Polska wydaje dziesiątki miliardów złotych na programy „Wisła”, „Narew”, „Pilica+” oraz systemy przeciwdronowe, ale choćby po ich zakończeniu nie będziemy dysponowali szczelną tarczą chroniącą każdy fragment kraju. Takiej obrony nie ma żadne państwo i przy obecnych możliwościach technicznych nie sposób jej stworzyć. Systemy przeciwlotnicze i przeciwrakietowe mają przede wszystkim chronić najważniejsze obiekty, wojska i infrastrukturę oraz ograniczać skutki uderzeń przeciwnika. Dlatego to, iż pojedynczy dron czy rakieta przedrą się przez obronę, nie musi oznaczać jej porażki.
Warto o tym pamiętać zwłaszcza wtedy, gdy kolejny incydent w polskiej przestrzeni powietrznej wywołuje pytanie: skoro kupujemy tak wiele systemów przeciwlotniczych, to dlaczego po prostu nie zamkniemy nimi całego nieba nad Polską? Odpowiedź brzmi: bo nie można.
Najłatwiej ulec złudzeniu, patrząc na mapy pokazujące zasięgi poszczególnych zestawów przeciwlotniczych. Wystarczy zaznaczyć pozycję baterii, narysować wokół niej okrąg odpowiadający maksymalnemu zasięgowi pocisku i powtórzyć tę operację odpowiednią liczbę razy. Gdy okręgi pokryją całą powierzchnię Polski, można odnieść wrażenie, iż powstała szczelna tarcza.
Tyle iż w rzeczywistości obrona powietrzna tak nie działa.
Zasięg pocisku nie jest promieniem chronionej przez niego kopuły. To, z jakiej odległości można wykryć, śledzić i ostatecznie zwalczyć cel, zależy m.in. od rodzaju celu, wysokości i kierunku jego lotu, ukształtowania terenu, położenia radarów oraz geometrii przechwycenia. Samolot lecący na wysokości kilku czy kilkunastu kilometrów może być widoczny dla naziemnego radaru z odległości setek kilometrów. Pocisk manewrujący albo niewielki dron lecący kilkadziesiąt metrów nad ziemią może pojawić się na ekranie znacznie później.
Powodem jest choćby krzywizna Ziemi. Radar stojący na ziemi nie widzi przez horyzont, a dodatkowym problemem są wzgórza, budynki, lasy i inne przeszkody terenowe. Dlatego właśnie tak ważne są samoloty wczesnego ostrzegania, sensory wyniesione w powietrze i tworzenie sieci, w której informacje z wielu źródeł składają się na jeden obraz sytuacji. Ale choćby najbardziej rozbudowana sieć sensorów nie zmienia podstawowej zasady: wykrycie celu jest dopiero początkiem. Trzeba go jeszcze zidentyfikować, podjąć decyzję o zwalczaniu, przekazać dane do odpowiedniego efektora i znaleźć się w warunkach umożliwiających przechwycenie.
Nie wszystko jest równie ważne
Jest jeszcze istotniejszy powód, dla którego obrona powietrzna nie tworzy szczelnej kopuły. Nie buduje się jej po to, aby z jednakową intensywnością bronić każdego kilometra kwadratowego terytorium.
W czasie wojny dowódca dysponuje określoną liczbą radarów, wyrzutni, pocisków, samolotów i ludzi. Jednocześnie liczba potencjalnych celów ataku jest ogromna. Są nimi stanowiska dowodzenia, lotniska, bazy wojskowe, zgrupowania wojsk, składy amunicji, węzły kolejowe i drogowe, przeprawy przez rzeki, elektrownie, stacje elektroenergetyczne, rafinerie, porty, zakłady przemysłu obronnego, centra łączności czy ośrodki administracji państwowej.
Nie sposób zapewnić każdemu z nich takiej samej ochrony.
Dlatego jednym z fundamentów planowania obrony powietrznej jest ustalanie priorytetów. System ma przede wszystkim uniemożliwić przeciwnikowi zniszczenie tych elementów, których utrata najbardziej ograniczyłaby zdolność armii do prowadzenia działań albo państwa do funkcjonowania. W praktyce oznacza to również konieczność zaakceptowania tego, iż części potencjalnych celów nie będzie można chronić równie silnie, a niektórych wcale.
Brzmi to brutalnie, ale obrona powietrzna jest także sztuką decydowania, czego w danym momencie bronić nie będziemy.
Tak właśnie problem ujmuje NATO. W opublikowanej w 2025 roku polityce zintegrowanej obrony powietrznej i przeciwrakietowej Sojusz wskazuje, iż podczas kryzysu i konfliktu jednym z jej podstawowych zadań jest ochrona sił oraz infrastruktury i zasobów koniecznych do realizacji planów operacyjnych. Dokument mówi również o konieczności elastycznego przenoszenia środków obrony w zależności od zmieniającej się sytuacji.
To ważna różnica między potocznym wyobrażeniem a wojskową logiką. Obronę przeciwlotniczą można skoncentrować wokół Warszawy, ważnego lotniska albo zgrupowania wojsk. Nie można jednak z równą intensywnością rozmieścić jej nad ponad 300 tys. km2 Polski.
