Po pierwsze: ogarnąć chaos

polska-zbrojna.pl 10 hours ago

Pododdział piechoty został zaatakowany przez drony. Jest kilkudziesięciu rannych. Rozpoczyna się ewakuacja. Lekarze i ratownicy medyczni stają przed wyzwaniem, które trudno porównać z jakimkolwiek doświadczeniem czasu pokoju. Ich poczynania mieliśmy okazję oglądać podczas warsztatów we wrocławskiej Akademii Wojsk Lądowych.

Warsztaty na AWL wprowadzają uczestników w realia działań operacyjnych

Las na obrzeżach rozległego terenu zajmowanego przez AWL. Na niewielkiej polanie biwakują żołnierze. Mają chwilę na złapanie oddechu – trwa wojna, a oni dopiero co wyszli z walki. Nagle nad polanę nadlatuje dron, który zrzuca ładunek wybuchowy. Potem kolejne. Żołnierze starają się odeprzeć atak, ale straty są ogromne. Rany odniosło prawie 80 wojskowych. Rozpoczyna się ewakuacja.

Pomoc na kilku poziomach

REKLAMA

Poboczem wiodącej przez las drogi biegną wojskowi z noszami. Wokół niosą się krzyki, jęki, czasem przekleństwa. Z ran leje się sztuczna krew. Lżej poszkodowani idą o własnych siłach, wspierani przez kolegów. Kolumna jest osłaniana przez żołnierzy z karabinami. Nie bez przyczyny. niedługo nad drogą pojawia się kolejny dron. Krąży, zrzuca granat, odlatuje. Na szczęście tym razem nie ma poszkodowanych.

Tymczasem noszowi biegną do ukrytych w lesie stanowisk. To tzw. gniazdo rannych, nazywane też Casualty Collection Point (CCP). – Tutaj medycy dokonują triażu. Wskazują poszkodowanych wymagających natychmiastowej pomocy oraz tych, którzy mogą poczekać na nią trochę dłużej. Ranni są przydzielani do trzech kategorii: urgent, priority i routine – tłumaczy Sebastian Madzia, instruktor z Zakładu Ratownictwa Pola Walki Akademii Wojsk Lądowych.

Idziemy w las, by dokładniej przyjrzeć się wykonywanej tam pracy. Wokół wyniesionych z polany żołnierzy krzątają się lekarze i ratownicy medyczni. „Pamiętasz, co się stało? Potrafisz to opisać?” – słyszę przy jednym ze stanowisk. „Tak, był wybuch. Dostałem w plecy. Boliii…” – pada odpowiedź. Kolejne stanowisko: „Będzie dobrze, ale nie zasypiaj. Mów do mnie. O czym myślisz?”. „O wakacjach. Planowałem wyjechać z dziewczyną do Turcji…”. „Dobrze, mów cały czas”.

Medycy wstępnie opatrują rany. Tymczasem na pobliskiej drodze pojawiają się już medyczne Rosomaki. Poszkodowani przenoszeni są leśną ścieżką wprost do pojazdów. Po chwili pierwszy z nich rusza. Po nim kolejne. Jedziemy za nimi – wprost do ROL 1. Pod tą nazwą kryje się punkt zabezpieczenia medycznego pierwszego poziomu. Innymi słowy: prosty polowy szpital. Został on urządzony w dwóch miejscach – magazynie i szatniach dawnego stadionu sportowego. Rosomaki są już na miejscu. Ranni wynoszeni są jeden po drugim. Noszowi poruszają się biegiem.

Noszowi poruszają się biegiem.

Wchodzę do wnętrza pierwszej z placówek. Ciasno i ciemno. Ranni leżą na stołach, które lekarze i ratownicy medyczny doświetlają dzięki „czołówek”. Badają pacjentów, podłączają kroplówki, opatrują rany. – Nasze zadanie polega na stabilizacji poszkodowanych w oczekiwaniu na transport do ROL 2, czyli placówki medycznej operującej na wyższym poziomie zaawansowania. W razie potrzeby podajemy krew, leki, drenaż klatki piersiowej, unieruchamiamy złamane kończyny, słowem wdrażamy podstawowe procedury medyczne – tłumaczy „Szrama”, starszy instruktor Sekcji Szkolenia Medycznego w krakowskim Centrum Szkolenia Wojsk Specjalnych. Na tym jednak nie koniec. jeżeli okazałoby się, iż transport do ROL 2 z jakichś względów będzie opóźniony, w placówce pierwszego poziomu lekarze mogą wykonać proste zabiegi chirurgiczne. – Jesteśmy przygotowani do opieki nad pacjentem choćby przez 14 godzin – zapewnia „Szrama”.

