Populizm polityczny: emocje czy interesy? O raporcie Krytyki Politycznej „Ludzie bezwstydni”

instytutsprawobywatelskich.pl 1 hour ago

Czy polskie życie polityczne po wsze czasy jest areną starcia elit i ludu? Albo jeżeli wolicie, Europejczyków z ciemnogrodem? Wydany w marcu 2026 r. raport Instytutu Krytyki Politycznej pt. „Ludzie bezwstydni. Dynamika emocjonalna populizmu w Polsce”, autorstwa Przemysława Sadury, Julii Szostek i Michała Sutowskiego próbuje uchwycić istotne cechy wyborców obu stron polskiego duopolu w kontekście wyniku wyborów prezydenckich sprzed roku.

Publikowane od kilku lat raporty think-tanku popularnego Krypolu (tudzież Kapecji) – liberalno-lewicowego środowiska z Warszawy – potrafią niekiedy wywołać w mediach pewne poruszenie, co nie jest tak typowe dla wyników badań socjologicznych. Zainteresowanie wzmagają nierzadko mocne tezy poparte solidnym materiałem empirycznym, a także autorytet oraz widoczność medialna autorów raportów – zwykle Sławomira Sierakowskiego i prof. Przemysława Sadury. Tak było choćby w przypadku publikacji „Nowy duopol obali ten system”z lipca 2025 r., który opisywał głębsze symptomy kryzysu polaryzacji PO–PiS. Raport „Ludzie bezwstydni”nie odbił się takim echem, co nie oznacza, iż nie jest wart uwagi.

Ktoś może słusznie podnieść wątpliwość, po co interesować się teraz zeszłoroczną kampanią prezydencką, odległą od dzisiejszej dynamiki politycznej, o której już się nadyskutowaliśmy. Warto jednak czasem abstrahować od tzw. bieżączki i zastanowić się nad długofalowymi trendami politycznymi i społecznymi powodami decyzji politycznych Polaków – dla dobrego badania socjologicznego zdarzenia takie jak wygrana Karola Nawrockiego w wyborach są jedynie symptomem głębszych, mniej uchwytnych procesów.

Skradziona duma

Ramą pojęciową i metodologiczną raportu Sadury, Szostek i Sutowskiego są koncepcje amerykańskiej socjolożki Arlie Russel Hochschild, która w ostatnich latach zasłynęła książkami tłumaczącymi sukces Trumpa wśród najgorzej sytuowanych Amerykanów: „Obcy we własnym kraju” i „Skradziona duma”(obie wydane w Polsce przez Krytykę). W obu z nich badaczka udaje się w jedne z najbiedniejszych regionów Ameryki: odpowiednio do Luizjany i Appalachów, by porozmawiać z bazami wyborczymi Republikanów. W obu publikacjach badaczka rozwinęła podejście socjologiczne ze swoich poprzednich publikacji (np. „Zarządzania emocjami”, wyd. PWN), które opiera się na analizie emocji i ich przekładaniu się na życie społeczne i decyzje polityczne.

Raport jest więc próbą przeniesienia narzędzi Hochschild na kontekst polski. Wzorem amerykańskiej badaczki autorzy udają się na prowincję, którego potrzeby i emocje są mniej zrozumiałe z punktu widzenia centrum – jadą do Wareckiego Szlaku Jabłkowego,

by tam przeprowadzić wywiady indywidualne i grupowe z łącznie 45 osobami. Kierunek ten był, jak piszą, „świadomym zagraniem na utrwalonych wyobrażeniach dotyczących «Polski powiatowej»”, jako iż wybrane miasto (anonimowe) i jego okolice stanowią „stereotypowy fragment «Polski B»”.

Polska B inna niż myślisz Krzysztof Wołodźko

Kluczowe dla ich analizy jest zaczerpnięte z Hochschild pojęcie paradoksu dumy. Fundamentem lokalnej dumy Wareckiego Szlaku Jabłkowego jest oczywiście sadownictwo. Podzielają ją oba elektoraty: są dumne z nowoczesności, wysokiej specjalizacji i prestiżu branży, która stanowi o tożsamości regionu. Duma może być jednak zagrożona: dla jednych przez „stagnację ekonomiczną, wrażenie peryferyjności i doświadczenie bycia obywatelem drugiej kategorii”, dla drugich przez: „poczucie nieosiągania standardów europejskich, syndrom oblężonej twierdzy i dominacji tradycjonalizmu zagrażającego temu, co uważane za nowoczesne”; wątki lokalne splatają się tu z szerszym planem. Zagrożona duma prowadzi do wstydu, który dodajmy, może brać się z „niezaspokojonych aspiracji”, często o charakterze cywilizacyjno-modernizacyjnym, oraz „lęku przed degradacją społeczną”. Paradoksem jest tu to, iż nie wstydzimy się za siebie, ale za tych z drugiej strony.

