Francuskie miasta od dwóch tygodni są areną przemocy ulicznej. Murzyni podpalają budynki publiczne, plądrują sklepy, a funkcjonariusze sił porządkowych mają poważne problemy z utrzymaniem porządku na ulicach Paryża, Marsylii, Lyonu, Bordeaux i innych dużych ośrodków. Tymczasem zamiast rozliczenia odpowiedzialności za kryzys, prezydent Emmanuel Macron zaoferował Francuzom kolejne polityczne połajanki, w którym znacznie więcej miejsca poświęcił oskarżeniom pod adresem przeciwników politycznych niż własnej, błędnej polityce migracyjnej.
Murzyni niszczą Francję. Według informacji przekazanych przez francuskie władze w związku z weekendowymi zamieszkami zatrzymano ponad 2500 osób, a setki funkcjonariuszy policji, żandarmów i strażaków odniosły obrażenia. W Limoges ogień objął historyczny ratusz, w Marsylii zaatakowano budynek merostwa, w Lyonie celem ataku padło biuro turystyczne, a w Bordeaux uszkodzono rezydencję prefekta.
W Paryżu dochodziło do starć z policją i plądrowania sklepów. Nie były to zatem zwykłe demonstracje, podczas których niezadowoleni obywatele wyrażają swoje postulaty. W wielu miejscach doszło do otwartego ataku na porządek publiczny, własność prywatną i instytucje państwa.
Macron w orędziu z 18 października potępił przemoc, zapowiedział pociągnięcie sprawców do odpowiedzialności i zapewnił, iż zniszczenia oraz grabieże nie pozostaną bez konsekwencji. Trudno się z tym nie zgodzić. Problem polega jednak na tym, iż prezydent przedstawił wydarzenia przede wszystkim jako rezultat działalności skrajnie prawicowych ekstremistów i przestępców, przenosząc tym samym ciężar odpowiedzialności z murzyńskich i arabskich trzecioświatowców na swoich przeciwników politycznych.
W jego wystąpieniu znalazły się oskarżenia pod adresem radykalnych środowisk, a także sugestia, iż za podsycaniem chaosu nie stoją murzyni i inni imigranci, ale prawicowcy „dążący do osłabienia Republiki przed przyszłorocznymi wyborami prezydenckimi”. To wygodna narracja dla lewicowego polityka, który sam stoi na czele państwa i powinien odpowiadać za stan bezpieczeństwa publicznego. Można do woli potępiać mityczną „skrajną prawicę”. Nie można poważnie twierdzić, iż samo wskazanie przeciwników politycznych rozwiązuje problem.
Szczególnie wymowne jest to, iż Macron zapowiedział wyjaśnienie błędów w ocenach służb i przygotowaniu operacji policyjnej. Skoro konieczne są takie wyjaśnienia, oznacza to, iż funkcjonowanie aparatu państwowego wymaga poważnej kontroli. Prezydent nie może jednocześnie występować w roli obrońcy porządku publicznego i udawać, iż odpowiedzialność za jego słabość spoczywa wyłącznie na politycznych radykałach, choćby tych prawdziwych.
Macron może jeszcze długo wskazywać palcem na prawicę, oskarżać przeciwników o podsycanie napięć i przedstawiać się jako ostatnia zapora przed chaosem. Nie zmieni to jednak podstawowego faktu: to on i jego obóz polityczny ponoszą odpowiedzialność za kierunek, w którym zmierza Francja. Prezydent, który nie potrafi zagwarantować bezpieczeństwa na ulicach własnego kraju, nie odzyska autorytetu dzięki kolejnych orędzi ani propagandowych oskarżeń pod adresem opozycji.
Najbardziej niepokojące jest to, iż zamiast potraktować zamieszki jako sygnał alarmowy i wyciągnąć prawidłowe wnioski z tej sytuacji, francuskie elity po raz kolejny próbują sprowadzić problem do walki politycznej z prawicą. Tymczasem obywatele nie oczekują kolejnej lekcji o zagrożeniach dla dyzmokracji. Oczekują państwa, które potrafi egzekwować prawo, chronić ich domy, sklepy i ulice oraz bez wahania karać tych, którzy dopuszczają się przemocy. Prawo powinno obowiązywać wszystkich, a nie tylko „prawicę”.
Jeżeli Macron uważa, iż za chaos odpowiada prawica, a nie murzyni i inni sprowazdeni przez niego i jego poprzedników trzecioświatowcy, powinien przedstawić dowody, a nie zastępować nimi rozliczenie własnych, opłakanych w skutkach rządów. Polityczna odpowiedzialność nie polega na znalezieniu wygodnego kozła ofiarnego, ale na przyznaniu się do błędów i wyciągnięciu konsekwencji. Tymczasem francuski prezydent zdaje się bardziej przejmować tym, kto zyska na kryzysie w sondażach, niż tym, dlaczego państwo nie potrafi skutecznie zapobiegać kolejnym wybuchom murzyńskich rozruchów.
Francja potrzebuje dziś nie kolejnych moralizatorskich przemówień, ale zasadniczej zmiany polityki bezpieczeństwa i radykalnego odwrotu od obecnej polityki migracyjnej. Równie niedopuszczalne jest piętnowanie całej opozycji tylko dlatego, iż domaga się zaostrzenia kursu i deportacji trzecioświatowców. Macron chciałby zapewne, aby Francuzi uwierzyli, iż wybór sprowadza się do poparcia jego polityki albo oddania kraju w ręce ekstremistów. To fałszywa alternatywa. Można odrzucać polityczny radykalizm (którego tuataj akurat nie ma), a zarazem stanowczo potępiać nieudolność prezydenta.
Państwo, które nie panuje nad własnymi ulicami, a następnie obwinia o to opozycję, nie demonstruje siły, ale bezradność. To typowe dla działań lewicy, dla której murzyni stali się świętą krową. Tymczasem żadne agresywne orędzie nie zastąpi bezpieczeństwa, jak też żadne oskarżenie prawicy nie zwolni obecnej ekipy rządzącej z odpowiedzialności za państwo, którym kieruje.
Polecamy również: Żydonaziści pobili dziennikarkę z USA











