Przeciw Maszynie, czyli luddyści zrehabilitowani

instytutsprawobywatelskich.pl 1 hour ago

Filistrzy postępu zachwycali się każdym przyciskiem, który wprawiał w ruch jakiś mechanizm rzekomo oszczędzający ludzką pracę. […] wkracza trywialna mrzonka o „o­siąg­nię­ciach ludzkości”, przez które rozumiano jedynie postępy techniki oszczędzającej pracę i dostarczającej rozrywki. O duszy w ogóle nie było mowy.
Oswald Spengler

W o­bec­nym okresie kontrola technologiczna jawi się jako samo ucieleśnienie Rozumu dla dobra wszystkich społecznych grup i in­teresów – w takim zakresie, iż wszel­ki sprzeciw wydaje się irracjonalny, a jakie­kolwiek przeciwdziałanie – niemożliwe.
Herbert Marcuse

To historia odważnego buntu. Oporu zwykłych ludzi, którzy rzucili rękawicę elitom i trendom. Potrafili bronić dobrego i godnego życia przeciwko pazerności możnych i kultowi „postępu”. Teraz ta historia, wielokrotnie przedstawiana w karykaturalny sposób, została opowiedziana na nowo i rzetelnie. Po dwustu latach tamten bunt wciąż skłania do namysłu nad „postępem” i „koniecznościami dziejowymi”.

Było to zadanie trudne i wymagające. Jak zawsze, gdy próbuje się odkłamać mity narosłe przez lata i dekady. Mity tworzone, wspierane i propagowane przez potężne i wpływowe elity. Brian Merchant wykonał to zadanie z powodzeniem, choć nie bez pewnych dyskusyjnych rezultatów.

Jeśli wiemy choć minimum o historii, interesujemy się sprawami społecznymi, śledzimy debatę publiczną, wówczas na pamięć znamy obrazek narysowany ręką karykaturzysty udającego portrecistę-realistę. Luddyści, luddyzm – skojarzenia są jasne. Zacofani, ciemni, głupkowaci rozbijacze maszyn. Wystraszeni, histeryczni troglodyci, nierozumiejący dobrodziejstw postępu. Demagogiczni furiaci, którzy w imię swoich wąskich interesów chcieli zaszkodzić wszystkim innym. Naiwni, dziecinni mitomani, sądzący, iż zatrzymają naturalny, oczywisty, niekwestionowalny bieg dziejów.

Przeciwko nieuchronności technologicznej. Recenzja „Atlasu sztucznej inteligencji” Kate Crawford Dawid Kujawa

W tej wizji istnieje nieustannie wznosząca się krzywa obrazująca przyrost dobrobytu, wszelakich korzyści, stałego rozwoju. Stare jest w tejże wizji zawsze gorsze niż nowe, a oni chcieli bez końca kultywować stare i przeciwdziałali nowemu.

W najlepszym razie dostajemy wersję złagodzoną: być może incydentalnie postęp miewa skutki uboczne, jakaś niewielka grupa okresowo traci na zmianie, jednak całościowo i długofalowo zyskujemy na tym wszyscy.

Przeciw karykaturze

Amerykański dziennikarz bierze taką narrację pod lupę i krok po kroku wykazuje dwie tezy. Pierwsza mówi, iż luddyści wcale nie byli tacy, jakimi ich portretowano przez dekady aż do dzisiaj. Druga: iż bardzo wątpliwa jest narracja mówiąca o tym, iż „wszyscy” zyskaliśmy i zyskujemy, i iż straciła tylko niewielka grupa.

O tym jest książka „Krew w maszynie” – dobrze i wciągająco napisana, gęsta od nieznanych faktów i interpretacji, niemal 600-stronicowa rozprawa, która w udany sposób opowiada o „ludowej historii”, o dziejach społecznych widzianych z perspektywy „dołu” i mas, a nie elitarnej „góry”.

Autor sprostał zadaniu trudnemu nie tylko na gruncie ideologiczno-propagandowym, musząc się zmierzyć z wieloletnimi warstwami kolejnych bzdurnych wywodów o luddystach. Musiał też interesująco opowiedzieć historię, która nie jest oczywista. To dość już zapomniane wydarzenie z odległej przeszłości. Lokalno-regionalny bunt bez szerszego zasięgu. Osadzony mocno w kontekstach: technologicznym, branżowym i epokowym, które są obce ludziom naszych czasów. Przypominany w zasadzie tylko jako synonim zacofania i zaślepienia.

Ale dał radę. Zrobił to dzięki dwóch zabiegów. Po pierwsze ukazał, jak dawne wynalazki – a przede wszystkim ich ujęcie w system fabryczno-kapitalistyczny – są podobne w swym społecznym oddziaływaniu do realiów dzisiejszych: Ubera, AI, pracy za pośrednictwem aplikacji, umów śmieciowych itp. Po drugie opowiedział tę historię nie dzięki nadmiaru dat, liczb i uogólnień, choć to wszystko także tutaj jest, ale przez pryzmat losów konkretnych osób, których jest zaledwie kilkanaście.

Korzenie zła

Ta historia zaczyna się znacznie wcześniej niż myślimy.

W przedostatniej dekadzie XVI wieku William Lee z Calverton opracował prototyp nowej maszyny dziewiarskiej. Wygodniejszej od dotychczasowych metod pracy tkaczy-chałupników. Maszyna nie tylko wymagała mniej wysiłku, ale także była o wiele bardziej wydajna niż dotychczasowa praca ręczna przy użyciu tylko niewielkich usprawnień technologicznych. Gdy konstruktor zgłosił się do królowej w celu opatentowania urządzenia, usłyszał w odpowiedzi: „Wysoko pan mierzy, panie Lee. Proszę się zastanowić, jak wielkie szkody pański wynalazek mógłby wyrządzić moim biednym poddanym. Pozbawieni pracy, bez cienia wątpliwości popadliby w nędzę i żebractwo”.

