Od 60 lat próbuję odpowiedzieć sobie na pytanie: „Jak być dobrym nauczycielem?”.
Oczywiście, przede wszystkim trzeba rozumieć przedmiot, którego się naucza. Rozumieć, a nie znać. Przykładowo, dobry nauczyciel fizyki powinien dobrze rozumieć, kiedy elektrony są splątane, a nie musi znać ich dokładnej masy, bo to można łatwo znaleźć w internecie. Podobnie nauczyciel historii powinien rozumieć wpływ fizyki kwantowej na przebieg historii, a już niekoniecznie znać dokładne daty panowania króla Sobieskiego, bo to też łatwo „wygooglać”.
Rozumienie nauczanego przedmiotu to warunek konieczny, ale nie wystarczający. Znam, na przykład, wielu wspaniałych fizyków, którzy znają świetnie przedmiot swoich badań, ale opowiadają o nich tak mętnie, iż nic nie można zrozumieć.
Czasem podejrzewam, iż różni genialni ludzie nie mogą pojąć, iż są ludzie mniej genialni, którym trzeba tłumaczyć bardziej łopatologicznie.
Moje 60-letnie obcowanie z edukacją doprowadziło mnie do następującego wniosku:
NAUCZANIE ODNOSI SKUTEK TYM LEPSZY, IM BARDZIEJ NAUCZYCIEL POTRAFI ROZŚMIESZYĆ UCZNIÓW.
Kiedy uczniowie/studenci/doktoranci/słuchacze się śmieją, przyswajają sobie wiedzę znacznie szybciej.
Tej kwestii jednak nikt w mediach nie dyskutuje. Nikt nie żąda od Nauczycieli, żeby opanowali sztukę rozśmieszania. Tak, sztukę, bo rozśmieszyć wcale nie jest łatwo. Trzeba się do tego znacznie dłużej przygotowywać, niż do przedstawiania samego meritum.
Michał Leszczyński