Wracając do populizmu, niektórym może się wydać ciekawe, iż raport nie kojarzy tej kategorii jedynie z prawicą, ale opisuje dwa populizmy: liberalny i prawicowy.

Choć łączy to obie strony duopolu, to populizm każdej z nich ma inną konstrukcję. W tytułowym „bezwstydzie” ogniskują się podstawowe rozpoznania raportu. Po pierwsze, taktyka zawstydzania drugiej strony jest podstawą populizmu liberalnego. Po drugie – taktyka ta przestała działać.

Podejście Hochschild, jak wspominają autorzy, opierało się na rozpoznaniu, iż czego nie tłumaczy ekonomia, to mogą tłumaczyć emocje – jest to zasadniczo próba odpowiedzi na pytanie, dlaczego najbiedniejsi Amerykanie głosują na miliardera, który chce poucinać wydatki socjalne. Autorzy twierdzą, iż także „polską polaryzację napędza nie tyle konflikt interesów czy wartości, ile dynamika wstydu i zagrożonej dumy”. Pozwolę sobie wyrazić pewien sceptycyzm do tej tezy na końcu tekstu.

Piszemy o Ludziach, a nie o władzy

Pokazujemy prawdę o przyczynach, nie o skutkach. Jesteśmy Twoim głosem. Wspieraj niezależność!

Przekaż darowiznę i stań się naszym współwydawcą

Centrum i peryferia, czyli dwa populizmy

Liberalny

Zacznijmy od tego, o którym się mówi mniej: populizmu liberalnego, który charakteryzuje twardy elektorat Koalicji Obywatelskiej.

W przypadku tego najradykalniejszego segmentu elektoratu rzuca się w oczy wątek klasowy: liberalni twardogłowi rekrutują się, wedle badania, stricte spośród ludzi starszych będących przedstawicielami prowincjonalnej inteligencji. Nie dziwi oczywiście obrazek inteligenta głosującego na KO, ale właśnie jego stereotypowość – w innych częściach raportu autorzy wielokrotnie podkreślają, iż podziały klasowe nie przekładają się w tak prosty sposób na wybory polityczne: „Współczesna polska klasa ludowa nie jest jednorodna: jak wynikało z naszych rozmów, bywa zarówno liberalna i proeuropejska, jak i konserwatywna”; „(…) wyborcy PiS mieszkają tak na wsiach, jak i w miastach, mają wykształcenie wyższe oraz zawodowe, są zarówno młodsi, jak i starsi, podobnie jak wyborcy Koalicji. Konflikt elektoratów opiera się więc także na przecięciach tożsamościowych i aspiracjach społecznych (…)”.

Tymczasem tutaj mówimy o opisie jak z dowcipu: „(…) jeden z respondentów, 70-letni nauczyciel, w trakcie wywiadu chwali się swoją biblioteczką, częstuje badacza czerwonym winem, mówi o tym, iż informacje czerpie z wielu bardzo różnych źródeł (czyli «codziennie, od pierwszego numeru czyta Gazetę Wyborczą», «w poniedziałki Newsweek», a «w środy Politykę i Tygodnik Powszechny». Ogląda TVN24, czytuje Onet, przy czym wobec tego ostatniego ma «krytyczne spojrzenie» i «nie wierzy w każde słowo»”.

W tej karykaturalności widać silną potrzebę potwierdzania swojego statusu. Prowincjonalny inteligent pielęgnuje w sobie poczucie „uwięzienia na prowincji”, bycia samotną wyspą cywilizacji na oceanie barbarzyństwa. Konsumowanie odpowiednich mediów i wyrażanie adekwatnych poglądów – np. przesadnego euroentuzjazmu – jest dla niego dystynkcją wielkomiejskiej inteligencji, do której aspiruje.

Ten syndrom oblężonej twierdzy wykształca postawy skrajne i pogardliwe dla drugiej strony – choćby celem odróżnienia się od niej. Po pierwsze, wedle zasad paradoksu dumy, pozwala zamienić własny wstyd ze swojej prowincjonalności na „wstydzenie się za” innych: irracjonalny, nietolerancyjny, prymitywny lud. Po drugie, utwierdza to rzecz jasna w poczuciu własne odrębności i nowoczesności. To orientowanie się ku centrum stanowi tu szerszą tendencję: „Dla liberalnych rozmówców miasto pełni funkcję aspiracyjną i stanowi istotny punkt odniesienia tożsamościowego. (…) Jednocześnie relacja z Warszawą jest ambiwalentna. Jabłkowe Miasto bywa określane jako «sypialnia Warszawy» (…). To zawieszenie między aspiracją do centrum a doświadczeniem marginalności stanowi istotny element tożsamości relacyjnej, a także źródła lokalnego wstydu”. Kierunek, w którym ktoś określa swoje aspiracje – do centralnego zewnętrza czy do lokalnego wewnątrz – decyduje w dużej mierze o wyborach politycznych.