Dopiero wiek XVIII przyniósł zmianę. Kolejne osoby, motywowane czy to chęcią ulżenia w ciężkiej pracy, czy zwiększeniem wydajności produkcji, czy wizją zysków, usprawniały procesy przędzenia i tkania. Był to, co nie jest dzisiaj oczywiste, najważniejszy przemysł tamtych czasów – co dziesiąty mieszkaniec Wysp Brytyjskich pracował w branży włókienniczej.

Postęp technologiczny zapoczątkował jednak regres społeczny.

Nowe urządzenia, m.in. „przędząca Joasia”, maszyna przędzalnicza Arkwrighta napędzana kołem wodnym, zastosowanie we włókiennictwie maszyny parowej Watta – podkopały pozycję, znaczenie, dobrobyt i liczebność osób żyjących z takiej pracy.

Był raz dobry świat

Brian Merchant krok po kroku, w oparciu o liczne rozpoznania autorstwa historyków oraz świadectwa z epoki, rozbraja mocno splecione z sobą mity, najważniejsze dla narracji ukazującej luddystów jako zacofanych, szaleńczych i głupkowatych maniaków, którzy nie chcieli świata lepszego, wygodniejszego, zamożniejszego itp. Ukazuje ich jako ludzi, którzy, wbrew dzisiejszej narracji o linearnym postępie, bronili świata całkiem niezłego dla ówczesnych mas ludowych, a zmiany, które zaszły, wcale nie przyniosły całościowego rozwoju i dobrobytu.

Brian Merchant: Krew w maszynie. Luddyści i pierwszy bunt przeciwko technologicznym gigantom

Pierwszy z tych mitów to przekonanie, iż dawny świat był pełen biedy i upodlenia, a nowe rozwiązania przyniosły wybawienie z oceanu nędzy. Kto jako tako zna myśl polityczną, ten prawdopodobnie kojarzy rozważania bliższego prawicy Gilberta Keitha Chestertona oraz lewicowego anarchisty Piotra Kropotkina. Obaj pisali mniej więcej to samo w odniesieniu do epoki przedprzemysłowej, a adekwatnie jej końcówki. Przekonywali, iż były to czasy już stosunkowo niezłych warunków materialnych. Czasy pracy milionów ludzi „na swoim” i w rodzinnych czy sąsiedzkich zbiorowościach. Pracy regulowanej tyleż obyczajem, ile prawem. Pracy dającej nie tylko przyzwoity zarobek, ale także godność i poczucie sprawstwa, a w ślad za tym świadomość społeczno-polityczną i samorządność lokalną. Autor „Krwi w maszynie” mówi to samo, tyle iż na podstawie analiz historyków społeczno-gospodarczych, wspomnień i relacji z epoki.

Życie prządek i tkaczy w zagłębiach tego przemysłu było w przeddzień rewolucji przemysłowej całkiem niezłe. Pracowali dość ciężko, ale zarazem, co zaskakuje dzisiejszego czytelnika, dość krótko – około 30 godzin tygodniowo, a zarabiali przyzwoicie. Żyli całkiem długo i w dobrym zdrowiu. Ich aktywność zawodowa upływała w gronie rodzinno-sąsiedzkim, dającym jednostce oparcie. Byli w znacznej mierze niezależni od kaprysów możnych. Stopniowo dorabiali się lepszych warunków materialnych. Całe społeczności prosperowały dobrze. Nauczenie się zawodu trwało lata, ale owocowało poważną pozycją społeczną, a przy tym wykonywali solidne wyroby oraz mieli poczucie godności zawodowej.

Ostro i bez znieczulenia

– tak działamy od 2020 roku. Dziennikarstwo, które nie jest obojętne. Tygodnik Spraw Obywatelskich nagłaśnia nadużycia, edukuje i daje narzędzia do realnej, obywatelskiej zmiany.

Przekaż darowiznę i stań się naszym współwydawcą

Merchant konkluduje: „Dziewiętnastowieczni rzemieślnicy może i nie byli krezusami, ale prowadzili własne zakłady i wykonywali swój fach pospołu z rodziną, na własnych warunkach. Cieszyli się prawdziwą wolnością, mogli negocjować stawki, terminarz prac i przyszłość. I właśnie o to co do zasady walczyli luddyści”. Taka perspektywa jest zupełnie nieobecna w narracjach wielbiących rzekomy postęp materialny i społeczny oraz przekonujących, iż dopiero masowe uprzemysłowienie zaczęło wyrywać ludzi z dojmującej nędzy, a choćby dało jednostkom wolność poza „ciasnotą dawnych obyczajów”.

Maszyneria harówki

Drugi z mitów mówi, iż technologia, a przede wszystkim system fabryczny, wyzwoliły ludzi z ciężkiej, żmudnej pracy. W tej kwestii dominująca narracja ma pewne luki i sprzeczności. Wszyscy słyszeli bowiem o straszliwych warunkach zatrudnienia, o harówce trwającej większość dnia, o wielkim wyzysku w XIX-wiecznych fabrykach. A zarazem tej opowieści towarzyszy wątek stopniowej, ale stałej poprawy sytuacji (łaskawie czasami dodaje się, iż co prawda każdą taką zdobycz robotnicy musieli wywalczyć, nierzadko ryzykując życie), a przede wszystkim milcząco zakłada się, iż wcześniej było jeszcze gorzej. Ten ostatni wątek jest wspólny dla niemal wszystkich opcji ideowo-politycznych – od wolnorynkowców i zwolenników kapitalizmu po marksowską lewicę.

Tymczasem Merchant wykazuje, iż rewolucja przemysłowa, upowszechnienie nowych technologii i systemów organizacji produkcji wcale nie były postępem, ale regresem.

