W pewnej krainie tak zaistniało,
że na pisdęta głosów niemało
padło z tej strony, co w głowach siano
zamiast rozumu w niej posiadało.
I odtąd pisdęt – słoń w porcelanie,
tłucze, co może, myśląc: „Bezkarnie
mogę to robić. Dobre – wetować.
Mam immunitet, on mnie uchowa.
Z kary uwolnię, bez żadnej racji,
zwłaszcza kiboli; są z mojej nacji.
Mogli sędziowie, nim ich skazali,
pomyśleć, żem też lubił się walić”.
Tak były kibol, szczerząc zębiska,
nadęty w muskuł, rechotem pryska:
„Mam kancelistów. Choć łamię prawo,
moje wyczyny dobrem objawią”.
Długo to potrwa? Są ludzie zgodni:
„Wszystko do czasu. Jemu podobni
też byli pewni, w kilku krainach,
że sprawiedliwość ich się nie ima”.
Lecz, gdy historii tryby powoli
zmieliły kłamstwa… (choć zwłoka boli),
nadchodził czas i głos prawdy śpiewał:
„Sprawiedliwości owoc dojrzewa”.
Dziś w którym kraju? Jak zwą pisdęta?
Małe zagadki. Pewnik – dzień święta
i czas rozliczeń przyjdzie sądownie.
Znów nie od razu, ale nieuchronnie.












