Jest taki gen, który przenosi się z pokolenia na pokolenie. To gen wolności. Ten gen wolności największą swoją ekspresję ma w Poznaniu – mówił dziś na uroczystościach z okazji 70. rocznicy Poznańskiego Czerwca wicepremier i szef MON-u Władysław Kosiniak-Kamysz. W Poznaniu towarzyszyła mu też wiceszefowa resortu Magdalena Sobkowiak-Czarnecka.
Szef MON-u Władysław Kosiniak-Kamysz w Poznaniu
Kombatanci i mieszkańcy, przedstawiciele państwa, władz samorządowych, związkowcy. Dziś wszyscy oni od wczesnego ranka świętowali 70. rocznicę Poznańskiego Czerwca – pierwszego antykomunistycznego zrywu polskich robotników. Uroczystości odbywały się w różnych punktach miasta, choć ze względu na ekstremalnie wysokie temperatury program obchodów trzeba było nieco zmodyfikować. I tak ich kulminacja, zamiast pod pomnikiem przy Placu Adama Mickiewicza, została zorganizowana w sąsiedniej auli uniwersyteckiej. Pojawili się w niej m.in. prezydenci czterech państw. Oprócz Karola Nawrockiego do Poznania przyjechali przywódcy Węgier, Łotwy i Albanii. Rząd reprezentowali m.in. wicepremier i minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz oraz jego zastępczyni Magdalena Sobkowiak-Czarnecka.
Wiceszefowa resortu Magdalena Sobkowiak-Czarnecka w Poznaniu
Siła poznańskiego przemysłu
W swoim wystąpieniu szef MON-u przyznał, iż obchody to moment zjednoczenia, bo w obliczu wydarzeń z Czerwca’56 szkoda czasu w polityczne emocje. Mówił też o genie wolności, który tkwi głęboko w mieszkańcach Poznania. – On zawsze wypływa z tego, gdzie się urodziłeś, kim jesteś, w jakim otoczeniu, w jakiej tradycji – przekonywał wicepremier, przypominając opór Wielkopolan przeciw germanizacji, powstanie wielkopolskie i tradycje powojennego PSL-u, spod znaku Stanisława Mikołajczyka. – Dzisiaj z tym genem wolności znów się walczy. W Polsce i na całym świecie neoimperializm rosyjski próbuje nas znów atakować i atakuje – podkreślał Kosiniak-Kamysz. Nie zawsze dzieje się to poprzez wyprowadzanie na ulice czołgów. Częściej poprzez manipulację, dezinformację, fałszerstwo. Niemniej jest to zjawisko równie niebezpieczne. – Ta walka o utrzymanie i przekazanie genu wolności nigdy nie ustanie – zaznaczał wicepremier.
Mówiąc o Zakładach Cegielskiego, od których zaczął się zryw 1956 roku, szef MON-u nawiązał do ich współczesności. W ostatnich dniach zapadła decyzja o scaleniu ich z kilkoma innymi zakładami. W ten sposób w mieście powstanie duże przedsiębiorstwo zbrojeniowe. – Poznań znów będzie silny siłą swojego przemysłu, swoich robotników, swoich pracowników. Tej tkanki, która zawsze jest ożywcza, niesie chleb, a jak widać po Czerwcu’56, również wolność – mówił Kosiniak-Kamysz.
Do wspomnianej decyzji kilka godzin wcześniej nawiązała też wiceminister Sobkowiak-Czarnecka, która złożyła kwiaty przed bramą główną Cegielskiego. – Przemysłowe serce Wielkopolski dalej będzie biło tutaj, w Zakładach Cegielskiego. To tu powstaje bowiem jeden z największych zakładów zbrojeniowych na terenie kraju – podkreślała.
O związkach przeszłości z teraźniejszością wiele mówił też w swoim wystąpieniu prezydent Karol Nawrocki. – Dzisiaj Poznań i cała Wielkopolska to nie tylko dowód tej głębokiej, fundamentalnej tożsamości narodu polskiego, ale także miejsce rozwoju i przedsiębiorczości – przekonywał. Poinformował również zebranych w auli UAM gości, iż właśnie podpisał inicjatywę ustawodawczą, by 28 czerwca uczynić świętem działaczy antykomunistycznej opozycji i osób represjonowanych z powodów politycznych.