Jedziemy dalej. Trasa wiedzie przez tereny AWL-u, wprost do budynku klubu wojskowego. Na podjeździe rząd karetek. Co chwila podjeżdżają kolejne. Zgodnie ze scenariuszem szpital znajduje się kilkadziesiąt kilometrów od linii frontu, tak więc do przewożenia rannych nie potrzeba już opancerzonych pojazdów. Czasem jednak i tutaj pojawia się Rosomak. Jakąś godzinę temu na przykład rannych z CCP trzeba było przywieźć bezpośrednio tutaj, bo ROL 2 okazał się przepełniony. Nad logistyką czuwa TOK (punkt dowodzenia), który został rozłożony w rogu obszernej hali na pierwszym piętrze. Zaglądamy tam na chwilę – na ścianie tablica z rozrysowanym schematem punktów medycznych i środków transportu. Koordynator co chwila dokleja, zdejmuje, przesuwa ikonki Rosomaków i karetek, dopisuje liczbę rannych.

Tymczasem za naszymi plecami trwa krzątanina. Ranni leżą na łóżkach, niektórzy podłączeni zostali do specjalistycznej aparatury ratującej życie. Pomiędzy łóżkami przechadza się lekarz. Instruuje podwładnych. „Gdzie karta tego pacjenta? Zaginęła? To załóżcie nową. I pamiętajcie: jest was dwóch, więc możecie zajmować się maksymalnie trzema osobami” – słyszę. W sąsiedniej sali operacyjnej trwa symulowana operacja. – Na tym poziomie można zrobić już adekwatnie wszystko – przyznaje Marcin Klepczarek, rezerwista i członek personelu medycznego ROL 2. – Mamy tutaj pełny zespół chirurgiczny z anestezjologami i ortopedami. Mamy pielęgniarki, ratowników medycznych. Jesteśmy w stanie przeprowadzić choćby stosunkowo skomplikowane operacje ratujące życie – dodaje.

Rozmawiamy tylko przez chwilę, bo do placówki właśnie docierają kolejni ranni. I tak będzie do wieczora.

Wojna dronów

W warsztatach wzięło udział 90 lekarzy i ratowników medycznych, zarówno cywilów, jak i wojskowych. Obsadzili oni poszczególne punkty pomocy – od PCC po ROL 2. W role poszkodowanych wcielili się podchorążowie z AWL-u. – To doskonały sposób na usystematyzowanie wiedzy i odświeżenie zdobytych już umiejętności – zaznacza Sebastian Kondoszek, ratownik medyczny z oświęcimskiego SOR-u i żołnierz wojsk obrony terytorialnej, który przez kilkanaście lat służył w 17 Wielkopolskiej Brygadzie Zmechanizowanej. Podczas warsztatów pracuje on w obsadzie ROL 1. Co jest tutaj najtrudniejsze? –Ogarnięcie chaosu i skupienie się w danym momencie na jednej, najważniejszej rzeczy. Do tego dochodzi konieczność podejmowania szybkich decyzji. A to nie lada wyzwanie, biorąc pod uwagę stres… – przyznaje.

Same warsztaty stanowiły element konferencji „Systemy ratownicze a bezpieczeństwo cywilne i wojskowe”, którą wrocławska uczelnia zorganizowała już po raz jedenasty. – Członkowie szeroko pojmowanego personelu medycznego często pracują w trudnych okolicznościach. Ale działanie w warunkach wojennych, nagły i masowy dopływ rannych to sytuacja ekstremalna i nikt tak naprawdę nie jest na nią do końca przygotowany. Dlatego właśnie należy ćwiczyć współdziałanie specjalistów z różnych sektorów, testować procedury, przygotowywać się do najbardziej skomplikowanych wyzwań – podkreśla dr Beata Zysiak-Christ, kierownik Zakładu Ratownictwa Pola Walki AWL. Jak dodaje, nie mniej istotne jest tutaj odpowiednie przygotowanie osób spoza środowiska medycznego – zarówno żołnierzy wszystkich rodzajów sił zbrojnych, jak i cywilów – tak by umieli udzielać pomocy podczas tzw. zdarzeń nagłych.

Warto przy tym skorzystać z doświadczeń Ukrainy, która od ponad czterech lat walczy z rosyjską inwazją. – Kiedy rozpoczynała się wojna, byliśmy w stanie zorganizować ROL 1 czy ROL 2 cztery, pięć kilometrów od strefy walk. Dziś to niemożliwe ze względu na wszechobecne drony. Strefa zagrożenia sięga 10–15 km w głąb terytorium, które nie jest bezpośrednio objęte walkami. Punkty medyczne jesteśmy zmuszeni organizować pod ziemią, często korzystamy też ze szpitali cywilnych, choć i one stają się celem rosyjskich ataków. Mamy do czynienia z wrogiem, który nie respektuje prawa humanitarnego – mówi dr hab. n. med. mjr Dmytro Samofałow, dyrektor Departamentu Zdrowia w Ministerstwie Obrony Ukrainy.

Tymczasem organizatorzy zapowiadają już kolejne edycje konferencji. – W obecnych niepewnych czasach musimy być przygotowani na najgorsze scenariusze – podsumowuje dr Zysiak-Christ.

Łukasz Zalesiński
Read Entire Article