Dla wielu Ślązaków ten dzień miał być historyczny. Ustawa o uznaniu śląszczyzny za język regionalny miała domknąć wieloletnią walkę o symboliczne zrównanie z kaszubszczyzną i o prawo, by mówić "po naszymu" nie tylko w domu, ale też w szkole, urzędzie i przestrzeni publicznej. Zamiast święta przyszło jednak weto.
Karol Nawrocki ogłosił, iż nie zamierza być "notariuszem woli większości parlamentarnej" i zatrzymał ustawę, argumentując to m.in. obawą przed rozbijaniem spójności państwa i komplikowaniem systemu prawnego. Na Śląsku natychmiast zagotowało się od komentarzy – lokalni liderzy i działacze odebrali decyzję jako policzek wymierzony całemu regionowi, a nie tylko posłom, którzy ustawę przegłosowali.
Dla mieszkańców Górnego Śląska to kwestia tożsamości: uznania, iż ich mowa nie jest jedynie "gwarą do kuchni", ale pełnoprawnym sposobem opisywania świata, z własną gramatyką, słownictwem i literaturą.
Prof. Jerzy Bralczyk: dialekt, ale z pełnią praw
Językoznawca prof. Jerzy Bralczyk w wywiadzie dla Wprost przyznaje, iż z wieloma wetami obecnego prezydenta się nie zgadza, ale w sprawie śląszczyzny rozumie jego wątpliwości i "przychyla się do argumentów" stojących za decyzją.
– Z wieloma wetami Karola Nawrockiego się nie zgadzam, natomiast w tym przypadku przychylam się do jego argumentów. Na jego miejscu zrobiłbym to samo – mówi Bralczyk.
Jego zdaniem klucz tkwi w rozróżnieniu między statusem naukowym a statusem prawnym. Z perspektywy większości lingwistów śląszczyzna pozostaje dialektem, czyli odmianą języka polskiego, choć bardzo odrębną, z wyraźnymi wpływami języka niemieckiego i czeskiego. To, iż jest dialektem, nie oznacza jednak, iż musi być traktowana po macoszemu.
Prof. Bralczyk w rozmowie z "Faktem" zwrócił też uwagę, iż można było pójść inną drogą: nie zmieniać etykietki "dialekt" na "język", ale nadać śląszczyźnie pełne uprawnienia – edukacyjne, wydawnicze, instytucjonalne. Innymi słowy, nie kłócić się o definicję, tylko zagwarantować prawa. Szkoły, podręczniki, lokalne media, wspieranie twórców piszących po śląsku – to wszystko dałoby się zapisać w ustawie, choćby jeżeli w tytule nie pojawiłoby się słowo "język".
– Pozostaje sprawa prawa do nauczania i funkcjonowania tej odmiany w przestrzeni publicznej. Można byłoby rozwiązać tę kwestię inaczej: nie zmieniając jej statusu na język, ale przyznając jej jako dialektowi pełne uprawnienia, w tym edukacyjne, wydawnicze, instytucjonalne i inne – stwierdził językoznawca.
To stanowisko jest dla prezydenta wygodne, bo zdejmuje z niego część presji: można powiedzieć, iż weto nie było wymierzone w samą śląszczyznę, ale w konkretny sposób jej ujęcia. Dla wielu osób w regionie to jednak rozróżnienie czysto teoretyczne – liczy się efekt, a ten jest prosty: ustawy nie będzie.
Co dalej ze śląszczyzną po wecie?
Weto nie zamyka tematu. Możliwych scenariuszy jest kilka. Parlament może spróbować poprawić ustawę, tak by skupić się nie na samej nazwie, ale na katalogu praw: od edukacji po finansowanie kultury. Można też wrócić do tematu w kolejnej kadencji, licząc na zmianę układu politycznego i nowe otwarcie z Pałacem Prezydenckim.
Najprawdopodobniejszy jest jednak inny wariant: codzienna, oddolna praca Ślązaków, którzy i bez ustaw od lat tworzą literaturę, muzykę, media i internetowe treści po śląsku. To właśnie ta praktyka, a nie podpis pod jednym dokumentem, przesądzi o tym, czy śląszczyzna będzie żywym, nowoczesnym narzędziem komunikacji, czy tylko wzruszającym dodatkiem do rodzinnych anegdot.