Polaryzacja i radykalizacja poglądów politycznych, czyli gdzie pogrzebaliśmy centrum? Hanna Domańska

Prawicowy

Komponentami, które łączą prawicowych wyborców ponad podziałami partyjnymi i które tworzą prawicowy populizm są, według autorów: „radykalizm, antysystemowość, akceptacja dla autorytaryzmu i suwerenizm”. najważniejszy jest tu fakt, iż respondenci ci związani są bytowo z lokalną gospodarką.

Sukces Nawrockiego polegał, według raportu, na „umiejętnie rozegranych skumulowanych frustracjach «polski powiatowej» związanych ze stanem państwa i usług publicznych, obawą o utratę poziomu życia i poczuciem, iż jest się obywatelem drugiej kategorii, a wielkomiejskie elity nie wiedzą, jak się żyje na prowincji”.

W tych frustracjach szczególne miejsce zajmują Unia Europejska i migranci. Ocena Unii jest ambiwalentna: przy dostrzeganiu profitów dla rozwoju regionu respondenci zwracają uwagę na olbrzymią ilość regulacji, które utrudniają działalność sadowniczą, a w ich wypowiedziach widać też poczucie, iż są „podporządkowani zewnętrznym wymogom”, które „naruszają lokalną dumę”. Stąd odruch suwerenistyczny, będący „emocjonalną odpowiedzią na poczucie zagrożenia i utraty kontroli”. Stosunek do migrantów również ma pewną ambiwalencję: respondenci wiedzą, iż praca migrantów jest im niezbędna, ale przy niskiej jakości i dostępności usług publicznych na prowincji mają poczucie, iż muszą walczyć o ograniczone zasoby – koronnym przykładem jest choćby służba zdrowia. Łatwo wykształca to również poczucie, iż państwo traktuje ich jak obywateli drugiej kategorii.

Mając to na uwadze, można dostrzec, dlaczego „populizm prawicy oferuje nie tylko program polityczny, ale przede wszystkim obietnicę przywrócenia sprawczości i symbolicznego pierwszeństwa tym, którzy czują się pomijani”.

Kulturowe sprzeczności populizmu

Dlaczego zatem „wstyd jako narzędzie zarządzania emocjami” przestał działać? Ponieważ dla prawicowych wyborców z mniejszych ośrodków miasto, centrum przestało być punktem aspiracji – straciło swoją władzę symboliczną.

Przemiany ostatniej dekady sprawiły, iż poczuli się oni bardziej podmiotowi – zarówno ekonomiczne, jak i tożsamościowo. Wydaje się, iż wyciągnęli wnioski z przemian, orientując się, iż wcale centrum nie potrzebują. To ono nie chce tego faktu zaakceptować. Co gorsza, strona liberalna „wydaje się pozbawiona własnych, działających źródeł dumy – ostatnią, dla niej specyficzną, była możność zawstydzania «ludu»”.

Sądzę, iż uprawniona jest teza, iż radykalizacja liberalnego populizmu jest związana z histeryczną reakcją wyborców liberalnych na proces emancypowania się polskiej klasy ludowej, której wstyd był istotnym elementem tożsamości liberalnego wyborcy.

Raport zwraca również uwagę na liczne sprzeczności prawicowego populizmu. Związani z gospodarką lokalną respondenci, głoszący hasła antyunijne i antyimigranckie, zależą przecież bardzo bezpośrednio od środków i polityki Unii oraz taniej migranckiej pracy. Mają poczucie, iż usługi publiczne nie działają i państwo zostawiło ich samych sobie, a zarazem chcą niskich podatków i cięć budżetowych.

Lud i elity?

W trakcie i zaraz po kampanii prezydenckiej kategorie te były wszechobecne – najpierw jako narracja polityczna Nawrockiego, w której był on rzecz jasna reprezentantem ludu, później jako próba wyjaśnienia porażki Trzaskowskiego. Do jakiegoś stopnia zachęcał do tego kontrast między kandydatami, który łatwo osadzał ich w rolach przedstawiciela elit i ludu. Jednak zarówno raport Instytutu Krytyki Politycznej, jak i głosy niektórych publicystów zauważały fałszywość takiej interpretacji. Jej największym grzechem jest anachroniczność – powielanie w dużej mierze narracji o „wygranych i przegranych transformacji”, która była zasadna w roku 2015, ale nie dekadę później. Kalki myślowe są skuteczne, ale nie możemy się zachowywać, jakby w Polsce nic od tego czasu się nie zmieniło.