Atakujący wybiera miejsce
Problem pogłębia jeszcze jedna fundamentalna przewaga napastnika: to on wybiera czas, kierunek i skalę uderzenia.
Załóżmy, iż obrońca dysponuje setkami środków zdolnych do zwalczania celów powietrznych. Musi rozmieścić je wcześniej, chroniąc wiele miejsc jednocześnie. Napastnik może tymczasem zgromadzić setki dronów i pocisków, a następnie znaczną ich część skierować przeciw kilku wybranym celom. Innymi słowy: obrońca musi się rozpraszać, atakujący może się koncentrować.
Wojna w Ukrainie pokazuje ten mechanizm niemal każdej nocy.
Ukraińcy dysponują dziś prawdopodobnie najbardziej doświadczoną bojowo obroną powietrzną na świecie. Łączą systemy Patriot, NASAMS i IRIS-T z zestawami postsowieckimi, lotnictwem, walką radioelektroniczną, mobilnymi grupami ogniowymi i coraz liczniejszymi systemami przeznaczonymi specjalnie do zwalczania bezzałogowców. Mimo to rosyjskie pociski i drony przez cały czas docierają do celów.
Dobrym przykładem był atak przeprowadzony w nocy z 5 na 6 lipca tego roku. Według Sił Powietrznych Ukrainy Rosja użyła łącznie 419 środków napadu powietrznego: 351 bezzałogowców różnych typów oraz 68 rakiet i pocisków, wśród nich 23 Iskandery-M lub pociski systemu S-400 użyte do atakowania celów naziemnych, sześć Cyrkonów lub Oniksów, 33 pociski manewrujące Ch-101 i sześć Kalibrów. Ukraińska obrona zestrzeliła lub obezwładniła 363 cele – 326 dronów oraz 37 pocisków manewrujących. Mimo tak wysokiej skuteczności odnotowano trafienia w 34 miejscach.
Nie jest to dowód na nieskuteczność ukraińskiej obrony. Jest ilustracją jej ograniczeń.
Rosjanie mogą wysyłać drony z kilku kierunków, zmieniać ich trasy już podczas lotu, wykorzystywać maszyny pełniące funkcję wabików, a adekwatne pociski kierować tam, gdzie próbują przeciążyć obronę. Mogą również łączyć środki o zupełnie różnych charakterystykach – od powolnych Shahedów po pociski manewrujące i rakiety poruszające się po trajektorii balistycznej. Każde z tych zagrożeń wymaga innego sposobu wykrywania i zwalczania.
W rezultacie choćby bardzo wysoki procent przechwyceń nie oznacza, iż nic nie trafi w ziemię.
Patriot nie jest od wszystkiego
Dochodzi do tego ekonomia. Można zbudować niezwykle skuteczny pocisk przeciwlotniczy. Znacznie trudniej zbudować dziesiątki tysięcy takich pocisków, utrzymywać je w magazynach i uzupełniać zapasy szybciej, niż przeciwnik produkuje środki napadu powietrznego.
Właśnie dlatego nowoczesna obrona jest warstwowa.
W Polsce jej górną warstwę tworzy system Wisła z zestawami Patriot, przeznaczony przede wszystkim do zwalczania najbardziej wymagających celów, w tym części zagrożeń balistycznych. Niżej znajduje się Narew, następnie Pilica+ i środki bardzo krótkiego zasięgu. Do tego dochodzą samoloty bojowe, systemy walki radioelektronicznej oraz budowana na dużą skalę obrona przeciwdronowa. W maju tego roku Agencja Uzbrojenia zakontraktowała m.in. 18 bateryjnych modułów systemu San.
Sens takiej konstrukcji polega m.in. na tym, żeby przeciwko konkretnemu zagrożeniu używać jak najbardziej odpowiedniego środka. Pocisk przeznaczony do zwalczania rakiet balistycznych jest zasobem zbyt cennym i zbyt nielicznym, aby traktować go jako podstawową broń przeciwko masowo używanym tanim bezzałogowcom. Do walki z nimi potrzebne są tańsze rakiety, artyleria lufowa, systemy antydronowe, własne drony przechwytujące czy środki walki radioelektronicznej.
Nie chodzi zresztą wyłącznie o pieniądze. W czasie wojny ważniejsza od ceny pojedynczego pocisku może okazać się liczba dostępnych efektorów. jeżeli przeciwnik potrafi produkować środki napadu szybciej, niż obrońca uzupełnia amunicję przeciwlotniczą, może próbować doprowadzić do jej wyczerpania. Obrona musi więc gospodarować zapasem, zachowując najcenniejsze pociski na cele, przeciw którym nie ma tańszej alternatywy.
Dlatego choćby państwo znacznie bogatsze od Polski nie rozwiązałoby problemu, ustawiając wszędzie baterie najdroższych systemów przeciwlotniczych. Oprócz gigantycznych kosztów potrzebowałoby niewyobrażalnych zapasów amunicji, tysięcy wyszkolonych żołnierzy, radarów, stanowisk dowodzenia i całej infrastruktury umożliwiającej funkcjonowanie takiej sieci.
