Według ustaleń polskich władz ich sprawcami byli obywatele Ukrainy działający na rzecz rosyjskich służb. niedługo w polskojęzycznej infosferze pojawiły się jednak przekazy przenoszące odpowiedzialność za sabotaż na samą Ukrainę i sugerujące, iż Kijów próbuje sprowokować Polskę do wejścia do wojny.
Ministerstwo Cyfryzacji wskazywało później tę historię jako przykład rozwoju narracji dezinformacyjnej: prawdziwa informacja o narodowości podejrzanych pozostawała w obiegu, ale znikał najważniejszy kontekst – informacja, na czyją rzecz mieli działać. Ukraiński paszport okazał się ważniejszy od rosyjskiego zleceniodawcy – właśnie dlatego, iż pozwalał wpisać zdarzenie w istniejącą już opowieść o Ukrainie jako zagrożeniu dla Polski.
Jarosław dostarcza podobnego materiału, choć oczywiście mówimy o zupełnie innym zdarzeniu i nie ma podstaw, by wiązać sprawcę z jakąkolwiek działalnością rosyjską. Nie trzeba tego robić. Dla propagandy wystarczy jego narodowość oraz możliwość przedstawienia reakcji polskich służb jako kolejnego dowodu na rzekome specjalne traktowanie Ukraińców.
Nie tylko przeciw Ukrainie
I właśnie wątek kajdanek pokazuje, iż stawką nie jest wyłącznie stosunek Polaków do Ukrainy. Gdyby chodziło tylko o wzbudzenie niechęci do Ukraińców, wystarczyłaby narodowość sprawcy. Tymczasem przekaz dotyczący Ihora M. uderza jednocześnie w polskie instytucje. Policja ma traktować Ukraińca łagodniej niż Polaka, wymiar sprawiedliwości ma być wobec niego pobłażliwy, media mają ukrywać skalę ukraińskiej przestępczości, a państwo – bardziej troszczyć się o przybyszy niż o własnych obywateli.
To ważne przesunięcie. Rosyjskie działania informacyjne wymierzone w Polskę nie służą wyłącznie pogorszeniu naszych relacji z Ukrainą. Ich celem jest także podważanie zaufania do państwa, jego instytucji, mediów i sojuszników oraz pogłębianie istniejących podziałów społecznych. Człowiek przekonany, iż policja, sądy, media i władze systematycznie go oszukują, staje się znacznie podatniejszy na kolejne przekazy podważające oficjalne informacje – również wtedy, gdy dotyczą one bezpieczeństwa państwa, działań wojska czy rzeczywistego kryzysu.
Dlatego też tragedia z Jarosławia jest dla Rosji użyteczna na dwóch poziomach. Może zwiększać niechęć Polaków do Ukraińców, a przez to podnosić polityczne koszty dalszego wspierania Kijowa. Jednocześnie może wzmacniać przekonanie, iż polskie państwo działa przeciwko własnym obywatelom. Z punktu widzenia Moskwy oba efekty są korzystne – pierwszy uderza w zaplecze walczącej Ukrainy, drugi w odporność Polski.
A żeby uruchomić oba te procesy, czasem wystarczy zdjęcie zatrzymanego człowieka bez widocznych kajdanek.