Grenlandia przez cały czas w centrum uwagi. W Stanach Zjednoczonych jeden z republikańskich kongresmenów złożył projekt ustawy, upoważniającej prezydenta USA do aneksji wyspy. W Europie tymczasem realizowane są dyskusje o zwiększeniu obecności wojskowej w regionie, m.in. poprzez częstsze ćwiczenia i obecność rotacyjnych kontyngentów. Ma to być jasny sygnał dla Waszyngtonu.
Flaga Grenlandii przed Centrum Kultury Katuaq w Nuuk. Fot. Rex Features/East News
Za złożonym w Izbie Reprezentantów projektem ustawy stoi kongresmen Randy Fine z Florydy. W ocenie autora to inicjatywa wzmacniająca bezpieczeństwo narodowe USA. Przewiduje ona stworzenie ram prawnych umożliwiających prezydentowi podjęcie działań zmierzających do włączenia Grenlandii do Stanów Zjednoczonych. W najbardziej radykalnym wariancie dokument zakłada, iż wyspa mogłaby w przyszłości uzyskać status pełnoprawnego stanu USA.
Inicjatywa kongresmena, znana jako Greenland Annexation and Statehood Act, nie ogranicza się do jednego, jasno zdefiniowanego scenariusza, takiego jak wykup wyspy. Projekt ma charakter szerokiej autoryzacji politycznej i prawnej dla prezydenta USA: upoważnia go do podjęcia „wszelkich niezbędnych kroków” w celu aneksji Grenlandii lub „innego jej nabycia” przez Stany Zjednoczone. W praktyce oznacza to otwarcie drogi zarówno do prób negocjacji z Danią (np. w formie umowy międzypaństwowej, porozumienia finansowego czy innego mechanizmu prawnego), jak i do zastosowania innych instrumentów władzy wykonawczej, bez wskazania jednego preferowanego modelu.
To nie pierwsza taka inicjatywa
Projekt nie zawiera precyzyjnych zapisów dotyczących użycia siły zbrojnej, nie wyklucza go jednak wprost – zastosowane w dokumencie sformułowania są na tyle pojemne, iż w debacie publicznej budzą obawy o możliwość ich bardzo szerokiej interpretacji. Autor projektu argumentuje, iż Grenlandia ma najważniejsze znaczenie strategiczne: leży na styku Ameryki Północnej i Europy, pozwala kontrolować dostęp do północnoatlantyckich szlaków komunikacyjnych oraz znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie Arktyki, regionu coraz intensywniej penetrowanego przez mocarstwa globalne.
W jego ocenie formalne związanie wyspy z USA miałoby zapobiec rozszerzaniu wpływów Rosji i Chin. – Kto kontroluje Grenlandię, ten kontroluje najważniejsze arktyczne szlaki żeglugowe oraz architekturę bezpieczeństwa chroniącą Stany Zjednoczone. Ameryka nie może pozostawić tej przyszłości w rękach reżimów, które gardzą naszymi wartościami i dążą do podważenia naszego bezpieczeństwa – przekonuje Randy Fine.
Inicjatywa ta nie jest jednak pierwszym przypadkiem, gdy w amerykańskiej polityce pojawiają się pomysły dotyczące „pozyskania” Grenlandii. Już w przeszłości, podczas poprzedniej prezydentury Donalda Trumpa, Waszyngton sygnalizował zainteresowanie wyspą. Tym razem jednak projekt ma formę konkretnego aktu legislacyjnego, co nadało sprawie większy ciężar polityczny.
Redefinicja zasad sojuszniczych
Propozycja spotkała się z natychmiastową i jednoznaczną reakcją ze strony Danii oraz władz autonomicznej Grenlandii. Zarówno w Kopenhadze, jak w Nuuk (stolica Grenlandii) podkreślono, iż wyspa nie jest przedmiotem żadnych negocjacji handlowych ani politycznych, a jej status wynika z prawa międzynarodowego i wewnętrznych ustaleń w ramach Królestwa Danii.
Grenlandzkie władze przypomniały, iż wyspa posiada daleko idącą autonomię, a decyzje dotyczące jej przyszłości muszą być podejmowane z udziałem lokalnej społeczności. W Danii pojawiły się również głosy ostrzegające, iż sama retoryka aneksji podważa zaufanie między sojusznikami i może prowadzić do napięć w ramach struktur euroatlantyckich.
