ROBERT KRAUZ

solidaryzm.eu 3 days ago

Po kilkunastu latach przyznawania działaczom i bliskim współpracownikom organizacji Krzyża Solidarności Walczącej pojawiły się głosy wyrażające pogląd, iż prace Kapituły Krzyża SW powinny zmierzać ku ich zakończeniu. Wg autorów takich opinii najprawdopodobniej wszyscy, którym odznaczenie to się należało, już je otrzymali. Moje zdanie jest przeciwne i to z dwóch przyczyn. Pierwszą jest punkt 7 c Regulaminu Krzyża Solidarności Walczącej, ustanowionego w dniu 15 kwietnia 2010 przez Kornela Morawieckiego i mówiącego o niemożności przyznawania Krzyża, a tym samym czynności tej zaprzestaniu w chwili, w której liczba członków Kapituły spadnie poniżej trzech. A w chwili, w której piszę te słowa, czyli w kwietniu 2026, Kapituła składa się z osób piętnastu. Zarazem Krzyż Solidarności Walczącej od lat stanowi istotny wątek tradycji związanej nie tylko z tą jedną organizacją, ale całym niepodległościowym podziemiem lat osiemdziesiątych. W kwestiach takiego kalibru zawsze im mniej dyskusyjnych zmian – tym lepiej. Niebagatelne znaczenie ma też fakt niejednokrotnie artykułowany przez Wojciecha Myśleckiego: Kapituła Krzyża jest dziś jedyną, przez cały czas istniejącą strukturą organizacji Solidarność Walcząca. Ostatnią. Czy więc warto przyspieszać jej koniec? Kolejną przyczyną moim zdaniem przemawiającą za kontynuowaniem prac Kapituły jest w moim przekonaniu oczywistość tego, iż odznaczenie to powinno otrzymać jeszcze bardzo wielu. Sam osób takich pamiętam przynajmniej kilka. Nigdy nie poznałem ich tożsamości, w latach osiemdziesiątych mój kontakt z nimi był epizodyczny, ale charakter ówczesnych spotkań z nimi nie pozostawiał żadnych wątpliwości, iż były to osoby poważnie zaangażowane w działalność podziemia. Ileś razy zdarzyło się bowiem np. tak, iż z polecenia moich szefów z Solidarności Walczącej sprowadzałem do Wrocławia zgromadzone przez Janka Białostockiego na pewnym strychu w Gdańsku duże elektryczne powielacze, które w moim rodzinnym mieście przekazywałem ludziom mi nieznanym, skontaktowanym ze mną „na hasło”. Bez wątpienia musieli być to albo członkowie albo bliscy współpracownicy Solidarności Walczącej. A niektórych z nich nie spotkałem potem już nigdy więcej. Nie spotkałem ich także w związku z procedurami i uroczystościami związanymi z Krzyżami Solidarności Walczącej. Im po prostu odznaczenia tego nigdy nie przyznano. A jest niemal pewne, iż każdemu z nich ono się należy.

Po dobrych paru dziesięcioleciach rozpoznać na ulicy czy w pociągu kogoś, kogo spotykało się w czasach konspiracji, nie jest łatwo. Mi jednak niedawno zdarzyło się spotkać człowieka, z którym kontaktowałem się w związku z działalnością w Solidarności Walczącej. Spotkałem go pierwszy raz po bez mała czterdziestu latach od naszego ostatniego kontaktu. Nie rozpoznaliśmy się po wyglądzie, ale skutkiem rozmowy, jaka wywiązała się przy okazji nagrywania wywiadu, udzielanego przeze mnie Dorocie Kani. Rozmowę tę rozpoczął operator kamery, który po wykonaniu swej pracy powiedział, iż też pochodzi z Wrocławia i iż współpracował z działaczami Solidarności Walczącej wymieniając parę osób dobrze mi znanych. I iż mnie też chyba wtedy spotykał. Chyba – gdyż po czterdziestu latach niezmieniony mi został prawdopodobnie jedynie głos i oczy. „Gruby? To ty?” – wypaliłem nagle w bezbrzeżnym zdumieniu. „Tak mnie nazywano” – odpowiedział z uśmiechem a ja zdałem sobie sprawę z tego, iż mam przed sobą faceta, z którym w związku z konspiracją spotkałem się kiedyś co najmniej kilka razy i z którym przeżyłem wspólną, dość zabawną przygodę. Wydarzyła się ona w roku 1986. Jakiś chyba rok później otarliśmy się jeszcze o siebie na jakiejś demonstracji. A potem – zobaczyliśmy się dopiero w telewizyjnym studio Doroty Kani…

