To miał być kolejny zwykły wyjazd niemieckiego pogotowia ratunkowego, jednak sytuacja bardzo gwałtownie przerodziła się w wydarzenie, podczas którego ratownicy zaczęli obawiać się o własne bezpieczeństwo. Jak relacjonuje niemiecki „Focus”, zespół został wezwany do arabskiego mężczyzny mającego kilka żon i kilkadziesiąt dzieci. Kiedy ratownicy dotarli na miejsce, pacjent leżał bez życia na podłodze, a wokół niego znajdowało się już około 20 osób. Z trudem wyprosili ich do sąsiedniego pomieszczenia.
Niemiecki sanitariusz ujawnił prawdę o pracy wśród imigrantów z „trzeciego świata”. Ratownicy rozpoczęli reanimację araba, jednak mimo podjętych działań nie udało się przywrócić mu funkcji życiowych i lekarz był zmuszony stwierdzić zgon. Kiedy otworzył drzwi od sąsiedniego pokoju, aby przekazać rodzinie tragiczną wiadomość, okazało się, iż w salonie znajduje się już około 50 osób. Zgromadzeni nie chcieli zaakceptować informacji o śmierci, domagali się dalszej reanimacji i atakowali ratowników.
Według relacji sanitariusza sytuacja zaczęła się gwałtownie zaostrzać. Członkowie rodziny mieli krzyczeć na ratowników, szarpać ich za ubrania i popychać, a presja wywierana na zespół była tak duża, iż sanitariusz zaczął obawiać się, iż za chwilę może dojść do poważnego ataku fizycznego. W pewnym momencie, jak wspominał, pomyślał: „zaraz nas zlinczują”. Ostatecznie ratownicy opuścili lokal, ale dopiero dzięki interwencji policji.
To jednak nie koniec tej historii. Sanitariusz twierdzi, iż podczas niektórych podobnych interwencji zagrożone jest nie tylko prawidłowe udzielenie pomocy pacjentowi, ale również zdrowie i życie samych ratowników. Jego zdaniem o tym problemie trudno jednak mówić otwarcie, ponieważ osoby zwracające uwagę na różnice kulturowe i problemy występujące podczas interwencji mogą bardzo gwałtownie usłyszeć zarzut rasizmu.
Trudno uznać za kontrowersyjne samo stwierdzenie, iż lekarz, pielęgniarka czy ratownik medyczny powinni mieć możliwość wykonywania swojej pracy bez obawy, iż zostaną zaatakowani przez pacjenta albo jego rodzinę. A jednak powoli przestaje to być normą w lewicowym społeczeństwie multi-kulti, budowanym w Niemczech. Nie można udawać, iż różnice kulturowe, brak znajomości języka, odmienne podejście do autorytetu lekarza czy funkcjonowanie w zamkniętych środowiskach nie mogą wpływać na przebieg interwencji, szczególnie w sytuacji śmierci członka rodziny i ogromnych emocji.
Niemcy przez lata przyjęły ogromną liczbę migrantów i dziś mierzą się z różnymi konsekwencjami tej polityki. Historia berlińskiego sanitariusza pokazuje jeden z najbardziej przyziemnych wymiarów tego problemu. Nie chodzi wyłącznie o wielkie dyskusje dotyczące granic, demografii czy rynku pracy. Chodzi o sytuację, w której ambulans przyjeżdża do człowieka walczącego o życie, ratownicy próbują go uratować, a po zakończeniu bezskutecznej reanimacji sami muszą zastanawiać się, czy uda im się bezpiecznie opuścić mieszkanie.
Co istotne, agresja wobec medyków bardzo często jest problemem związanym z migracją. Również w Polsce ratownicy medyczni coraz częściej spotykają się z agresją cudzoziemskich pacjentów.
Fakt, iż pijani czy naćpani Polacy również atakują medyków nie oznacza jednak, iż Polska nie powinna wyciągać wniosków z doświadczeń państw zachodnich. o ile decydenci z rządu warszawskiego przez cały czas będą wspierać masową imigrację z państw spoza Europy, muszą brać pod uwagę nie tylko kwestie rynku pracy czy demografii, ale przede wszystkim bezpieczeństwo publiczne oraz bezwzględną ochronę pracowników służb państwowych.
Polska naprawdę nie musi powtarzać wszystkich błędów Zachodu. Powinna je analizować, zanim podejmie decyzje, których skutki mogą być trudne do odwrócenia. o ile państwo decyduje się na szeroką imigrację z odmiennych kręgów kulturowych, musi jednocześnie posiadać skuteczne mechanizmy egzekwowania prawa. W przeciwnym razie problemy, które dziś obserwujemy w niemieckich miastach, mogą w przyszłości pojawić się również u nas. Ba – już się pojawiają, choć na razie w małej skali, gdyż imigrantów wciąż nie jest relatywnie wielu.
Ratownik jadący do człowieka znajdującego się w stanie zagrożenia życia powinien myśleć o tym, jak uratować pacjenta, a nie o tym, czy po zakończeniu reanimacji zostanie zaatakowany przez jego półdziką rodzinę, krzyczącą coś w egzotycznych językach. To minimum, którego państwo powinno wymagać od każdego, niezależnie od jego pochodzenia.
A skoro imigrantom w Niemczech przeszkadza praca lokalnych służb ratunkowych, niech sobie sprowadzą szamanów z afrykańskich wiosek. Ci na pewno będą skuteczniej ratować życie, prawda?
Polecamy również: Ukraiński przekręt na darowiźnie od warszawskiego metra









