Sąd pracy w Mediolanie nakazał europosłance Ilarii Salis wypłatę ponad 300 tysięcy euro odszkodowania dwojgu współpracownikom zwolnionym bez uzasadnionej przyczyny. Działaczka lewicy, znana z obrony lokatorów i osób wykluczonych, sama została uznana za pracodawcę łamiącego prawo.
Wyrok sekcji pracy
Orzeczenie wydała sekcja pracy mediolańskiego trybunału, a jego treść ujawniła włoska agencja AdnKronos. Sąd uwzględnił roszczenia dwojga byłych współpracowników europosłanki i zasądził na ich rzecz łącznie ponad 300 tysięcy euro. Co znamienne, prawnicy powodów przez długi czas nie byli w stanie skutecznie doręczyć pozwu, ponieważ pod oficjalnym adresem zameldowania Salis nikt go nie odebrał. Sama zainteresowana nie stawiła się w procesie, który toczył się zaocznie.
Kontrakty do końca kadencji
Obie umowy zawarto na czas pełnienia mandatu europejskiego, z terminem obowiązywania aż do połowy 2029 roku. Współpracownicy otrzymywali wynagrodzenie rzędu blisko trzech tysięcy euro miesięcznie i zajmowali się rozwijaniem projektów, przygotowywaniem kampanii oraz wydarzeń we Włoszech i za granicą, a także kontaktami z instytucjami i doradztwem politycznym. Oboje mieli swój udział w wyborczym sukcesie Salis, która mandat zdobyła w czerwcu 2024 roku. Zwolnienie przyszło kilka miesięcy później, na początku 2025 roku, i to bez zachowania okresu wypowiedzenia.
Od sojuszu do zerwania
Jako powód rozstania sama polityk wskazywała utratę zaufania oraz, jak to ujęto, sytuację niezgodności personalnej i środowiskowej. Jednemu ze współpracowników cofnięto zadania ze skutkiem natychmiastowym, powołując się na niezadowolenie z efektów jego pracy. W praktyce był to tryb szybki i bezwzględny, dokładnie taki, jaki lewicowa działaczka przypisywała zwykle znienawidzonym „właścicielom”. Z sojuszu politycznego został ostry konflikt zakończony salą sądową.
Paradoks bez adresu
W tej historii jest gorzka ironia. Salis zasłynęła jako obrończyni prawa do zajmowania cudzych mieszkań i przez lata czyniła z kwestii lokalowej oś swojej polityki. Tymczasem to właśnie brak stałego, dostępnego adresu utrudnił doręczenie jej pozwu i pośrednio przyczynił się do zaocznego wyroku. Kobieta, która uczyniła z walki z „panami” znak firmowy, została w świetle prawa uznana za pracodawcę, który potraktował własnych ludzi w sposób, jaki sama piętnowała. Orzeczenie zapadło w pierwszej instancji, więc formalnie droga odwoławcza pozostaje otwarta.
Źródło: liberoquotidiano