Po tylu latach trudno mi o precyzję, umożliwiającą dokładne określenie czasu i kolejności wydarzeń. Mocniej w pamięci zapisały się te bardziej znamienne. W roku 1984 zacząłem się przeprowadzać do mieszkania po moich dziadkach – w starym domu w Obornikach Śląskich. Studiowałem wtedy na Uniwersytecie Wrocławskim, ale wolałem dojeżdżanie od dalszego kiszenia się w straszliwej ciasnocie M-2 moich rodziców. Nie dość, iż urągającego swym „metrażem” to wypełnionego meblami do docelowego mieszkania, bo przecież „wkrótce się wyprowadzają” (jak się okazało – owe „wkrótce” trwało kilkanaście lat). Ledwie wprowadziłem się do obornickiego mieszkania po dziadkach pojawił się pomysł, żeby w nim uruchomić tajną drukarnię. W jej stworzeniu pomocnych było kilka osób z Solidarności Walczącej, głównie Krzysiek Zwierz i Darek Olszewski. I właśnie przy okazji kontaktów z Darkiem poznałem Roberta. Nazwiska w ogóle wtedy nie poznałem a imienia też nie byłem pewien. Zdawało mi się, iż na imię miał Jurek. Darek chyba przedstawił mi go jako „Grubego”, więc tak do niego mówiłem. Ksywka ta nie miała związku z tuszą, bo był szczupły nie mniej, niż ja. A ja byłem wtedy chudy jak patyk (ech, młodość… choć może i wikt kartkowy). W tamtych latach miałem dziewczynę (która potem została moją żoną) zamieszkującą na rogu Grabiszyńskiej i Stalowej. A i Darek i Robert, wraz ze swoimi rodzinami, mieszkali na tym samym piętrze („drzwi w drzwi”) bloku odległego o może sto metrów. Tyle, iż po drugiej stronie Grabiszyńskiej, na rogu Spiżowej. Mieli córeczki w podobnym wieku, stąd często można było ich spotkać, gdy pod ich okiem bawiły się na tamtejszym skwerku. W związku z moją obornicką drukarnią Darek przekazywał mi różne przeznaczone dla niej materiały. I dość gwałtownie okazało się wtedy, iż drukarzem jest też Robert. Nie rozmawiałem z nim wtedy o drukowaniu, ale już przekroczenie progu jego mieszkania nie pozostawiało co do tego żadnych wątpliwości. Każdemu, kto zajmował się sitodrukiem, kilka zapachów kojarzyło się jednoznacznie. Pierwszym był zapach pasty „Komfort”. To z niej najczęściej wtedy ludzie Solidarności Walczącej robili farbę drukarską. Najlepsi fachowcy, posługując się konspiracyjnie wytwarzaną emulsją światłoczułą, potrafili taką farbą zadrukować czasem choćby trzy i pół tysiąca kartek papieru dzięki jednokrotnie naświetlonej sitodrukowej ramki. Emulsje i farby produkowane w prawdziwych fabrykach, z uwagi na ówczesne relacje walutowe, były potwornie drogą rzadkością. Przemycano je z Zachodu, umożliwiały druk wyższej jakości. Emulsje firmy „Ulano” wytrzymywały powielenie choćby ponad dziesięciu tysięcy stron. Były więc one wykorzystywane tylko do druków specjalnych, np. wielokolorowych znaczków, kartek pocztowych czy kalendarzy. Farba niemieckiej firmy „Hartman” miała zapach dużo mniej intensywny i mniej charakterystyczny od wykonywanej z pasty „Komfort”. I taki, mimo iż bardzo subtelny, poczułem po przekroczeniu progu mieszkania Roberta. Zapachy przedostające się do kominów wentylacyjnych – mogły zdekonspirować drukarnię, stąd odruchowo zapytałem: „Sąsiedzi nie czują tego zapachu?” Robert