Rząd rozważa wprowadzenie w 2027 r. nowej stawki PIT 24 proc. dla osób wpadających dziś w drugi próg, a w Sejmie leży projekt podniesienia granicy z 120 tys. do 140 tys. zł. Dla ok. 2 mln podatników oznaczałoby to niższy podatek od nadwyżki, ale nie reformę systemu.
Co naprawdę jest na stole
Według ustaleń Business Insider Polska, rządowe źródła potwierdzają, iż jedną z poważnie rozważanych opcji jest nowa stawka PIT 24 proc. od 2027 r. dla osób, które dziś wpadają w drugi próg podatkowy. w tej chwili skala ma dwa zasadnicze poziomy: 12 proc. i 32 proc., a wyższa stawka dotyczy nadwyżki ponad 120 tys. zł rocznego dochodu. To ważne, bo wokół progów podatkowych politycy lubią budować emocje, a system działa mniej widowiskowo: po przekroczeniu progu wyżej opodatkowana jest nadwyżka, nie cała pensja.
Druga ścieżka jest już formalnie widoczna w Sejmie. Wykaz projektów Sejmu X kadencji pokazuje projekt RPW/12830/2026, złożony 14 kwietnia 2026 r., który zakłada podwyższenie progu podatkowego z 120 tys. zł do 140 tys. zł. To projekt poselski, a nie przyjęta ustawa. Konsultacje publiczne trwały od 15 kwietnia do 15 maja 2026 r., a projekt ma status aktywny.
W praktyce są więc dwa warianty rozmowy: podnieść stary próg albo wstawić między 12 proc. i 32 proc. nową stawkę 24 proc. Oba rozwiązania mają przynieść ulgę ludziom, którzy zarabiają dobrze jak na polskie warunki, ale nie są żadną finansową elitą. To lekarze, inżynierowie, specjaliści, część nauczycieli akademickich, menedżerowie średniego szczebla, pracownicy biorący nadgodziny i rodziny, które utrzymują się z dwóch solidnych pensji.
Klasa średnia płaci za zamrożone progi
Problem jest prosty. Płace rosły, ceny rosły, koszty życia rosły, a próg 120 tys. zł coraz częściej łapie ludzi, których państwo powinno wzmacniać, a nie traktować jak wygodny rezerwuar pieniędzy. Polska potrzebuje klasy średniej zakorzenionej w kraju: rodzin kupujących mieszkania, ludzi inwestujących w dzieci, fachowców nieuciekających na emigrację i przedsiębiorczych pracowników, którzy nie kalkulują, czy dodatkowy wysiłek oddać fiskusowi.
Dlatego sama idea obniżenia obciążenia dla tej grupy jest słuszna. Państwo, które chce mieć silny naród, nie może karać awansu. Nie może wysyłać sygnału, iż po przekroczeniu pewnego poziomu ambicji obywatel staje się przede wszystkim podatnikiem do wyciśnięcia. Podatki mają finansować wspólne bezpieczeństwo i podstawowe funkcje państwa, ale nie mogą dławić pracy, oszczędzania i odpowiedzialności za rodzinę.
O szczegółach trzeba jednak mówić bez propagandowego lukru. Nowa stawka 24 proc. byłaby ulgą względem 32 proc., ale przez cały czas oznaczałaby wysoki klin podatkowy w kraju, który konkuruje o ludzi i kapitał. Podwyższenie progu do 140 tys. zł byłoby ruchem sensownym, ale spóźnionym. Inflacja już wykonała swoje. Polacy płacili więcej nie dlatego, iż realnie stali się bogaczami, ale dlatego, iż nominalne pensje doganiały drożyznę.
Rząd nie daje prezentu. Oddaje część zabranych pieniędzy
Władza będzie próbowała sprzedać zmianę jako hojny gest. To wygodne, ale fałszywe. Niższy PIT nie jest prezentem od rządu. To mniejszy pobór pieniędzy wypracowanych przez obywateli. Narodowo-konserwatywne spojrzenie na gospodarkę zaczyna się właśnie tutaj: silne państwo nie oznacza państwa pazernego. Oznacza państwo, które wie, kiedy opodatkować, a kiedy zostawić rodzinom oddech.
Na Dzienniku Narodowym pisaliśmy już, iż PIT 24 proc. ma drugie dno. Rząd może jednocześnie obniżać wybrane obciążenia i zostawiać system pełen wyjątków, pułapek oraz arbitralnych decyzji. A polski podatnik nie potrzebuje kolejnej kampanii wizerunkowej. Potrzebuje stabilnych reguł, prostego rozliczenia i pewności, iż państwo nie zmienia zasad po drodze.
Ten brak stabilności uderza zwłaszcza w pracujących i małe firmy. W innym tekście opisywaliśmy, jak przedsiębiorcom doskwiera niestabilność i skomplikowanie przepisów podatkowych. To ten sam problem, tylko widziany z drugiej strony. Etatowiec boi się progu, przedsiębiorca boi się interpretacji, a państwo wciąż zachowuje się tak, jakby obywatel miał nie pracować, ale pilnować labiryntu przepisów.
Budżet też musi być uczciwie pokazany
Każda obniżka PIT ma koszt dla budżetu. Tego nie wolno zamiatać pod dywan. jeżeli rząd chce wprowadzić nową stawkę albo wyższy próg, musi pokazać finansowanie i nie może przykrywać sprawy kolejnym długiem. Polska potrzebuje niższych podatków, ale potrzebuje też poważnego państwa, które nie finansuje kampanii wyborczej kartą kredytową przyszłych pokoleń.
W tym sensie spór o nowy próg podatkowy jest testem wiarygodności. o ile zmiana będzie jedynie wyborczą ulgą, gwałtownie utonie w chaosie budżetowym. o ile będzie częścią szerszego porządkowania PIT, ograniczania wydatków i wzmacniania pracy, może stać się krokiem w dobrą stronę.
Dla Polaków stawka jest bardzo praktyczna: ile zostanie w portfelu po dodatkowej premii, dyżurze, awansie albo zleceniu. Dla państwa stawka pozostało większa. Czy Polska będzie krajem, który nagradza pracę i rodzinny awans, czy krajem, który klasę średnią chwali w przemówieniach, a w listopadzie i grudniu zabiera jej coraz większą część pensji.
Źródło: Business Insider Polska, Sejm RP, Interia Biznes.