Przynajmniej z punktu widzenia pracowników branży. Przypomnę: dominującej w ówczesnej gospodarce i zatrudniającej co dziesiątą osobę w kraju. Maszyny albo pozbawiały wielu ludzi zarobku, albo znacznie go obniżały, albo destabilizowały rynek zatrudnienia i oferowały pracę (i dochody) tylko sporadycznie, z doskoku, w modelu, jak powiedzielibyśmy dzisiaj – prekaryjnym.

Wcale nie poprawiły się też warunki zatrudnienia. Mitowi harówki w rzemiośle, manufakturach itp., która została zastąpiona mimo wszystko lepszymi realiami fabrycznymi, Merchant przeciwstawia obraz realistyczny. Tkaczy tracących podstawy bytu można było dosłownym głodem zmusić do pracy fabrycznej, wykonywanej w warunkach koszmarnych – wielogodzinnej harówki, w niebezpiecznych i prymitywnych realiach, pełnej niebezpieczeństw, nie wyłączając ryzyka śmierci i poważnego okaleczenia. W dodatku obsługa maszyn nie wymagała fachowych umiejętności, więc XIX-wieczni „wizjonerzy” kapitału i przemysłu chętnie zatrudniali dosłowne dzieci i nieletnich. Na przykład w fabrykach wspomnianego Arkwrighta aż dwie trzecie całej siły roboczej to osoby niepełnoletnie, w tym zaledwie sześciolatkowie, a w dodatku wiele z nich rekrutowało się z sierocińców i w zawiłym systemie zależności oznaczało pracę de facto niewolniczą aż do osiągnięcia dorosłości i wykupienia się spod władzy panów. Oto „postęp”, który pospołu wielbią miłośnicy Smitha i Marksa!

Biedni i bogaci

W ślad za tym wszystkim szła powszechna nędza. Cóż bowiem ludziom po przyroście produkcji – trwałość wyrobów maszynowych zresztą drastycznie spadła wobec standardów manufakturowo-rzemieślniczych – gdy tracą pracę, znacznie maleją ich pensje, a ich samych w procesie produkcji zastępują dzieci itp.

Obraz, który kreśli Merchant, m.in. na podstawie ówczesnych informacji z prasy mainstreamowej, to zapis biedy, ubóstwa, bezrobocia, szybkiego spadku siły nabywczej, upadku całych miejscowości i okolic, masowej zapaści.

Oczywiście tam, gdzie są przegrani, byli też zwycięzcy. Tutaj do oczywistej konstatacji o tym, iż w nowym systemie biedzie jednych towarzyszyły fortuny innych, dochodzi rozpoznanie mówiące o szybkiej koncentracji majątków w rękach nielicznych i o wywłaszczeniu pozostałych. Tym bardziej, iż na realia wczesnej industrializacji nałożył się początek doprowadzonego do absurdu „prawa własności prywatnej” – znany w dziejach jako grodzenia dóbr/terenów niegdyś wspólnych, komunalnych itp.

Realia wcześniejsze, choć dalekie od ideału, można opisać jako „równość w godności”. Prawie nie było fortun, niewielu było biednych, za to mnóstwo osób żyło w zagłębiach przemysłu włókienniczego na całkiem niezłym i podobnym poziomie.

AI i automatyzacja: zabezpieczyć interesy pracowników Roman Rostek

Zmiana organizacyjno-technologiczna i współgrająca z nią zmiana w sferze kapitału i układu sił społeczno-klasowych miała jeszcze inne aspekty. Ludzie tracili nie tylko podstawy bytu materialnego, ale także – co nie mniej ważne w dotychczasowym systemie wieloletniej nauki zawodu i wykonywania go przez całe życie – podstawy godności i pozycję społeczną. Przestawali mieć co jeść, a zarazem stawali się symbolicznie niemal nikim.

Przeciw kultowi nowości

A wszystko to w czasach, gdy wcale nie postrzegali oni zmian z definicji pozytywnie. To dopiero nasze czasy przyniosły ślepy kult postępu i dopiero teraz mamy wdrukowane myślenie, które można streścić mniej więcej tak: „może zmiana ma jakieś skutki uboczne, ale zmiana jest z definicji dobra, prowadzi w słusznym kierunku, choćby jeżeli po drodze są niebezpieczne zakręty”. Dla ludzi owej epoki takie postrzeganie świata nie było ani oczywiste, ani logiczne.

Jak wykazuje Merchant, na gruncie ówczesnego światopoglądu taka zmiana, która podkopuje fundamenty życia wielu jednostek i całych społeczności, była wręcz niemoralna. W przekonaniach ludzi epoki przedprzemysłowej pobrzmiewało wciąż echo zmysłu moralnego z cytowanej wcześniej wypowiedzi królowej, która przegnała wynalazcę Williama Lee. jeżeli zmiana przynosi tutaj i teraz pogorszenie dla wielu czy dla większości, to jest zła i należy ją po prostu odrzucić.

Akcja dewastacja

Z takich powodów już od lat sześćdziesiątych XVIII wieku dochodziło do aktów, które jedni nazwą wandalizmem, łamaniem prawa albo niszczeniem własności prywatnej. Członkowie zagrożonych społeczności traktowali je natomiast w kategoriach socjalnego i moralnego oporu przeciwko temu, co uderza w ich poziom życia, podstawy bytu i pozycję społeczną, przynosząc zyski nielicznym i mamiąc co najwyżej mglistymi obietnicami powszechnego rozwoju kiedyś tam, w odległej przyszłości.

Płoną więc pierwsze zakłady bazujące na mechanicznych krosnach, niszczone są maszyny, a pogróżki i niszczenie mienia dotykają zarówno fabrykantów, jak i miejscowych kowali i rękodzielników metalowych, którzy przyjmują zlecenia od posiadaczy fabryk na wytwarzanie urządzeń zastępujących pracę ludzką.

Przeciw czemu?