odpowiedział z uśmiechem: „Tego raczej nie rozpoznają”. Raczej miał rację, zapach farby „Hartman” nie powinien w postronnych wzbudzić niepokojących skojarzeń. Zarazem jednak – wszystko było jasne. W mieszkaniu Roberta nie tylko się drukowało, ale drukowało wydawnictwa specjalne. Takie, do których wykorzystywane były kosztowne, pochodzące z przemytu farby i emulsje. I zarazem takie, którymi zajmowali się arcy – mistrzowie podziemnej poligrafii. To akurat bardzo dziwne nie było – sąsiadem Robert był przecież Darek Olszewski, czyli jeden z najznakomitszych drukarzy. W swoim mieszkaniu Robert prawdopodobnie nie tylko drukował, ale pod okiem Darka przechodził kurs arcy – mistrzowski. A jeżeli do tego dodać znajdujące się w tym mieszkaniu odczynniki fotograficzne w rodzaju wywoływacza R 09 czy rozpuszczalnika R 20 stojącego na żółtych paczkach z napisem „X- RAY” to każdy, kto zajmował się sitodrukiem od razu wiedział, iż jest w miejscu, w którym nie tylko się drukuje, ale też wywołuje diapozytywy. Czyli – kompleksowa działalność poligraficzna, drukarska „wyższa szkoła jazdy” wymagająca dużego doświadczenia i wysokich w tym rzemiośle kwalifikacji. Trzymając się zasady „im mniej informacji – tym lepiej” o nic wtedy Roberta nie pytałem. To jednak, co wtedy zobaczyłem, nie pozostawiało wątpliwości co do tego, iż miałem do czynienia z drukarzem podziemia. I to takim z długim w swej działalności stażem.

Tak poza tym Robert wraz z żoną i córeczką stanowili rodzinę żyjącą dość oryginalnie. Nikomu nie śniły się wtedy telefony komórkowe czy komputery podłączone do Internetu. choćby zwykłe telefony stacjonarne były dobrem trudno osiągalnym. Stąd jedną z form komunikowania się małżeństwa Krauzów ze swoimi znajomymi był przytwierdzony do drzwi wejściowych notesik z ołówkiem. Był to sposób służący przekazywaniu informacji czy umawianiu się na spotkanie zarazem jakby manifestujący otwartość i rzekomy brak tajemnic, które – oczywiście były. Należało do nich podziemne drukarstwo. Przed kodeksowymi zmianami wprowadzonymi jesienią 1986 każde zdekonspirowane nielegalne drukowanie kończyło się przecież wyrokiem bezwzględnego pozbawienia wolności. Dopiero od końca roku 1986, celem pozbycia się problemu więźniów politycznych, źle widzianego przez zagranicznych partnerów reżimu, za bezdebitowy druk karano zwykle grzywną z możliwością jej zamiany na trzy miesiące aresztu. A także, jeżeli ktoś takowy posiadał, konfiskatą samochodu.

Zarówno Robert, jak i jego żona Marysia, zawsze robili wrażenie ludzi o nieskończonych zasobach pogody ducha. Skupieni na miłości do siebie i swojego dziecka zdawali się zupełnie nie przejmować jakimikolwiek materialnymi niedostatkami. Brak w domu wielu sprzętów zwykle uznawanych za elementarne i niezbędne zdawał się im zupełnie nie doskwierać. Wyglądali na szczęśliwych z tego, iż mają siebie i żyjących przede wszystkim sprawami takich właśnie ponadmaterialnych kategorii. I prawdopodobnie do kategorii takich należała też sprawa wolności Polski i Polaków. W końcu zdecydowanie się na ryzykowną działalność musiała przecież z czegoś wynikać. A dowodów tego, iż taka działalność jest ryzykowna, Robertowi i Marii dostarczało życie swoich najbliższych sąsiadów. Po którymś z porannych najść funkcjonariuszy SB na mieszkanie Olszewskich Darka wyprowadzono z niego w kajdankach. Co Robert uwiecznił fotografując ze swojego okna skutego kajdankami Darka wsadzanego do esbeckiego fiata.