Grenlandia, choć formalnie nie jest osobnym państwem członkowskim (jest nim jako część Danii), od dekad odgrywa istotną rolę w systemie obrony północnego Atlantyku. Na jej terytorium funkcjonują instalacje wojskowe USA, najważniejsze dla systemów wczesnego ostrzegania i monitorowania przestrzeni powietrznej Arktyki. Część europejskich polityków zwraca uwagę, iż jednostronne inicjatywy legislacyjne w USA – choćby jeżeli mają głównie wymiar symboliczny – mogą być odbierane jako próba redefinicji zasad sojuszniczych bez konsultacji z partnerami.
„To terytorium europejskie”
Na tle amerykańskiej inicjatywy w Europie rozpoczęły się konsultacje dotyczące zwiększenia obecności wojskowej na Grenlandii. W rozmowach aktywnie uczestniczą Wielka Brytania i Niemcy, które analizują możliwości rozszerzenia swojej aktywności w regionie Arktyki we współpracy z Danią. Rozważane scenariusze obejmują m.in. częstsze ćwiczenia wojskowe, obecność rotacyjnych kontyngentów, rozwój infrastruktury logistycznej oraz wzmocnienie zdolności rozpoznawczych i patrolowych.
Oficjalnie podkreśla się, iż działania te miałyby charakter defensywny i sojuszniczy, a ich celem jest zwiększenie stabilności w regionie. – Wzmocnimy bezpieczeństwo na północnym Atlantyku tylko wtedy, kiedy będziemy działać razem, w solidarności i jedności – przekonuje w wypowiedzi dla mediów Johann Wadephul, niemiecki minister spraw zagranicznych.
Jednocześnie europejscy dyplomaci nie ukrywają, iż inicjatywa ma również wymiar polityczny. Zwiększenie obecności wojskowej ma być sygnałem wysłanym do Waszyngtonu, iż Europa chce być realnym uczestnikiem debaty o bezpieczeństwie Arktyki, a nie jedynie biernym obserwatorem decyzji podejmowanych po drugiej stronie Atlantyku. Jest też wyrazem europejskiej determinacji w sprawie ochrony statusu wyspy. – Grenlandia nie jest ani na sprzedaż, ani do przejęcia. To terytorium europejskie – podkreśla (w wystąpieniu na platformie X) Jean-Noël Barrot, francuski minister spraw zagranicznych.
(Nie)realny scenariusz legislacyjny
Na razie zarówno projekt amerykańskiej ustawy, jak i europejskie plany wojskowe pozostają na etapie deklaracji i konsultacji. Przy czym losy Greenland Annexation and Statehood Act są raczej łatwe do przewidzenia. Projekt został formalnie zarejestrowany i skierowany do dalszych prac w komisji spraw zagranicznych Izby Reprezentantów, gdzie może zostać poddany analizie, wysłuchaniom i ewentualnym poprawkom.
Dopiero po uzyskaniu akceptacji komisji mógłby trafić pod głosowanie całej Izby, a następnie – w przypadku przyjęcia – do Senatu, gdzie musiałby przejść analogiczną ścieżkę. Na końcu procesu konieczny byłby podpis prezydenta USA. W praktyce jednak szanse na „przepchnięcie” projektu są oceniane jako bardzo niewielkie: nie cieszy się on poparciem kierownictwa Partii Republikańskiej.
Warto w tym kontekście przytoczyć publiczną wypowiedź partyjnego kolegi Randy’ego Fine’a, kongresmena Dona Bacona z Nebraski: – To jest oburzające. Grenlandia należy do sojusznika z NATO. Dania jest jednym z naszych najlepszych przyjaciół… Sposób, w jaki ich traktujemy, jest upokarzający i nie przynosi żadnych korzyści – komentuje Bacon. – Nie przejmiemy Grenlandii. Wiem, iż większość mieszkańców Grenlandii chce pozostać niezależna – dodaje.
Co więcej, demokraci zapowiadają inicjatywy mające blokować finansowanie jakichkolwiek działań zmierzających do przejęcia Grenlandii. Dodatkowo projekt stoi w sprzeczności z obowiązującym prawem międzynarodowym, napotyka jednoznaczny sprzeciw Danii i władz grenlandzkich oraz koliduje z interesami sojuszniczymi USA w ramach NATO, co sprawia, iż jest postrzegany raczej jako gest polityczny i element wewnętrznej debaty w USA niż realny scenariusz legislacyjny.