Tu pojawia się wątek zarazem zasadniczy, jak i mocno zafałszowany. Czy ludzie, których później zaczęto określać mianem luddystów, byli technologicznymi zacofańcami i obskuranckimi ciemniakami niechętnymi wszystkiemu, co nowe? Brian Merchant wykazuje, iż taką gębę przyprawiano im stopniowo, w miarę jak ruch rósł w siłę – robiły to rządowe media, elitarni autorzy przemówień parlamentarnych, propaganda piewców nowego porządku gospodarczego, czyli fabryczno-liberalnego, tj. ówczesnych zwolenników Adama Smitha. Wykazuje też on, iż sednem sprawy nie była „technofobia” w wydaniu ciemniaków.

Pracownicy przemysłu włókienniczego spędzali całe życie w otoczeniu urządzeń. Jak bodaj każdy ciężko i fizycznie pracujący człowiek, nie mieli oni nic przeciwko ulepszeniom, wynalazkom, innowacjom itp., które uczyniłyby tę pracę lżejszą czy bardziej wydajną. Autor „Krwi w maszynie” wykazuje także, iż oprócz wynalazczości komercyjnej, odgórnej, mającej z założenia przynosić korzyści nielicznym, istniał jej nurt „ludowy”. Tkacze sami ulepszali urządzenia i dzielili się taką wiedzą z kolegami po fachu, nie skąpiąc wiedzy, nie próbując jej opatentować i zarobić na tym.

Sednem ruchu niszczycieli maszyn nie był strach przed samą innowacją technologiczną. Obawiali się oni bezrobocia, utraty dochodów, podkopania ich pozycji społecznej i zawodowej, pauperyzacji regionu i społeczności lokalnych, koncentracji fortun w rękach nielicznych.

A także monotonnej, koszarowej harówki, która, jak wspomniałem, nie polegała wcale na tym, iż praca maszyn wyzwala ludzi z kieratu ciężkiej pracy manualnej, ale przeciwnie – zaprzęga ich do pracy znacznie cięższej, dłuższej (standardowa zmiana w fabryce trwała 12-14 godzin dziennie), w koszmarnych warunkach i kiepsko opłacanej.

Ten spór w mniejszej mierze dotyczył technologii, a o wiele bardziej własności i jej koncentracji, poziomu życia, perspektyw na przyszłość, godności zawodowej, praw pracowniczych. Ludzie z zagłębi włókienniczych czuli, iż są wywłaszczani z niemal wszystkiego, co mają.

Czasy nowe, czasy złe

Pierwsze nowe rozwiązania technologiczne dotyczyły produkcji wyrobów najmniej wartościowych, marginalnych, niestanowiących o sednie i znaczeniu dawnego systemu manufakturowo-rzemieślniczego. Zastosowanie nowych technologii miało też stosunkowo niewielką skalę. Układ sił był taki, iż początkowo udawało się wyperswadować pionierom systemu maszynowo-fabrycznego zbytnią ekspansję – czasami wystarczyła prośba, czasami groźba, czasami zniszczenie maszyn już u kowali-wytwórców, a czasami w budynkach niewielkich fabryk, czasami uzgadniano porozumienie o wysokości płac w regionie itp. Ale z biegiem lat rozpędzały się nie tylko maszyny, ale także Maszyna – cały system kapitalistyczno-przemysłowo-wolnohandlowy.

Rafał Górski: Bezrobocie technologiczne. Fakty i mity Rafał Górski

Rozpędzała się także nowa (anty)moralność. Dawne reguły gry, korzystne dla całych zbiorowości i mas zwykłych ludzi, wypierane były przez indywidualną pazerność, chęć zysku, pęd do nieustannej ekspansji i pomnażania fortun. Wszystko to w zgodzie z nową ideologią tamtych czasów: liberalizmem, rodem z wywodów Smitha. Ta ideologia stała się wyznaniem wiary całej, nowej, ekspansywnej elity kapitalistyczno-przemysłowej.

Doprowadzeni do ostateczności

W miarę uprzemysłowienia włókiennictwa robotnicy-rękodzielnicy żyli coraz gorzej. Próbowali walczyć o swoje na różne sposoby. Bynajmniej nie tylko i nie przede wszystkim dzięki niszczenia maszyn. Słali petycje do parlamentu, apelowali do lokalnych władz, te popierały ich żądania i przekonywały rząd w Londynie oraz organizowały zaczątki pomocy socjalnej. Próbowano pertraktacji z fabrykantami. Próbowano też, choć były one na granicy legalności, działań stanowiących pierwociny związków zawodowych i oficjalnej samoorganizacji pracowniczej. Przekonywano parlamentarzystów do zmian ustawowych – ochrony pracowników, kontroli warunków zatrudnienia i pracy, ustanowienia płacy i stawek minimalnych itp.

Wszystko to nie miało wiele wspólnego z wizją, w której szaleńcy i zacofańcy rzucili się niszczyć maszyny.

Rzucili się na większą skalę dopiero wtedy, gdy inne metody nic nie dawały.

Biznes i władze państwowe całkowicie lekceważyły problemy społeczności bazujących na włókiennictwie. Kolejne nadzieje okazały się płonne. Kolejne inicjatywy rozbijały się o obojętność klas posiadających i sfer rządzących.

Wszelkie ustępstwa ze strony posiadaczy fabryk były albo krótkotrwałe, albo okazywały się oszustwem już niedługo po ich zapowiedzi. Kryzys pogłębiały także czynniki sytuacyjne – wojna brytyjsko-napoleońska i jej koszty, konflikty celno-importowe ze Stanami Zjednoczonymi itp.

Pod koniec pierwszej dekady XIX stulecia ludzie pracy doszli do ściany. W ciągu ćwierćwiecza liczba osób potrzebnych do wyprodukowania danej miary sukna spadła o 75%! Wśród kobiet-prządek wyglądało to jeszcze gorzej – po upowszechnieniu zautomatyzowanych urządzeń w ciągu półtora dekady pracę straciła ogromna większość z nich. Nie zrekompensowała tego rosnąca produkcja, a płace jednostkowe znacznie spadły. Okolice do niedawna świetnie prosperujące – stawały się obszarami biedy i upadku. Było źle i zapowiadało się, iż będzie tylko gorzej.