Represje wymierzone w Dariusza Olszewskiego zintensyfikowały się pod koniec roku 1985. Pretekstem do nękania było to, iż Donna Sue Kersey, czyli zatrudniona na Politechnice Wrocławskiej w charakterze lektora języka angielskiego żona Darka, była obywatelką Stanów Zjednoczonych. Z powodu najść milicji i gróźb uruchomienia procedury deportacyjnej odwiedzała wówczas Wrocław delegacja z krakowskiego Konsulatu USA. Zanim jednak do tych odwiedzin doszło do mieszkania Olszewskich kolejny raz próbowali wtargnąć funkcjonariusze MO, których swoimi groźbami zdołała odstraszyć twardo stojąca w drzwiach Donna. To, iż „jest obywatelką amerykańską i będzie skandal międzynarodowy” podziałało na milicjantów, ale nie wydawało się argumentem dość mocnym dla poskromienia esbeków. Robert, będąc świadkiem tego zdarzenia, gdyż mając w drzwiach tzw. „judasza” zawsze mógł obserwować drzwi lokalu Darka, natychmiast po oddaleniu się milicjantów zaproponował, żeby wszystkie rzeczy mogące stanowić dowód podziemnej działalności przenieść do jego mieszkania. Obydwa małżeństwa uczyniły to natychmiast, zostawiając u Olszewskich tylko te materiały, nad którymi Darek właśnie pracował. O ile pamiętam – były to sitodrukowe diapozytywy z przygotowywanymi do druku tekstami i grafikami. Nad ranem następnego dnia okazało się, iż przewidywania dotyczące najbliższych kroków SB były trafne – pod bramę bloku przy Spiżowej podjechał polonez z wysoką anteną. Jeden z esbeków został za kierownicą samochodu, pozostali weszli do budynku i załomotali w drzwi mieszkania Olszewskich. Robert znów sytuację tę obserwował przez „oczko” w drzwiach. Mając w pamięci to, iż drobna część „trefnych rzeczy” została w mieszkaniu Donny i Darka przypuszczał, iż zanim do środka wejdą esbecy, jego przyjaciele spróbują pozbyć się obciążających ich materiałów prawdopodobnie wyrzucając je przez okno. Kiedy więc tylko funkcjonariusze SB zniknęli za drzwiami mieszkania Olszewskich Robert z żoną i córeczką bezgłośnie wyszli ze swego lokalu starając się wyglądać tak, jakby wychodzili na spacer z dzieckiem. I rzeczywiście – pod blokiem zobaczyli leżącą na trawniku torbę. Jak się potem okazało – pospiesznie spakowaną i wyrzuconą rękami Donny. Szczęśliwie nie zauważył tego esbek z poloneza stojącego po przeciwnej stronie bloku i być może – nikt inny. Dzięki temu rewizja przeprowadzona przez SB dla siepaczy reżimu zakończyła się całkowitym fiaskiem. O całej sytuacji ja wraz z moją Grażyną dowiedzieliśmy się dopiero wtedy, kiedy już esbecy sobie pojechali. Natychmiast jednak pojawił się wniosek, iż tak „wyczyszczone” mieszkanie Olszewskich będzie dla esbeków tematem, który nie da im spokoju. Byli przecież pewni, iż coś konkretnego w nim znajdą a jeżeli nic nie znaleźli to być może pomyślą, iż sprzęt i materiały drukarskie trafiły do któregoś z sąsiadów. A zasięgnąwszy języka u swoich informatorów dowiedzą się, iż w najbliższych relacjach Olszewscy byli ze swoimi najbliższymi sąsiadami. I iż to teraz do nich trzeba przyjść celem dokonania rewizji. Wniosek stąd oczywisty – jak najszybciej wszystko, co „trefne” trzeba zabrać z mieszkania Roberta. Z pozoru okazało się to nie tak trudne – cały „trefny dobytek Darka”, do którego dołożone zostały analogiczne sprzęty Roberta, świetnie mieścił się w wielkim, solidnym i bezpiecznie zamykanym brezentowym worku. W czasie dopakowywania rzeczy Roberta rzucił nam się w oczy przedmiot dość – elektryzujący. Była nim kolba pistoletu. „Najprawdziwsza spluwa! No ładnie, czyli nie tylko z nazwy jesteśmy Solidarnością – Walczącą!” – przeleciało mi przez głowę wraz z dreszczem biegnącym po plecach. Chwilę później worek nieśliśmy w kierunku bloku przy ulicy Stalowej. Był to wielki zielony worek do złudzeni przypominający te, jakie czasem można było zobaczyć na amerykańskich filmach wojennych. Kiedy przechodziliśmy obok przystanku tramwajowego wbiło w niego swój wzrok paru stojących tam młodych ludzi. Dopiero wtedy zobaczyłem, iż jest na nim biało – szary napis: „US ARMY”. Czyżby