Spór wokół Muzeum Polaków Ratujących Żydów im. Rodziny Ulmów w Markowej odsłania problem, który od lat powraca w debacie o historii II Wojny Światowej: skłonność niemieckich środowisk opiniotwórczych do podważania polskich inicjatyw upamiętniających bohaterstwo naszych rodaków, przy jednoczesnym spychaniu na dalszy plan odpowiedzialności niemieckiego państwa i jego obywateli za zbrodnie popełnione podczas okupacji. W tym zakresie Niemcy mają sojusz z Izraelem.
Niemcy oskarżają Polskę o propagandę ws. Ulmów. Tym razem kontrowersje wywołały materiały Federalnej Centrali Kształcenia Politycznego (BPB), dotyczące między innymi muzeum w Markowej. Pojawiają się w nich zarzuty, iż upamiętnianie rodziny Ulmów wpisuje się w „określoną politykę historyczną”, a prezentowanie Polaków ratujących Żydów rzekomo służy budowaniu „jednostronnego obrazu narodowej przeszłości”. Trudno nie dostrzec w takim podejściu niebezpiecznej asymetrii: kiedy Polska przypomina o swoich bohaterach, natychmiast pojawiają się podejrzenia o propagandę, ideologizację i manipulowanie historią.
Warto zatem przypomnieć fakty, których żadna debata o pamięci historycznej nie powinna przesłaniać. 24 marca 1944 roku niemieccy żandarmi zamordowali Józefa i Wiktorię Ulmów, ich sześcioro dzieci oraz ośmioro Żydów ukrywanych przez polską rodzinę. Ulmowie zapłacili najwyższą cenę za udzielenie pomocy ludziom skazanym przez niemieckiego okupanta na zagładę. Ich śmierć nie jest legendą stworzoną na potrzeby współczesnej polityki. Jest świadectwem niemieckiego terroru i odwagi ludzi, którzy mimo śmiertelnego zagrożenia nie porzucili drugiego człowieka, choć ich czyn jest też naznaczony pewną naiwnością.
Niemiecka okupacja ziem polskich oznaczała systematyczne niszczenie państwa, masowe egzekucje, deportacje, terror i Holokaust. Na okupowanych terenach obowiązywały niemieckie przepisy przewidujące surowe kary, włącznie z karą śmierci, za pomoc Żydom. To właśnie w tych realiach rozegrała się tragedia rodziny Ulmów. o ile niemiecka instytucja chce poważnie zajmować się historią tego muzeum, powinna zacząć od pełnego przedstawienia warunków, w jakich Polacy podejmowali decyzje o ratowaniu prześladowanych.
Oczywiście, historia stosunków polsko-żydowskich jest złożona. Nie należy przemilczać przypadków szmalcownictwa, denuncjacji, udziału Polaków w krzywdzeniu Żydów, ani też żydowskich zbrodni na Polakach w okresie powojennym, gdy ratowani przez naszych rodaków Żydzi wypełźli z kryjówek i zasilili UB. Rzetelność historyczna wymaga jednak stosowania tych samych standardów wobec wszystkich. Uczciwe badanie przeszłości nie polega na tym, by przy każdej okazji przypominać o polskich winach, a zarazem traktować niemiecką odpowiedzialność jak niewygodny kontekst, który można ograniczyć do kilku zdań.
Nie ma żadnej sprzeczności między opisywaniem niegodziwości popełnianych przez część polskiego społeczeństwa a upamiętnianiem tych, którzy ryzykowali życiem, by ratować Żydów. Muzeum poświęcone bohaterom nie musi być encyklopedią wszystkich postaw społecznych w czasie wojny. Jego zadaniem jest dokumentowanie konkretnego zjawiska i oddawanie sprawiedliwości ludziom, których czyny zasługują na pamięć. W przeciwnym razie należałoby uznać, iż każda placówka poświęcona bohaterom narodowym jest z definicji propagandowa, ponieważ nie poświęca tyle samo miejsca zdrajcom, przestępcom i tchórzom.
Szczególnie rażące jest to, iż opisane zastrzeżenia pojawiają się ze strony niemieckiej instytucji federalnej. Niemcy nie mają bowiem żadnego moralnego tytułu do pouczania Polaków o tym, jak powinni upamiętniać ofiary ich okupacji. Zwłaszcza, iż sami przez dziesięciolecia nie potrafili zapewnić należytego miejsca polskim ofiarom we własnej pamięci zbiorowej. Co więcej, dopuiszczali hitlerowskich zbrodniarzy do wysokich funkcji w administracji i sądownictwie RFN.
W ostatnich latach w Niemczech dużo uwagi poświęca się niemieckim cierpieniom związanym z końcem wojny, wypędzeniom i powojennym losom ludności. W coraz mniejszym stopniu mówi się tam o ogromie zniszczeń, jakie niemiecka inwazja i okupacja przyniosła Polsce. W debacie publicznej niejednokrotnie rozmywa się różnicę między sprawcą a ofiarą, przedstawiając historię przede wszystkim jako zbiór wzajemnych krzywd. Tymczasem nie było symetrii między państwem, które rozpoczęło wojnę i zorganizowało system okupacyjnego terroru, a narodem, który padł ofiarą agresji i musiał desperacko walczyć o przetrwanie.
Dlatego też zarzut propagandy kierowany pod adresem muzeum w Markowej przez Niemcy jest wyjątkowo obrzydliwy. Nie chodzi tu bowiem o naukową rzetelność, ale nieufność wobec polskiej narracji, w której Polacy występują jako samodzielni bohaterowie historii. W optyce niemiecko-żydowskiej upamiętnienie ludzi, którzy z pobudek katolickich i humanitarnych oddali życie za ratowanie innych, jest poważnym problemem, gdyż komplikuje propagandowy obraz Polski jako kraju, którego wojenne dzieje należy opowiadać przez pryzmat szmalcowników, złodziejaszków i antysemitników, nazistowskich kolaborantów.
Rodzina Ulmów nie potrzebuje niemieckiej akceptacji, by zasługiwać na pamięć. Jej historia należy do polskiego i europejskiego dziedzictwa moralnego, z dobrymi i złymi elementami ich losów, w których splatają się ludzka dobroć z naiwnością, a troska o obcych ściera się ze ściąganiem zagrożenia na własne dzieci. Obowiązkiem rzetelnej historiografii jest pokazywanie zarówno prawdy o zbrodniach, jak i prawdy o odwadze tych, którzy przeciwstawili się złu.
Jeśli Niemcom i Żydom tak bardzo przeszkadza jednoznaczne przypominanie, kto w Markowej mordował, a kto był mordowany, problem leży nie w polskim muzeum, ale w próbach relatywizacji prawdy historycznej.
Polecamy również: II Powojenna Konferencja Żydoznawcza – LIVE