Wódz wymyślony i lider prawdziwy

W Nottingham i innych miastach, miasteczkach i wsiach środkowej i środkowo-północnej Anglii niszczenie maszyn przybrało na sile. Ten spontaniczny ludowy ruch oporu wziął na swoje sztandary i obwołał własnym przywódcą postać prawdopodobnie nigdy nieistniejącą. Legenda głosiła, iż Edward – czyli zdrobniale Ned – Ludd był terminatorem u antypatycznego mistrza dziewiarskiego i jako młody chłopak został zmuszony do pracy długiej i monotonnej. Gdy nie poddawał się rygorowi, został przez lokalny sąd skazany na karę chłosty. W odwecie przy pierwszej okazji roztrzaskał młotem maszynę dziewiarską swego szefa i uciekł tam, gdzie przed wiekami obozowała wesoła drużyna Robina Hooda – do lasu Sherwood.

Ta opowieść, osadzona w roku 1779, została trzy dekady później użyta jako sztandar i symbol buntu przeciw nowemu systemowi. Król Ludd lub Generał Ludd mieli być tajemniczym dowódcą buntowników. Mówiono o nim, śpiewano pieśni, powoływano się na jego rozkazy, a imię wodza widniało pod listami z pogróżkami i publicznymi apelami, które niszczyciele maszyn wysyłali i rozwieszali.

Faktycznym nie tyle wodzem, ile spiritus movens ruchu był natomiast George Mellor – młody człowiek, który poświęcił lata na naukę fachu włókienniczego i gdy już miał zacząć życie rękodzielnika, nowy system usunął mu grunt spod nóg.

Bunt zwykłych ludzi

Ale to nie personalia są tu kluczowe. Choć Merchant opowiada historię powstania luddystów właśnie dzięki losów kilku postaci, był to spontaniczny ruch z liderami, ale bez wodzów. Pospolite ruszenie bez stałego sztabu generalnego. Realna siła skryta za widmowymi wrażeniami i symbolami. Zdecentralizowana i oddolna struktura, która zarazem była znakomicie zorganizowana, zakonspirowana i stale poszerzająca krąg swego oddziaływania.

To czyniło ruch trudnym do zwalczenia. Ataki na gotowe maszyny, podpalenia fabryk, przejmowanie transportów urządzeń, ale także jawne demonstracje, zgromadzenia wściekłych obywateli – wszystko to działo się w wielu miejscach jednocześnie, bez centralnej koordynacji, a ich uczestnicy rozpraszali się, znikali bez śladu, wtapiali w społeczność, w której żyli. Napędzał ich wspólny duch – moralnego oburzenia i materialnej troski o swój byt. Ataki liczono w dziesiątkach, zniszczenia maszyn – w setkach, a niedługo w tysiącach.

Zwykli, prości ludzie stworzyli skuteczne, pomysłowe i zaawansowane struktury oporu. Bez wodzów, z wymyślonym generałem/królem, bez intelektualistów, bez wielkich środków i zewnętrznych inspiracji. Ruch ten był skuteczny.

Dokonał mnóstwa celnych uderzeń, przez długi czas nie zdołano go zinfiltrować ani przyłapać uczestników na udziale w takiej inicjatywie (w czasach, gdy sam udział w „zmowie” pracowniczej był nielegalny), a wielu fabrykantów poniosło porażkę i zwinęło interesy, dając rękodzielnikom okresowy oddech od biedy i utraty zamówień.

Z narracji Merchanta wyłania się obraz naprawdę imponujący i idący pod prąd wielu elitarnych wyobrażeń.

Wspólny opór

Tym, co gwałtownie zaczęło przerażać władze państwa i elity przemysłu, był fakt, iż luddyści nie dość, iż cieszyli się masową sympatią społeczną, to w dodatku do ich szeregów zaczęli dołączać pracownicy innych branż. W tym takich, w których maszyny nie były wówczas jeszcze wykorzystywane.

Cytowany przez autora „Krwi w maszynie” historyk Adrian Randall stwierdza, iż jednoczył ich nie lęk przed maszynami, ale przed Maszyną. Przed „zakładem produkcyjnym” – pracą w wielkiej, nieludzkiej, bezdusznej, nadzorowanej i posiadanej przez kogoś innego wielkiej antypatycznej strukturze. „Koncepcja fabryki stanowiła niesamowicie potężny przekaz i budziła powszechny lęk, ponieważ symbolizowała nowy ośrodek władzy, scentralizowaną siłę przemysłu” – stwierdza Randall.

Rok 1811 to czas ofensywy luddystów. Ataki były coraz częstsze, a niszczeniu maszyn i fabryk towarzyszyły wystąpienia i rozruchy uliczne. Tkacze znajdowali sojuszników wśród górników, murarzy, kolejarzy, a choćby sklepikarzy. Ruch rozprzestrzeniał się na nowe okolice: Leicester, Manchester, Derby, Huddersfield i wiele innych. choćby przemysłowcy, szczególnie ci mniejsi, apelowali do rządu o jakiekolwiek trwałe porozumienie z robotnikami, byle tylko zyskać spokój potrzebny do produkcji, choćby za cenę zmniejszenia zysków.

Wojna z ludem

Ale elity wybrały inaczej. Wybrały wojnę z ludem i Luddem. W marcu 1812 roku parlament przegłosował karę śmierci za niszczenie maszyn.

W podobnym okresie wprowadzono drakońskie kary za udział w samym ruchu luddystów, łącznie z wieloletnim więzieniem i deportacją do Australii. Parlament odrzucił choćby projekty ustaw minimalnie cywilizujących warunki pracy i płacy. W szeregi luddystów zaczęto wprowadzać szpicli, a za zadenuncjowanie uczestników ruchu wyznaczano wysokie nagrody.