więc prawdziwy wojskowy amerykański worek? Tak czy owak – po kilku minutach został ukryty w piwnicy bloku przy ulicy Stalowej. A cała jego historia, jak też jego „orężnej” zawartości wyjaśniła się już jednego z najbliższych dni. Pistolet rzeczywiście był pistoletem, ale przeznaczonym do wstrzeliwania kołków w ścianę i przystosowanym do wstrzeliwania zszywek w powstające książki drugiego obiegu. A brezentowy worek nie tylko był najprawdziwszym workiem żołnierza amerykańskiej armii, ale miał za sobą niesamowitą wręcz historię. Na początku lat siedemdziesiątych Donna była studentką Connecticut University, kipiącego wtedy zresztą od stanowiących nie kończący się happening hippiesowskich protestów. Chodziło w nich przede wszystkim o wojnę w Wietnamie, na którą jednak pojechał wtedy jeden z przyjaciół Donny. Pojechał jako żołnierz US Army z tym właśnie workiem, z którym też potem do rodzinnych Stanów wrócił. Była to już końcówka tej wojny, w walkach przyjaciel Donny prawie już nie brał udziału. Niemniej jednak – był na froncie wojny wietnamskiej. A w śmigłowcach, ciężarówkach, wojskowych bungalowach, namiotach i choćby okopach Wietnamu – był też ten „nasz” worek. Wielki, zielony z białym napisem „US ARMY”. Donna od swego przyjaciela – amerykańskiego żołnierza po prostu dostała go w prezencie. I to z tym właśnie workiem, służącym jako wielka torba podróżna, przyleciała Donna do Polski. A potem przydawał się np. do szybkiego wynoszenia z domu przedmiotów, za posiadanie których groziło więzienie. Mieściły się w nim choćby sitodrukowe ramki. I to nie te składene – rurkowe, ale tradycyjne – drewniane.

Ostatni epizod mojej współpracy z Robertem związany był z koniecznością przetransportowania dużego angielskiego powielacza elektrycznego z Wrocławia do Obornik. O ile pamiętam autorem pomysł przekazania go w moje ręce był Darek. Z jakichś przyczyn ten poważny sprzęt nie był wówczas wykorzystywany, więc ktoś stwierdził „jeśli masz metę, w której spokojnie robisz sobie na sicie to niech tam sobie też pracuje powielacz”. W moje ręce oddał go Krzysiek Zwierz, po czym ukryłem go w piwnicy Radka Hejnowicza przy ulicy Partyzantów na Sępolnie. I zacząłem szukać sposobu dowiezienia go do Obornik – z tej części Wrocławia odległych o ponad 30 kilometrów. Natychmiast z pomocą zaoferował się Robert, który chyba właśnie wtedy wszedł w posiadanie zajechanego jak cygańskie skrzypce, ale wbrew pozorom jeżdżącego samochodu marki syrena. Przez moment myślałem, iż to znakomite rozwiązanie. gwałtownie jednak doszedłem do wniosku, iż nie powinienem Roberta na takie ryzyko narażać. Miał żonę i małe dziecko, chyba był jedynym żywicielem swojej rodziny. W przypadku wpadki nie tylko skonfiskowaliby samochód, ale też wlepili Robertowi przynajmniej dwa lata więzienia. A po niedawnej amnestii nie sposób było liczyć na kolejną. Pięknie więc podziękowałem i kontynuowałem poszukiwania innego rozwiązania. I jak to w życiu najczęściej bywa – niespodziewane wydarzenia podyktowały własny scenariusz. Nagle bowiem u Radka, w którego wielkiej piwnicy miałem powielacz, zjawił się nasz wspólny przyjaciel Paweł Kocięba – Żabski. Ten beztroski autor najbardziej spektakularnych politycznych akcji ulicznych nagle potrzebował zmagazynować w piwnicy Radka kilka ton papieru. I cel swój zrealizował wraz z kilkoma kumplami znanymi każdemu chyba esbekowi niemal wprost pod oknami jednego z lokali operacyjnych SB (znajdował się po drugiej stronie ul. Partyzantów w odległości kilkudziesięciu metrów). Stąd Radek zwrócił się do mnie z krótką sugestią: „Prawdopodobnie przyjdą i mnie zabiorą. jeżeli nie zabierzesz tego powielacza – to jego też, wraz ze mną, zabiorą.” Na wspomnienie tamtego dnia sam nie mogę wyjść z podziwu dla mojej ówczesnej kondycji. Był środek trzaskającej zimy a ja po dwóch nieprzespanych nocach (dorabiałem m.in. jako nocna sprzątaczka tramwajowa w zajezdni MPK). Robert skądś wytrzasnął wielki dwukołowy wózek. I na tym wózku, pieszo, powielacz został dopchany do Obornik.