Ciekawy komentarz powyborczy opublikował w „Tygodniku Powszechnym” Jakub Dymek. Zauważał on, iż

„polska prowincja nie jest już morzem nędzy, zacofania i zgryzoty, jak sądzi niemało zawodowych analityków życia publicznego, którzy rzadko opuszczają stolicę”.

Stąd też analogie sprzed dekady nie mogą się bronić. Dymek twierdzi, iż „w wyborach 2025 r. nie mieliśmy sporu elity i społecznych dołów. Przeciwnie – mieliśmy wybory, w których rozstrzygający był spór dwóch elit. Metropolitalnej i «globalistycznej» oraz lokalnej i «suwerenistycznej»”. Raport nazywa to inaczej, ale analogicznie „podziałem na «liberalnych Europejczyków» i «lokalnych patriotów»”.

W skrócie, nie mówimy tu o konflikcie wielkomiejskich bogaczy i prowincjonalnych nędzarzy. Autorzy raportu twierdzą wręcz, iż pojęcia te uniezależniły się w dużej mierze od kategorii ekonomicznych czy społecznych:

„Dziś bardziej niż kiedykolwiek to, czy zaliczysz się do «ludu», czy «elity», jest raczej efektem wyboru kulturowego i politycznego (…)”. jeżeli zatem potraktować te autoidentyfikacje jako wyraz bardziej „miękkich” dystynkcji społecznych, takich jak styl życia, spędzania wolnego czasu, zainteresowania, upodobania estetyczne, staje się dość jasne, skąd popularność Nawrockiego. Jak pisał dla Klubu Jagiellońskiego Gabriel Czyżewski: „Nawrocki zwyczajnie sprawnie odnajduje się w kodach charakterystycznych dla klasy ludowej. Siłownia, boisko, koło gospodyń wiejskich, msza, patetyczna polityka historyczna, taniec ludowy, solidarność ludzi (nie elit!) czy rolka z Zenkiem Martyniukiem – Nawrocki czuje to imaginarium”. Nie może zatem dziwić, iż duża część wyborców negatywnie zareagowała na agresywną nagonkę na Nawrockiego w liberalnych mediach, dotyczącą kwestii kawalerki, „alfonsa” w hotelu w Sopocie czy snusów.

O ile częściowo podnoszono racjonalne wątpliwości co do przeszłości kandydata, to histeryczny ton i bardzo widoczna pogarda klasowa sprawiały, iż wielu wyborców zaczęło sympatyzować z atakowanym kandydatem. O tym zresztą również w raporcie mowa – jest to koronny przykład na skruszenie liberalnej hegemonii, jako iż pogarda wobec Nawrockiego nie spowodowała „zawstydzenia” wyborców z klasy ludowej, ale poczucie solidarności.

Czy zatem „polską polaryzację napędza nie tyle konflikt interesów czy wartości, ile dynamika wstydu i zagrożonej dumy”?

Nie do końca. Sądzę, iż zrozumienie emocjonalnych pobudek Polaków jest pomocne w uchwyceniu zmian kulturowych w społeczeństwie. Jednak nie powinniśmy właśnie interesów tracić z pola widzenia; jak pisze Dymek: „obie [elity] walczą o to, by Polska opowiedziała się mocniej za jednym z dwóch modeli kapitalizmu. Bardziej globalistycznym, który służy elicie wielkomiejskiej, branżom kreatywnym i sektorowi usług, czy lokalno-suwerenistycznym, który jest lepszy dla wysokoemisyjnych i «brudnych» branż oraz zakłada weto nad Zielonym Ładem, integracją Ukrainy z UE i NATO czy liberalizacją handlu z krajami MERCOSUR na czele”. Opis zarówno zmian kulturowych, jak i ekonomicznych dopiero w pełni tłumaczy oba człony.

Jak sądzę, mówienie o twardych interesach sprawia, iż wiele postulatów politycznych, które wydają się czysto „emocjonalne” czy „nieracjonalne”, nabiera nieco głębszego sensu.

Ponadto twarda gra interesów często pozostaje w ukryciu – mówiąc o zmianach społecznych i kulturowych, trzeba ją naświetlać szczególnie wyraźnie.

Read Entire Article