A także wysłano wojsko do regionów ogarniętych wrzeniem. Dużo wojska. Był to kolejny rok wojny z Napoleonem, ale mniej brytyjskich żołnierzy walczyło wtedy na polach bitew niż pacyfikowało zbuntowane zagłębia przemysłu włókienniczego – tych drugich było 35 000. Władza, jak wiele razy w dziejach, stanęła po stronie klas posiadających. Liberalizm gospodarczy i niewidzialna ręka rynku były wspierane wielką i widzialną pięścią państwa.

Cios Maszyny

Luddyści zrozumieli, iż nie ma odwrotu i nie ma nadziei na opamiętanie elit. W kwietniu 1812 roku przypuścili atak na wielkie zakłady jednego z najbardziej znienawidzonych fabrykantów i propagatorów systemu fabrycznego – Williama Cartwrighta w West Riding w hrabstwie Yorkshire. Atak dowodzony przez Mellora został jednak odparty, bo zakład był zamieniony w fortecę i obsadzony uzbrojoną załogą. Wśród luddystów byli ranni i zabici, mocno nadszarpnięto ich morale i wizerunek publiczny.

Właściciel obronionej fabryki niedługo o mało nie zginął w zamachu. Tyle szczęścia nie miał inny ze znienawidzonych kapitalistów, działający po sąsiedzku William Horsfall, będący czołowym propagatorem siłowej rozprawy z luddystami i ekspansji systemu fabrycznego niezależnie od kosztów społecznych tego procederu. 28 kwietnia 1812 został zabity przez luddystów podczas starannie zaplanowanej akcji ponownie dowodzonej przez Mellora. Choć był to triumf ludowej sprawiedliwości, zarazem stał się początkiem końca ruchu luddystów.

Okraska: Kingsnorth i Orwell kierują wzrok tam, gdzie inni nie chcą, nie potrafią lub boją się zajrzeć Rafał Górski, Remigiusz Okraska

Za wskazanie sprawców zaoferowano hojną nagrodę – i znalazł się zdrajca. Cały proces prowadzono tak, iż oskarżeni nie mieli szans na obronę – i niedługo stracili życie w publicznej egzekucji. W ślad za tym wieszano kolejnych uczestników ruchu – w sumie co najmniej 50, a kary więzienia i deportacje do Australii objęły setki osób. Wszystko to po procesach poszlakowych, całkowicie stronniczych i mających charakter pokazowy.

Bunt został stłumiony. Jeszcze przez kilka lat zdarzały się przypadki niszczenia maszyn. Dochodziło do wystąpień ulicznych czy pogróżek pod adresem fabrykantów. Jednak luddyzm w swej pierwotnej postaci został pokonany. Nastało to, co znamy jako dziki XIX-wieczny kapitalizm: triumf ideologii kapitalistyczno-merkantylnej, upodlenie i wyzysk milionowych mas wyrobników, zagnanie mnóstwa ludzi do ponurych fabryk.

Pod prąd i wbrew mitom

Merchant świetnie opisuje całą historię, którą mocno tutaj streszczam. W książce jest o wiele więcej, w tym plastycznie nakreślone postaci głównych bohaterów, realia społeczne i kulturowe, wgląd w codzienność działalności luddystów, towarzyszące buntowi oficjalne i legalne zabiegi reformatorskie, powiązania angielskiej rewolucji przemysłowej z niewolnictwem w USA, udział kobiet z klasy ludowej w kolejnych falach buntu, wpływ luddyzmu na popkulturę (Byron, Shelley, a przede wszystkim Mary Wollstonecraft i jej opowieść o doktorze Frankensteinie) itp.

Czyta się to momentami jak dobrą powieść, innym razem jak niezły kryminał, a całość to w moim odczuciu jedna z lepszych wydanych w Polsce pozycji o historii ludowej i buntowniczej.

Jest to wszystko tym lepsze, iż idzie pod prąd wielu mitów nie tylko mainstreamowo-liberalnych. Problem z wymową książki będą mieli także współcześni wolnorynkowi konserwatyści, gdy dowiedzą się na przykład, iż przedsiębiorcy wyznający idee Smitha zdewastowali tradycyjne wartości, reguły i obyczaje oraz „stare dobre czasy”, a byli oni wówczas postrzegani jako postępowcy. Problem będą też mieli czytelnicy lewicowi, bo rzetelnie opisany bunt luddystów idzie pod prąd ślepego kultu postępu i nowoczesności oraz fałszywych wyobrażeń dotyczących czasów przedindustrialnych.

Zapraszamy na staże, praktyki i wolontariat!

Dołącz do nas!

Czasy dawne, czasy obecne

„Krew w maszynie” nie kończy się wraz z upadkiem powstania luddystów. Brian Merchant pokazuje, iż choć sam ruch przegrał, to zarazem dał zaczyn do kolejnych walk. Luddyści stali się zalążkiem związków zawodowych i zorganizowanego ruchu robotniczego. Toczone równolegle i w cichym porozumieniu z nimi oficjalne starania legislacyjne o poprawę doli pracowników przyniosły z opóźnieniem, ale jednak korzystne efekty formalnoprawne. Choć sam ruch był przez lata i dekady zohydzany, opór wytwórców wobec kolejnych fal antyspołecznej ekspansji technologicznej powracał raz za razem – na przykład w postaci „zamieszek Swinga”, gdy robotnicy rolni z sukcesami przeciwstawili się umaszynowieniu pracy w dużych gospodarstwach.

Aż docieramy do naszych czasów. Z jednej strony to znakomicie. Merchant ukazuje, iż luddyzm jest inspirujący, potrzebny i aktualny także, a może właśnie przede wszystkim teraz, w epoce m.in. Ubera, Glovo, umów śmieciowych, pracy za pośrednictwem aplikacji, magazynów Amazona i doprowadzonej do absurdu elektronicznej kontroli ludzkiej aktywności zawodowej.