Parę dni później pojawiła się potrzeba oddania wózka temu komuś, od kogo został on pożyczony. Znów z pomocą zaoferował się Robert. Wózek to nie powielacz, ryzyka żadnego nie stanowi, propozycję przyjąłem więc z radością. Nie bardzo tylko rozumiałem, jak on zamierza ten wielki wózek swoją syrenką przewieźć. Nie miała ona bagażnika dachowego stąd pomyślałem, iż chyba będziemy go holować po przytwierdzeniu do tylnego zderzaka. Moje wątpliwości Robert skwitował wypowiedzianym z uśmiecham: „Damy radę”. Po przyjechaniu do Obornik okazało się, iż w bagażniku ma dwie wiązki lin. Tę bardzo grubą, służącą chyba kiedyś do cumowania statków w porcie, rozłożyliśmy na dachu syrenki. Wózek ustawiony kołami do góry znalazł się na linach, nie dotykając blachy dachu. Następnie przytwierdziliśmy go innymi linami. Wzdłuż samochodu – przywiązując je do przednich i tylnych zderzaków oraz w poprzek – przepasując liny przez otwarte szyby w drzwiach. Rzecz jasna – drzwi nie można było potem otworzyć, więc do wnętrza auta wchodzić musieliśmy przez okna w samochodowych drzwiach. Dla takich chudzielców, jakimi wtedy byliśmy, nie stanowiło to żadnego problemu. Oplątana linami syrenka z wielkim wózkiem wyposażonym w duże koła i długi dyszel wyglądała jak zjawisko nie z tego świata. Zanim więc wyruszyliśmy w drogę o mało nie popękaliśmy ze śmiechu. Szkoda, iż widoku tego nie upamiętniliśmy fotografią. Wykonać ją byłoby jednak trudno – był mroźny styczeń i zapadł już mrok. Z uwagi na nietypowy, chybotliwy i ciężki ładunek jechaliśmy powoli, uatrakcyjniając naszym widokiem wieczorny spacer napotykanych przechodniów. Na szczęście długo nie było wśród nich milicjantów. Dzięki temu szczęśliwie dotarliśmy do Wrocławia i dopiero gdzieś na Krzykach nagle wyprzedził nas nakazujący zatrzymanie radiowóz drogówki. Posłusznie stanęliśmy, po czym w świetle naszych reflektorów zobaczyć mogliśmy bezbrzeżnie zdumione miny dwóch wychodzących z dużego fiata milicjantów. Jeden śledząc wzrokiem bieg plątaniny lin oraz to, co syrenka miała na dachu próbował chyba dociec, z czym ma do czynienia. Drugi zwrócił się do nas niemal z krzykiem: „Ludzie! Co to jest? Dokumenty i opuścić pojazd!” Nie było innej rady – trzeba było wyjść. A jedyne wyjście prowadziło przez okna w drzwiach syrenki. Na widok nas wyłażących przez okienka pojazdu milicjanci już naprawdę krzyknęli i to chyba równocześnie: „Ludzie! Co wy wyprawiacie?!” Pierwszy zaczął się tłumaczyć Robert, który był i kierowcą i właścicielem pojazdu. A w swoim kajaniu się i przepraszaniu stróżów prawa był tak wiarygodny, iż postanowiłem jedynie być adekwatnym tłem dla odgrywanej przez niego komedii. Gryząc wargi, by nagle nie parsknąć śmiechem, przyjąłem więc postawę i starałem się mieć minę pokorną, zatroskaną, pełną poczucia winy i niezbyt mądrą. Moja fizjonomia chyba sprzyjała realizacji tego zadania, gdyż uwagę obydwaj funkcjonariusze skupili na Robercie głosem pełnym pokory tłumaczącym się, iż on zdaje sobie sprawę ze spowodowanego przez niego zagrożenia w ruchu drogowym, ale iż starał się je zminimalizować poruszając się z minimalną prędkością, nieustannie monitorując stan ładunku. Zapewniał też, iż celem minimalizowania zagrożeń wybrał porę z małym natężeniem ruchu drogowego i iż przemierzany