Nie zestrzelić, ale przetrwać
Największym nieporozumieniem jest jednak sprowadzanie obrony przed atakiem powietrznym do zestrzeliwania tego, co przeciwnik wyśle w naszą stronę.
NATO wyróżnia w zintegrowanej obronie powietrznej i przeciwrakietowej zarówno obronę aktywną, jak i pasywną. Ta pierwsza obejmuje m.in. lotnictwo oraz naziemne systemy różnych zasięgów. Zadaniem drugiej jest zmniejszenie skutków tych uderzeń, których nie udało się powstrzymać. Wśród stosowanych środków Sojusz wymienia wzmacnianie i zabezpieczanie obiektów, maskowanie, ukrywanie i pozorację, rozproszenie oraz redundancję.
To bardzo ważna część całej układanki. jeżeli przeciwnik może zniszczyć jednym trafieniem jedyne stanowisko dowodzenia, rozwiązaniem nie zawsze musi być ustawienie przed nim kolejnej wyrzutni rakiet przeciwlotniczych. Można stworzyć stanowisko zapasowe i rozproszyć system dowodzenia. Samoloty można rozmieścić na kilku lotniskach, sprzęt ukrywać i maskować, budować schronohangary, tworzyć zapasowe magazyny paliwa i amunicji. Chodzi o to, by choćby skuteczne trafienie nie pozbawiło wojska umiejętności dalszego działania.
Ta sama zasada dotyczy infrastruktury cywilnej. jeżeli jeden atak może pozbawić dużą część kraju energii elektrycznej, potrzebna jest nie tylko obrona kluczowych elementów sieci, ale także możliwość ich zastąpienia, obejścia uszkodzonego fragmentu albo szybkiego przywrócenia działania. Celem nie jest bowiem uniemożliwienie przeciwnikowi trafienia czegokolwiek. Jest nim pozbawienie go korzyści, którą miał osiągnąć dzięki temu trafieniu.
NATO ujmuje tę logikę w czterech kolejnych efektach: „no threat”, czyli brak zagrożenia, „no launch” – niedopuszczenie do odpalenia środka napadu, „no impact” – uniemożliwienie mu dotarcia do celu – oraz „no consequences” – ograniczenie skutków, jeżeli atak mimo wszystko okaże się skuteczny. Zagrożenie można więc odstraszyć, środki napadu niszczyć jeszcze przed ich użyciem, przechwytywać już po odpaleniu, a jeżeli przedrą się przez obronę – zadbać o to, by wyrządziły jak najmniejsze szkody. Sama aktywna obrona przeciwlotnicza i przeciwrakietowa odpowiada więc tylko za jeden z elementów tego procesu.
Właśnie w ten sposób NATO rozumie IAMD (Integrated Air and Missile Defence), czyli zintegrowaną obronę powietrzną i przeciwrakietową. Jej zadaniem nie jest zagwarantowanie, iż każdy samolot, dron czy pocisk zostanie zestrzelony, ale zneutralizowanie zagrożenia albo ograniczenie jego skuteczności. Obrona zaczyna się zatem jeszcze przed startem rakiety przeciwnika i nie kończy w chwili, gdy którejś z nich uda się przebić przez system przeciwlotniczy.
Nie będzie kopuły
Polska robi dziś w obronie powietrznej coś, czego przez wiele wcześniejszych lat nie robiła – buduje kolejne jej warstwy równocześnie. Wisła, Narew, Pilica+ i San mają odpowiadać na różne rodzaje zagrożeń i wzajemnie się uzupełniać. MON również opisuje powstający system właśnie jako obronę wielowarstwową, a Pilicę+ jako jej najniższy szczebel przeznaczony m.in. do ochrony wojsk i infrastruktury krytycznej.
Nawet gdy wszystkie te programy zostaną zrealizowane, rosyjski dron czy pocisk manewrujący przez cały czas będzie mógł przedrzeć się przez polską obronę. W czasie dużego konfliktu należy wręcz zakładać, iż część środków napadu powietrznego to zrobi.
Pytanie nie powinno więc brzmieć: „jakim cudem coś przeleciało?”. Znacznie ważniejsze jest, czy zagrożenie zostało odpowiednio wcześnie wykryte, czy obrona chroniła obiekty o najwyższym priorytecie, jak dużą część ataku udało się powstrzymać i – przede wszystkim – czy przeciwnik osiągnął zamierzony efekt.
Bo skuteczna obrona powietrzna nie oznacza, iż po ataku nic nie spadnie na ziemię. Oznacza, iż mimo ataku dowództwa przez cały czas dowodzą, samoloty startują, wojska otrzymują paliwo i amunicję, energetyka funkcjonuje, a państwo zachowuje zdolność do dalszej walki.
Nad Polską nie powstanie szczelna kopuła. I nie powinna ona być miarą skuteczności budowanego systemu. Jego zadaniem jest sprawić, żeby choćby wtedy, gdy część rakiet i dronów przebije się przez obronę, przeciwnik nie osiągnął tego, po co je wystrzelił.