Z drugiej – ta część jest bardzo pobieżna, skoncentrowana na USA, a w dodatku mam wrażenie, iż napisana nieco na siłę pod presją redaktorów/wydawcy. A przede wszystkim ujawnia się w niej adekwatnie jedyna poważniejsza słabość ideologiczna książki. Merchant tak bardzo chciał nie tylko odkłamać, ale i ocieplić wizerunek luddystów, iż niejako wykastrował ten ruch z pierwiastka, który właśnie dzisiaj byłby najbardziej wywrotowy.

Fabryka problemów

Przypomnijmy bowiem, iż autor „Krwi w maszynie” włożył wiele wysiłku w ukazanie buntu tkaczy jako oporu nie tyle przeciw maszynom, ile przeciw Maszynie – scentralizowanemu systemowi, który symbolizowała wielka fabryka. To zrozumiała strategia, pozwalająca z całego ruchu zdjąć odium wiejskich głupków, którzy boją się nowego urządzenia i rozbijają kowalskim młotem bardziej wydajne krosna.

Jest to też strategia rzetelna – luddyści nie pozostawili po sobie wielkich rozważań teoretycznych, nie potrzebowali ich, a wręcz byłyby one wówczas nielegalne. Nie powinniśmy im zatem przypisywać wizji, co do których nie mamy pojęcia, czy w ogóle powstały. Jednak taka perspektywa ujawnia rozmaite słabości, widoczne szczególnie mocno w odniesieniu do obecnych realiów technologicznych.

AI zabierze ci pracę? A może podniesie zarobki? Raport Polskiego Instytutu Ekonomicznego o AI na polskim rynku pracy Michał Ziółkowski

Merchant wskazuje na problem, w którym koncentracja nowatorskich urządzeń, skala ich zgromadzenia i centralizacja produkcji, nowy model wytwarzania, władza i potęga nowych właścicieli kapitału – tworzą system dalece potężniejszy i złowieszczy niż po prostu istnienie jakichś technologii. A zarazem ociera się momentami o naiwność w postrzeganiu tego zjawiska.

Kto upuścił krew robotnikom?

Autor „Krwi w maszynie” nierzadko niemal wprost mówi nam coś w rodzaju najbardziej zgranego stwierdzenia, iż to nie technologia jest zła, ale sposób jej wykorzystania.

Wszyscy znamy ten pseudoargument, iż nożem można kroić chleb i nożem można zabić. Autor „Krwi w maszynie” nie popada w aż tak dosłowny banał, ale pobrzmiewa u niego nuta podobna: to nie nowe technologie są złe, ale ich wykorzystanie, ich właściciele, model organizacji pracy itp. Gdyby tylko nie pazerni kapitaliści, gdyby tylko nie ideologia Smitha, gdyby tylko krosna mechaniczne i fabryki były własnością robotników lub pozostawały pod ich kontrolą – byłoby znacznie lepiej. To wizja znana choćby z wielorakich rozważań lewicowych, ale także z różnych „humanitarnych” wizji postępu.

Nie są to refleksje całkowicie fałszywe, bo oczywiście ma znaczenie także to, jak wdrażamy wynalazki, technologie, w jakich uwarunkowaniach kapitałowych, własnościowych, pod czyją kontrolą itp. Ale taka wizja przynajmniej częściowo omija totalność zaawansowanych technologii i to, iż w realnym świecie, a nie w marzycielskich wizjach, niejako determinują one sam sposób ich wykorzystania oraz podkopują możliwość scenariuszy alternatywnych.

Dlaczego Maszyna działa?

Najprościej słabość takiego przekonania wykazać właśnie w odwołaniu do czasów współczesnych. Dlaczego bunt luddystów obejmował całe regiony, tysiące ludzi, angażował wielkie siły państwa niezbędne do jego zdławienia, a dzisiaj, choć żyjemy w znacznie mniej restrykcyjnych realiach, nic takiego nie ma miejsca?

Ponieważ skala dzisiejszych technologii jest ogromna. Ponieważ jesteśmy uwikłani w cały system technologiczny, a prawie nic w naszym życiu nie odbywa się już bez jej udziału. Ponieważ rozwój technologiczny dotyczy w tej chwili nie tylko pracy i wytwarzania, ale także kontroli, zatem zalążki ewentualnego buntu są wciąż pod lupą obrońców tego porządku, bez szans na taką autonomię, jaką terytorialnie, społecznie i kulturowo posiadali luddyści. Ponieważ jesteśmy mentalnymi zakładnikami wizji, w której nowe jest z zasady dobre czy choćby docelowo lepsze niż dotychczasowe. Ponieważ technologie separują ludzi od siebie, a niegdyś przeklinana fabryka staje się na obecnym etapie ekspansji technologii nostalgicznym wspomnieniem w świecie monad – zarówno fizycznie odseparowanych od siebie, jak i mentalnie hiperzindywidualizowanych – a skuteczny i konstruktywny bunt monad nie jest możliwy. Ponieważ obecne nowatorskie wynalazki generują tak ogromne fortuny ich właścicieli, iż potęga tych ostatnich przerasta aktywa milionów buntowników, choćby gdyby taka masa krytyczna zdołała się w ogóle uformować przeciw tyranii technokapitału.