odcinek drogi był względnie krótki, no i iż już prawie jesteśmy u celu, którym jest gospodarstwo rolnika z Partynic, do którego właśnie jedziemy, żeby oddać pożyczony od niego wózek. Wysłuchujący tego milicjant upewnił się, czy rzeczywiście do celu mamy jeszcze tylko kilkaset metrów, po czym stwierdził, iż kara za to musi być przede wszystkim z powodu niedopuszczalnych rozmiarów ładunku oraz uniemożliwienia otwierania samochodowych drzwi, które w każdej chwili muszą stanowić drogę ewakuacji. Skończyło się na mandacie bodaj dwustuzłotowym, czyli chyba wtedy najniższym. Po wysłuchaniu tyrady milicjantów przez cały czas z niedowierzaniem przyglądających się naszej syrence, kręcących głowami i powtarzających, iż to „coś niesłychanego…” – powróciliśmy do wnętrza samochodu. Oczywiście – znów przez jego okna. Kiedy już ruszyliśmy w dalszą drogę podzieliliśmy się ze sobą zdziwieniem, iż mimo, iż w oczach milicjantów wyglądać musieliśmy na krańcowych szajbusów to jednak naszego stanu nie sprawdzili alkomatem.

Jakieś pół roku po tej przygodzie, latem 1986, Darek Olszewski wraz z żoną Donną Kersey i córeczką Danielą wyemigrował do USA. Krótko potem z bloku przy ul. Spiżowej wyprowadził się też Robert ze swoją rodziną. W tamtych latach zobaczyliśmy się jeszcze bodaj jeden raz, przez chwilę na którejś z ulicznych demonstracji. Pierwsza rozmowa po wspólnej przygodzie syrenkowo – wózkowej zdarzyła nam się dopiero po latach prawie czterdziestu, w następstwie niespodziewanego spotkania w telewizyjnym studiu Doroty Kani. Dopiero wtedy dowiedziałem się, iż Robert był synem i wnukiem ludzi ekspatriowanych z ziem zaanektowanych przez Związek Sowiecki. Jego dziadkowie wypędzeni zostali z domu, który mieli w położonych na południe od Lwowa Pasiekach Zubrzyckich. Sam urodził się we Wrocławiu w dokładnie dziewiętnaście lat przed dniem wprowadzenia stanu wojennego. W dniu wybuchu wojny – polsko – jaruzelskiej był obchodzącym swoje urodziny uczniem Pomaturalnego Studium Techniki Urządzeń Chłodniczych. W 1982 ożenił się z Marią Bakałarz, razem zamieszkali w bloku przy Spiżowej, zaprzyjaźnili się z najbliższymi sąsiadami, którymi byli Darek i Donna. W 1983 przyszła na świat ich córeczka Karolina, niemal rówieśniczka córeczki małżeństwa Olszewskich. Co tym bardziej obydwie rodziny zbliżyło – razem ze swoimi dziećmi spacerowali, wzajemnie pomagali sobie w opiece nad nimi, kilka razy wyjechali też razem na wycieczki za miasto. Dzięki Darkowi Robert bardzo gwałtownie poznał wszystkie arkana sitodruku. Wraz z Darkiem powielał wydawnictwa wymagające najwięcej finezji, np. wielokolorowe, dla których przygotowywać było trzeba kilka sitodrukowych ramek i w przypadku których dokładność liczyła się w ułamkach milimetra. W roku 1986 Darek Olszewski, sposobiący się do opuszczenia Polski, skontaktował go z ludźmi, z którymi działalność drukarską kontynuował do końca lat osiemdziesiątych. Służyły mu do tego spore zasoby sprzętu i materiałów poligraficznych, które otrzymał od Darka. Jedną z ciekawych rzeczy, które dostał od swego mistrza, było zapakowane w plastikowym pudełku elektroniczne urządzenie służące jako skaner umożliwiający słuchanie radiowych rozmów operujących w pobliżu funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa.

