USA ujawniły pliki o UFO i UAP. Trump zachęca: sprawdźcie sami
Amerykański rząd otworzył kolejną szufladę z dokumentami o UFO i UAP, czyli niezidentyfikowanych zjawiskach anomalnych. Donald Trump nadał sprawie widowiskowy ton, życząc Amerykanom „dobrej zabawy”, ale najważniejszy wniosek jest dużo bardziej przyziemny: ujawnione materiały nie są dowodem na istnienie obcych cywilizacji.
To raczej archiwum pytań niż archiwum odpowiedzi. W pierwszej partii znalazły się dokumenty, zdjęcia, nagrania i relacje zbierane przez dekady przez różne instytucje państwowe. Część opisanych spraw przez cały czas pozostaje niewyjaśniona, ale „niewyjaśniona” nie znaczy automatycznie „pozaziemska”.
Amerykański resort obrony, występujący na rządowej stronie jako Department of War, ogłosił publikację pierwszej partii materiałów w ramach programu PURSUE. To skrót od Presidential Unsealing and Reporting System for UAP Encounters, czyli systemu ujawniania i raportowania spotkań z UAP. W przedsięwzięcie zaangażowano m.in. Biały Dom, wywiad, Departament Energii, NASA, FBI oraz AARO, biuro zajmujące się analizą takich zgłoszeń.
Według CBS pierwsza publikacja obejmuje 162 pliki: dokumenty PDF, nagrania wideo i pliki graficzne. Reuters pisał o około 170 materiałach, wśród których są m.in. raport z 1947 roku o „latających dyskach”, zdjęcia z misji Apollo oraz transkrypcje rozmów astronautów. Już sam zestaw brzmi jak paliwo dla wyobraźni, ale w praktyce jest to mieszanka historycznych meldunków, obserwacji wojskowych, relacji świadków i materiałów, których sens wymaga ostrożnej analizy.
Trump w swoim stylu zrobił z publikacji polityczny spektakl. Napisał, iż zgodnie z obietnicą udostępniono pierwszą partię plików UFO/UAP do publicznego przeglądu, a poprzednie administracje nie były w tej sprawie wystarczająco otwarte. Dodał, iż teraz ludzie mogą sami zdecydować, „co tu adekwatnie, do diabła, się dzieje”, po czym dorzucił: „Bawcie się dobrze”.
Rządowa strona poświęcona UAP wyjaśnia, iż opublikowane materiały dotyczą spraw nierozwiązanych. Innymi słowy: państwo nie potrafi na podstawie dostępnych danych jednoznacznie powiedzieć, czym było dane zjawisko. Powodem może być zbyt krótka obserwacja, słaba jakość nagrania, brak danych z innych sensorów albo zwyczajnie to, iż po latach nie da się już odtworzyć pełnego kontekstu.
Niezidentyfikowany obiekt nie musi być statkiem z innej planety. Może być dronem, balonem, satelitą, efektem atmosferycznym, błędem odczytu, odbiciem światła, tajnym sprzętem wojskowym albo czymś, czego nie da się już wiarygodnie wyjaśnić. Dla wojska to przez cały czas może być sprawa poważna, bo każda nieznana aktywność w pobliżu przestrzeni operacyjnej jest pytaniem o bezpieczeństwo.
Co naprawdę pokazują pliki
Wśród ujawnionych materiałów są relacje z misji Apollo, zdjęcia z powierzchni Księżyca, dokumenty FBI, depesze dyplomatyczne i nagrania z wojskowych sensorów. AP opisała m.in. relacje o jasnych obiektach, nietypowych manewrach oraz obserwacjach, które z dzisiejszej perspektywy pozostają trudne do oceny. CBS zwróciło uwagę na fotografie z misji Apollo 12 i Apollo 17 oraz nagrania z podczerwieni, na których widać obiekty rejestrowane przez platformy wojskowe.
Sekretarz Pete Hegseth przekonywał, iż dokumenty przez lata były schowane za klauzulami i podsycały „uzasadnione spekulacje”. To zdanie dobrze pokazuje napięcie wokół całej sprawy. Z jednej strony jest realna potrzeba jawności, bo obywatele mają prawo wiedzieć, co państwo gromadziło przez dekady. Z drugiej strony samo zdjęcie, nagranie albo wojskowa notatka nie stają się dowodem tylko dlatego, iż wcześniej były tajne.
W komunikacie rządowym pojawiły się też wypowiedzi dyrektorki wywiadu Tulsi Gabbard, szefa FBI Kasha Patela i administratora NASA Jareda Isaacmana. Wspólny ton tych komentarzy jest jasny: administracja Trumpa chce pokazać publikację jako przełom w przejrzystości państwa. Warto jednak oddzielić polityczną oprawę od tego, co faktycznie wynika z dokumentów. A wynika z nich przede wszystkim to, iż część obserwacji przez cały czas nie ma pewnego wyjaśnienia.
Obama, Strefa 51 i wielka potrzeba odpowiedzi
Sprawa wróciła z nową siłą także przez słowa Baracka Obamy. Były prezydent, pytany w podcaście o obcych, powiedział, iż „istnieją”, ale dodał, iż sam ich nie widział i iż nie są przetrzymywani w Strefie 51. Później doprecyzował, iż chodziło mu o wysokie prawdopodobieństwo istnienia życia gdzieś we Wszechświecie, a nie o wiedzę o kontakcie pozaziemskich istot z Ziemią.
To rozróżnienie ma najważniejsze znaczenie. Można uznawać, iż w ogromnym Wszechświecie życie poza Ziemią jest prawdopodobne, a jednocześnie nie twierdzić, iż obcy odwiedzili naszą planetę. To dwie różne tezy i tylko ta druga wymagałaby naprawdę mocnych dowodów: nie rozmazanego nagrania, ale danych, które można niezależnie potwierdzić.
Dlatego nowe archiwum będzie prawdopodobnie czytane na dwa sposoby. Entuzjaści zobaczą w nim zapowiedź większego ujawnienia, sceptycy kolejną paczkę niejednoznacznych zdjęć i relacji. Najrozsądniej potraktować je jako materiał do analizy, ale nie jako gotową odpowiedź.
Amerykański rząd pokazuje dokumenty, których przez lata nie było w publicznym obiegu, i przyznaje, iż części opisanych zjawisk nie potrafi jednoznacznie wyjaśnić. To ważne, interesujące i warte śledzenia. Ale to wciąż nie to samo, co powiedzieć: mamy dowód, iż nie jesteśmy sami.
Źródło: U.S. Department of War, WAR.GOV/UFO, Reuters, Associated Press, CBS News, The Guardian