Totalność

Mam wrażenie, iż Merchant świetnie odrobił lekcję z dziejów luddyzmu, całkiem nieźle lekcję z historii społecznej i z historii buntów społecznych. Za to – i nie jest to zarzut, ale konstatacja, bo nikt nie może znać się na wszystkim – dość naiwnie i pobieżnie lekcję ostatnią: ideologicznego „rozpracowania” postępu technicznego. Nie ma tu prawie śladu po rozpoznaniach dotyczących swoistej totalności zaawansowanych systemów technologicznych, ich centralizacji nie tylko w sferze produkcji, kapitału, własności, organizacji pracy, ale także kultury, mentalności, adekwatnie każdego aspektu życia. Takie uwagi formułowali dawno temu choćby Friedrich Georg Jünger w „Perfekcji techniki”, Henryk Skolimowski w „Technice a przeznaczeniu człowieka”, Neil Postman w „Technopolu” czy też – to nazwisko paść musi wbrew bezjajeczności i strachliwości niejednego z współczesnych „krytycznych komentatorów rzeczywistości” – Theodore Kaczynski w swoim manifeście „Społeczeństwo przemysłowe i jego przyszłość”.

Wszyscy oni – i niejeden inny autor – akcentowali, wychodząc nierzadko z całkowicie odległych przesłanek i pozycji ideologicznych, iż współczesny system technologiczny jest totalny. Że niejako reprodukuje on się w coraz bardziej zaawansowanych formach. Że to już dawno i ani trochę nie jest kwestia „dobrego” czy „złego” zastosowania konkretnej technologii. Że nasza autonomia (wszelaka: od ekonomiczno-politycznej po kulturowo-mentalną) wobec systemu technologicznego stale maleje.

I iż jeżeli coś miałoby powstrzymać ten niekorzystny, złowieszczy trend, to jakaś formuła „ascezy technologicznej”.

Wywalczenie takiej decyzyjności ludzkich wspólnot politycznych, która przeciwstawiłaby się podstawowemu założeniu systemu technologicznego. Mianowicie przekonaniu, iż skoro coś w ogóle, a szczególnie w ramach rynku czy utylitaryzmu, można zrobić, wcielić w życie, upowszechnić itp., to należy to robić – i iż jest to poza dyskusją.

Młot w dłoń

Paradoksalnie to właśnie karykaturalna wizja postaw i mentalności luddystów wydaje się najcelniejsza z punktu widzenia zaawansowania i totalności dzisiejszych systemów technologicznych. Tyle iż wymagałoby to stanięcia w prawdzie i odrzucenia wielopiętrowych konstrukcji mówiących, iż w zasadzie nigdy problemem nie jest „technologia sama w sobie”, ale tylko „sposób jej zastosowania”.

Otóż pewne maszyny, technologie i rozwiązania należy – jeżeli duże i zarazem słabsze grupy społeczne są nimi zagrożone i przerażone – rozbijać. Choćby i dosłownie, choćby i młotem. Nie produkować, nie wdrażać, zakazać. I wcale nie musi to być przejawem zacofania i ciemnoty, ale przeciwnie: oświecenia, dalekowzroczności i przenikliwości w dziele ocalenia dusz ludzkich.

O tym nie wypada głośno mówić

Taka konstatacja byłaby jedną z najbardziej rewolucyjnych myśli naszych czasów. Tyle iż prawie nikogo na nią nie stać.

Lewicowcy naszych czasów, zresztą zwykle nie mający wiele wspólnego ze światem pracy, piali peany na cześć postępu technologicznego i dopiero od niedawna nieśmiało zmieniają front. Głównie dlatego, iż nowe rozwiązania zaczęły zagrażać zawodom „twórczym”, „artystycznym” i „intelektualnym”, czyli im samym. Wciąż jednak roją sobie wizje „zautomatyzowanego luksusowego komunizmu”, a technosceptycyzm określają mianem ciemniactwa.

Różnią się oni od liberalnej hiperelity zupełnie bezpłodnym mantrowaniem zaklęć, iż „gdyby tylko” zmienić stosunki własnościowe, opodatkować biznesy i technologie czy powściągnąć wszechwładzę miliarderów-techbros, to wszystko będzie dobrze. Ale mówią to samo, co tamta hiperelita w sprawie samej technologii, jej dominacji, nasycenia nią życia. Niepomni są tego, co ponad półtora wieku wstecz zauważyło dwóch brodatych klasyków w swoim słynnym manifeście: „Ideami panującymi w społeczeństwie były w każdej epoce idee klasy panującej w społeczeństwie”. Tak, jak dzisiaj dzieje się z kultem technologii – obojętnie, kto go wyraża: miliarderzy czy ich pożyteczni idioci, także ci ustrojeni w czerwono-radykalne szatki.

Podobnie jest z dzisiejszymi prawicowcami. zwykle wielbią oni rynek, globalizm, wielkie koncerny (chyba iż te wywieszą tęczową flagę), a wszelkie regulacje i obostrzenia to dla nich zamach na wolność. Powszechny w tych kręgach kult Elona Muska jako „wizjonera”, nie różni się niczym od bicia pokłonów hipertechnologii przez liberałów i lewicowców. Mówi o nich teza nr 50 manifestu Unabombera: „[Współcześni] Konserwatyści są głupcami: skarżą się na niszczenie tradycyjnych wartości, jednocześnie entuzjastycznie popierają postęp technologiczny i rozwój gospodarczy. Najwyraźniej nie potrafią przyjąć do wiadomości, iż nie można wprowadzić szybkich i drastycznych zmian w dziedzinie technologii i organizacji społecznej bez wywołania szybkich zmian również we wszystkich innych aspektach życia, co nieuchronnie prowadzi do destrukcji tradycyjnych wartości”.

Być może luddyści różnili się od ludzi naszych czasów nie tylko tym, iż brali młot w rękę i rozbijali maszyny. Ale także tym, iż ich myśli, świadomość i system wartości też były jak młot.

Rozbijający ślepy kult postępu technologicznego, prymat wynalazczości nad moralnością oraz utylitaryzm tak płaski i prymitywny, iż gotowy poświęcać dobrobyt materialny i etyczny ludzkich mas w imię ideologicznych mrzonek i korzyści elity.

Brian Merchant, Krew w maszynie. Luddyści i pierwszy bunt przeciwko technologicznym gigantom, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2025, przełożył Grzegorz Ciecieląg.

Read Entire Article