Po wyprowadzeniu się rodziny Roberta z bloku przy Spiżowej do mieszkania po rodzicach przy ul. Borówczanej drukował i w nim, ale w związku ze smrodem farb, mogącym zaszkodzić dziecku, znalazł do druku inne miejsca. Jeden z jego punktów konspiracyjnej poligrafii znajdował się w Domu Naukowca przy Placu Grunwaldzkim. To w nim, w ciemni fotograficznej należącej do Staszka Sielickiego, wywoływał diapozytywy. Drukował rzeczy przeróżne, nie tylko wydawnictwa Solidarności Walczącej, ale też np. ruchu Wolność i Pokój. Był też współautorem znaczków podziemnej poczty upamiętniających postać majora Leopolda Lisa – Kuli. Sam też zaprojektował np. serię znaczków na temat rewolucji październikowej. Wypełniały je sceny symboliczne i zarazem wstrząsające a właśnie zbliżała się siedemdziesiąta rocznica tragedii, jaką na świat ściągnęli bolszewicy. W związku z tą inicjatywą skontaktowany został z nieznanym mu człowiekiem z Solidarności Walczącej, z którym spotkał się pod sklepem „Rondo” przy Placu Powstańców Śląskich. Niestety – projekt nie zyskał akceptacji i do jego druku nie doszło. W późniejszym czasie poznał się m.in. z Małgosią i Kazikiem Suszyńskimi. Było to już jednak w latach, w których konspiracja odchodziła do przeszłości. Jak wielu tych, którzy część życia poświęcili działalności podziemnej, także i Robert doświadczał goryczy oczywistego faktu, iż wychodząca z komunizmu Polska okazała się być daleka nie tylko od Polski z marzeń. Daleka była po prostu od jakiegokolwiek państwa z elementarnymi standardami sprawiedliwości i przyzwoitości. Przez długie lata kilka więc wspominał, czas poświęcał przede wszystkim zapewnianiu bytu swojej rodzinie. Także kontakty z ludźmi konspiracji, coraz bardziej skupionymi na sprawach osobistych, powoli się rozluźniły. Tym bardziej, iż pracy szukać musiał także poza Wrocławiem. W końcu trafił do ludzi tworzących niezależne media – jako operator kamery nagrywał programy dla Telewizji Republika.

Przypuszczam, iż wielu członków Solidarności Walczącej ma w swojej pamięci działających w podziemiu ludzi, których prawdziwych imion a tym bardziej nazwisk często choćby nie znali. I z którymi po czasach konspiracji się już nie zetknęli. Dla większości z nas kilkanaście lat między formalnym końcem PRL – u a wielkimi obchodami rocznic utworzenia naszej organizacji i utworzeniem Stowarzyszenia Solidarność Walcząca było czasem walki o byt i czasem nadrabiania życiowych zaległości. Bo takich w latach podziemia wszystkim przecież narosło wiele. I czyż ktokolwiek z nas w latach osiemdziesiątych myślał o czymkolwiek takim, jak przyszła pamięć o prowadzonej w głębokim utajnieniu żmudnej walce o wolność? O ile mi wiadomo wielu wolności tej spodziewało się doczekać w czasach znacznie późniejszych. Wielu liczyło się z tym, iż wywalczyć ją zdołają dopiero następne pokolenia. Z tej prostej przyczyny nadzieje na jakiekolwiek formy przyszłego uznania czy uhonorowania za trud walki z komunistycznym zniewoleniem w ogóle się nie pojawiały. Nie tylko nikomu o nic takiego nie chodziło, ale nikt o czymkolwiek takim w ogóle nie myślał. Skutkiem tej oczywistości po latach walki wielu zasłużonych ludzi poszło w swoją stronę i niejako „pozwoliło o sobie zapomnieć”. Część już z tego świata odeszła a my choćby nie wiemy gdzie i kiedy. Czasem, wyjątkowym przypadkiem, po czterdziestu latach ktoś kogoś spotyka. Przy czym trzeba szczęścia nadzwyczajnego, żeby w ogóle zdołali się wtedy rozpoznać. Tak, jak to niedawno szczęśliwie zdarzyło się w przypadku mnie i Roberta. Przypadki takie to duża rzadkość. Zasadne wydaje się więc pytanie o to, jak wielu zasłużonych ludzi podziemia pozwoliło o sobie zapomnieć. I o jak wielu sami zapomnieliśmy.

Artur Adamski

Read Entire Article