70 lat temu
Wystąpienia robotników w Poznaniu były pokłosiem pogarszających się warunków pracy. W Zakładach Przemysłu Metalowego im. Józefa Stalina (dawniej Zakłady Cegielskiego) i ZNTK normy sukcesywnie rosły, a pensje spadały. Zatrudnieni tam fachowcy nierzadko mieli problem z wyżywieniem rodzin. A przecież przed wojną zaliczali się do robotniczej arystokracji. Przedsiębiorstwa pracujące na rzecz kolei płaciły naprawdę solidnie…
Latem 1956 roku zdesperowani pracownicy wyłonili delegację, która pojechała do Warszawy na rozmowy z ministrem przemysłu ciężkiego Romanem Fidelskim. Ten przystał na postulaty. Obiecał premie i zmiany organizacyjne w zakładach pracy. Z przyrzeczeń się jednak nie wywiązał. Kiedy 27 czerwca pojawił się w Poznaniu, dociskany przez załogi, zaczął kluczyć. To rozwścieczyło robotników. Właśnie wtedy zapadła decyzja o strajku, który miał się rozpocząć nazajutrz.
Rankiem 28 czerwca pracownicy Cegielskiego wyszli na ulice. Celem przemarszu było centrum miasta, gdzie mieściły się siedziby Miejskiej Rady Narodowej i Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Po drodze do załogi „Ceglorza” dołączali robotnicy z innych przedsiębiorstw. Pochód przemaszerował m.in. wzdłuż terenów targowych, gdzie akurat trwały XXV Międzynarodowe Targi Poznańskie. Brali w nich udział liczni zagraniczni goście. Pod dawnym Zamkiem Cesarskim demonstranci zażądali, by do Poznania przyjechał premier Józef Cyrankiewicz. Nastroje dodatkowo podgrzała informacja o rzekomym aresztowaniu delegacji, która udała się na rozmowy z partyjnym aktywem. Robotnicy zaczęli wdzierać się do budynków partii i oblegać siedzibę Urzędu Bezpieczeństwa. Pojawiły się hasła wolnościowe i antykomunistyczne.
Tymczasem partia nie zamierzała prowadzić negocjacji. Jeszcze przed południem podczas posiedzenia Biura Politycznego w Warszawie zapadła decyzja, by przeciwko demonstrantom wysłać wojsko. Najpierw na ulice zostali skierowani podchorążowie z miejscowych szkół oficerskich, potem do miasta wjechały regularne pododdziały 2 Korpusu Pancernego i 2 Korpusu Armijnego. Łącznie do dławienia protestów państwo użyło 12 tysięcy żołnierzy wyposażonych w 420 czołgów i transporterów opancerzonych. W sumie podczas trzydniowych starć wystrzelonych zostało 180 tysięcy pocisków. Według różnych szacunków zginęło od 58 do 79 osób, a kilkaset zostało rannych. Ofiarami w przytłaczającej części byli bezbronni bądź słabo uzbrojeni robotnicy.
Po zdławieniu protestów Poznań jeszcze przez pewien czas był odcięty od reszty kraju. Partyjna propaganda kolportowała wersje, iż za wybuch zamieszek odpowiedzialni są „reakcyjni wichrzyciele” i „agenci imperialistyczni”. Ruszyły procesy i represje. To właśnie wtedy premier Cyrankiewicz w radiowym przemówieniu wypowiedział niesławne zdanie: „Każdy prowokator czy szaleniec, który odważy się podnieść rękę przeciwko władzy ludowej, niech będzie pewnym, iż mu tę rękę władza ludowa odrąbie”.
Dramatyczne wydarzenia były pierwszym w Polsce masowym zrywem robotników wymierzonym we władzę komunistyczną. Mimo szykan pamięć o nich przetrwała przez dziesięciolecia.