Prezydent Nikaragui Daniel Ortega znalazł prosty sposób na problem z opozycją: zapowiedział, iż wyborów po prostu już nie będzie, bo w przeciwnym razie jego przeciwnicy mogliby kiedyś przejąć władzę. Ogłosił to w 47. rocznicę sandinistowskiej rewolucji, wieńcząc budowę reżimu, w którym urząd współprezydenta objęła jego własna żona. To nie odległa, egzotyczna ciekawostka, ale jeden z sygnałów, iż autorytarna, komunistyczna pokusa wraca do gry również tam, gdzie wydawało się, iż przegrała na zawsze.
„Model kubański” nad jeziorem Managua
Daniel Ortega postawił sprawę otwarcie. Skoro wolne wybory groziłyby tym, iż jego przeciwnicy kiedykolwiek sięgną po władzę, wyborów po prostu nie będzie. Jak podaje włoski dziennik „Libero”, powołując się na „Vatican News”, prezydent Nikaragui domyka w ten sposób proces, który rozpoczął rok wcześniej. Przeforsowane wtedy zmiany w konstytucji uczyniły jego żonę, Rosario Murillo, „współprezydentem” i wydłużyły kadencję do sześciu lat. Ogłoszenie końca wyborów przypadło na 47. rocznicę sandinistowskiej rewolucji z 1979 roku.
Sam reżim bywa opisywany jako rozchwiany i mało poważny, ale nie ma w tym nic zabawnego. Nikaragua otwarcie kopiuje wzorzec kubański: jedna partia, jedna rodzina, żadnej realnej konkurencji.
Od wyborczego zwycięstwa do dyktatury
Droga Ortegi do władzy zaczęła się w majestacie demokracji. Sandiniści wygrali wybory w 2006 roku, a przez kolejne lata rządzili, zachowując fasadę pluralizmu. Fasada kruszyła się jednak systematycznie. Głosowanie z 2021 roku uznano za sfałszowane po tym, jak Ortega kazał aresztować opozycjonistów oraz przedstawicieli świata biznesu i zdławił niezależne głosy. Dziś reżim porzuca choćby pozory i jawnie zmierza ku dyktaturze.
Czerwony powrót: Moskwa, Pekin, Teheran
Nikaragua nie jest wyjątkiem, ale elementem szerszego trendu. Po 1989 roku wydawało się, iż klasyczny komunistyczny reżim jednej partii odszedł do historii, pogrzebany pod ciężarem własnych zbrodni i klęsk. Pozostał w Chinach, na Kubie, w Korei Północnej i w niewielu innych miejscach. Ostatnie lata przyniosły jednak nawrót do „starej czerwieni” i systemów, które odrzucają wolność.
Najgłośniejszym przykładem jest Rosja. Około 2000 roku odziedziczyła po Borysie Jelcynie demokrację, kruchą i niedoskonałą, ale realną, i była niemal o krok od zbliżenia z NATO, czego symbolem stał się szczyt w Pratica di Mare. Później Kreml wrócił na starą, autorytarną drogę, łącznie ze zbrojną agresją, w tym z wojną na Ukrainie. Podobną trajektorię obrały Nikaragua i inne państwa. Ośmielone gospodarczymi sukcesami Chin, na które Zachód patrzył zbyt długo z naiwną pobłażliwością, szukają dziś wokół Pekinu antyzachodniego bloku. Ten zaś coraz częściej spina się z islamizmem, choćby w wydaniu reżimu w Teheranie.
Sygnały płyną także z samego Zachodu. Część tamtejszej lewicy zapomina o reformizmie i skręca ku radykalizmowi. choćby w Stanach Zjednoczonych temat zagrożenia komunizmem wrócił do centrum debaty, a głos w tej sprawie zabierał sekretarz stanu Marco Rubio.
Lekcja, którą Polska zna najlepiej
Dla polskiego czytelnika w tej opowieści nie ma nic egzotycznego. „Fasada demokracji”, za którą kryje się władza jednej partii i jednego człowieka, to mechanizm, który nasz naród poznał aż nadto dobrze przez blisko pół wieku. Dlatego lekceważenie takich sygnałów jako spraw dalekich i nieistotnych bywa kosztownym błędem. Pytanie, które warto sobie postawić, brzmi: czy Zachód rozpozna wracający wzorzec, zanim ten znów urośnie w siłę?
Źródło: liberoquotidiano













