Ekspansji i podboju, eufemistycznie zwanych „zjednoczeniem Niemiec” i uwieńczonych utworzeniem II Rzeszy, czyli Cesarstwa Niemieckiego, dokonało – Królestwo Prus. Te same, które swój początek wzięło od sprowadzenia do Polski krzyżaków, potem przez Polskę pokonanych i przeobrażonych w podległe naszemu państwu lenno.
Czy bez krzyżaków w Polsce, bez podporządkowanego Polsce księstwa, które przy okazji szwedzkiego najazdu spod polskiej dominacji się wyzwoliło a potem samozwańczo ogłosiło królestwem, doszłoby do zjednoczenia Niemiec? A jeżeli choćby tak – to czy kiedykolwiek stałyby się one wtedy potęgą zdolną do rozgramiania Monarchii Habsburgów, Francji, o Danii choćby nie wspominając? Czy kiedykolwiek osiągnęłyby one wtedy potencjał umożliwiający wywoływanie dwóch wojen światowych?
Nie sposób zaprzeczyć – to nasi Piastowie ściągnęli na obszar dzisiejszej Warmii i Mazur protoplastów późniejszej II i III Rzeszy. Zanim bestia ta wyhodowała się na naszej polskiej krwi – przez stulecia leżała pod polskim butem. Co nie znaczy, iż była prześladowana. Jej mieszkańcy, zarówno rycerstwo, jak też mieszczaństwo i chłopi, woleli oddychać polską wolnością niż cierpieć teutoński ucisk. Takie spojrzenie jest oczywiście ahistoryczne, więc może i nieuprawnione, ale trudno mu się oprzeć. Ale w tym spojrzeniu jest prawda – taka, iż tylko i wyłącznie skutkiem nadmiernej polskiej tolerancji i łagodności (a prawdopodobnie i naiwności) nasi przodkowie dopuścili do wypoczwarzenia się straszliwego potwora. Tego, który najpierw zainicjował zabicie Polski a potem raz za razem topił świat w orgii największych, najstraszliwszych wojen w całych świata tego dziejach.
Teoretycznie – od roku 1945 Prusy nie istnieją. W rzeczywistości – ich tradycja stanowi jednak kwintesencję tradycji wszystkich niemieckich państwowości. W niczym nieumniejszonym rozmiarze także – tradycję dzisiejszej Republiki Federalnej Niemiec. Te Prusy są w państwowych barwach, w państwowym godle, w państwowym hymnie RFN. Znak czarnego krzyża na niemieckich flagach, na niemieckich czołgach, samolotach, na okrętach wojennych i całym niemieckim orężu – wziął się z tego samego zakonu krzyżackiego i z tegoż samego pruskiego – państwa. Znakiem tej pruskiej tożsamości były też te wielkie wertykalne dominanty, które w Niemczech wznoszono, by dominowały nad miastami. Takie, jak wzorowany na wielkim krzyżackim zamczysku wielki zespół sądów w samym środku Wrocławia. Cala ta bijąca po oczach butna, ostentacyjna niemieckość – wywodzi się właśnie z Prus. Tych kiedyś całkowicie Polsce podporządkowanych. Tych, które zgodnie z literą kolejnych hołdów, miały ostatecznie i nieodwołalnie zniknąć skutkiem całkowitej inkorporacji – w wyniku dołączenia do koronnych województw Rzeczpospolitej.
Mieliśmy w ubiegłym roku jakże okrągłą, pięćsetną, pół – tysięczną (!), rocznicę Hołdu Pruskiego. Czy jest się czemu dziwić, iż w Polsce pod rządami partii niemieckich interesów, przeszła ona w sposób niemal całkowicie niezauważalny? Najdonioślejszym faktem z rocznicą tą związanym jest znakomita i przepięknie wydana książka autorstwa profesora Stefana Ciary. Ukazała się nakładem Białego Kruka i jest dziełem pod każdym względem arcy – mistrzowskim! Przeczytałem ją z zainteresowaniem przeogromnym i ciągle narastającym. I mimo, iż jej temat od dekad był mi raczej nieźle znany, to jednak na pewno niedługo przystąpię do ponownej książki tej lektury. Niemal każda bowiem jej strona to światło rzucane na okoliczności i aspekty bardzo ważne, szalenie interesujące a zwykle słabo nam znane. Całe mnóstwo więc w tej książce momentów wymagających zastanowienia, zmuszających do refleksji.
Fakt pierwszy jest taki, iż Prusy składały nam nie jeden hołd, ale hołdów cały szereg. Po tym znanym nam najlepiej, uwiecznionym w słynnym obrazie Jana Matejki, były hołdy składane nie tylko w Krakowie, ale i w Warszawie, przez kolejnych pruskich książąt, przed kolejnymi polskimi królami. One też były uwieczniane i to piórami tak niepoślednimi, jak np. Jana Kochanowskiego. Jakie jest moje podstawowe wrażenie po zapoznaniu się z tą długą, jakże wielowątkową historią? Dałaby się ona streścić jako nie kończące się zmagania z jakąś niesłychanie zdradliwą, permanentnie wiarołomną, agresywną i podstępną ośmiornicą. prawdopodobnie w tym miejscu obrażam i wszystkie gatunki głowonogów czy kałamarnic, gdyż bestia pruska macek nie miała osiem czy dziesięć, ale całe ich roje. A wszystkie oplątujące, oszukujące, lepkie od podstępu i oszustwa, ohydne i podłe. Przy lekturze tej przypominają się słowa Pawła Jasienicy ubolewającego, iż otoczona wrogami Polska nie zdecydowała się wyeliminować choćby jednego z nich. Wdeptanie w ziemię choćby tego jednego, najsłabszego, jakim były właśnie Prusy, ocaliłoby Polsce życie. Przekreśliłoby ryzyko późniejszych rozbiorów. Bez dwóch zdań – danie wiary przedstawicielom najpodlejszej z europejskich dynastii, czyli Hohenzollernom, było największym z błędów całej naszej narodowej historii.
Czy jednak było to tak oczywiste i łatwe? Profesor Stefan Ciara nie daje na to żadnej oczywistej odpowiedzi. Przypomina, iż każdej z szans zakończenia autonomicznego czy niepodległego bytu Prus towarzyszyły niebagatelne problemy nagle wybuchające zwykle na drugim końcu naszego wielkiego wówczas państwa. Ilekroć przychodził zdawałoby się nieuchronny kres podstępnego lennika – na Polskę ruszali Turcy, Tatarzy, Szwedzi lub Moskale, bunt wszczynał Gdańsk albo Kozacy. Prusy przez całe stulecia balansowały na cieniuteńkiej linie ale… Nigdy z tej liny nie spadły. Aż w końcu doczekały się najliczniejszego, najpotworniejszego, najbardziej niszczycielskiego najazdu na Rzeczpospolitą. A wtedy ten moment słabości wykorzystały, by od swego polskiego dobroczyńcy się uniezależnić a następnie – dokonać na nim mordu.
„Hołdy Pruskie” Stefana Ciery to lektura, przy której serce rośnie i krwawi. Rośnie, bo to książka prawdy o niegdysiejszej, ogromnej polskiej wielkości. A krwawi, bo to też lektura o bestii, jaką na własną zgubę wyhodowaliśmy na swej własnej piersi. Ta książka jest jak arcy – podręcznik politycznego myślenia. Jak gra w szachy, kiedy to w polu widzenia trzeba mieć kilka frontów i każdy ruch mnożących się wrogów przewidywać o kilka ruchów wcześniej. „Hołdy Pruskie” to też lekarstwo na takie polskie choroby, jak niedostateczna doza ostrożności i sceptycyzmu, jak nadmiar ufności czy wiara w słowo tych, których słowo nic nie znaczy. To kawałek wielkiej, barwnej, piekielnie złożonej polskiej historii. To kwintesencja brutalnej lekcji, jaką szlachetnej Polsce i szlachetnym Polakom dała bezceremonialna i okrutna historia.
Artur Adamski












