
Ten tekst jest kontynuacją dwóch moich wcześniejszych rozkmin. Stanowią one zaplecze teoretyczne tego, co dalej.
„]]>Od wykładniczego postępu do upadku państwa]]>”
W tej notce opisuję prostą zależność: wykładniczy postęp technologiczny zmienia środowisko działania szybciej, niż państwa są w stanie zmieniać swoje procedury, prawo i sposób podejmowania decyzji. Efektem jest narastająca niewydolność klasycznego porządku terytorialnego.
„]]>Memetyczna Teoria Sukcesu Cywilizacyjnego (MTSC)]]>”
Tu wprowadzam pojęcie mempleksów: zestawów idei, instytucji i praktyk, które konkurują ze sobą jak organizmy w ewolucji. Wygrywają te, które lepiej dopasowują się do aktualnego środowiska technologicznego i społecznego.
Dzisiejsze wydarzenia w Wenezueli są czystym studium przypadku. Widać w nich jednocześnie siłę państwa i jego strukturalną kruchość.
Suwerenność jako mem
Porwanie Nicolása Maduro przez siły USA, na rozkaz Donalda Trumpa, oraz zapowiedź tymczasowego administrowania Wenezuelą do czasu bezpiecznej transformacji, wygląda jak demonstracja sprawności hegemona. Operacja jest szybka. Logistyka działa. Wojsko działa. Wywiad działa. Na tym poziomie państwo wygląda jak maszyna, która wciąż ma pełną kontrolę. Jednak drugie państwo tę kontrolę traci. I tu pojawia się pytanie zasadnicze: co to mówi o samej idei państwowości?
Z perspektywy MTSC państwo nie jest naturalną formą ładu, lecz produktem konkretnego mempleksu. Ten mempleks opiera się na terytorialnym monopolu na przemoc, centralnej kontroli prawa i waluty oraz przekonaniu, iż suweren ma prawo decydować o wszystkim, co dzieje się na danym obszarze. To nie jest przypadek. Ten dogmat statolatrii powstał wraz z nadejściem ery rolnictwa: ziemia stała się podstawowym nośnikiem wartości, wymusiła granice, a granice wymusiły przemoc jako mechanizm wyłączności.
To właśnie ten zestaw idei umożliwił powstanie i wieloletnie trwanie reżimu Maduro. Chronił go przed konkurencją wewnętrzną i jednocześnie spowalniał jego naturalny rozpad.
Gdyby ten mempleks nie dominował, porwanie dyktatora nie byłoby potrzebne. Reżimy oparte na przymusie giną szybko w środowisku, w którym kapitał, ludzie i informacja mogą swobodnie uciekać. Państwo musi ratować państwo, bo tylko państwo potrafi stworzyć warunki długowiecznej tyranii. Niemniej ta tyrania staje się już powoli zbędna.
Teza I. Hegemon i tyran działają w tym samym paradygmacie
Usunięcie Maduro nie jest leczeniem choroby, lecz zarządzaniem jej objawami. USA eliminują jednego tyrana, a jednocześnie wzmacniają przekonanie, iż porządek świata musi opierać się na uzbrojonych po zęby państwach, które w razie potrzeby przejmują kontrolę nad innymi i tymczasowo nimi rządzą. Paradygmat tyranii zostaje więc utrwalony, a nie podważony.
To nie jest cecha Trumpa jako osoby. To jest logika hegemona działającego w tym samym mempleksie, który wytworzył reżim w Caracas. Różnica między USA a Wenezuelą nie polega na immanentnych cechach państwa, lecz na sprawności technicznej i skali etatyzmu. Fundament jest wspólny. Jeden monopol przemocy jest bogatszy i lepiej zorganizowany, drugi biedniejszy i bardziej zdegenerowany.
Teza II. Każde naruszenie suwerenności przyspiesza jej erozję
Z punktu widzenia MTSC problemem nie jest Maduro jako jednostka, lecz sam mem suwerenności terytorialnej. I tu pojawia się paradoks.
Jeżeli można naruszyć suwerenność Wenezueli, to znaczy, iż suwerenność nie jest zasadą, lecz funkcją siły. A skoro jest funkcją siły, to jest warunkowa. Tymczasowa. Negocjowalna. To nie jest ocena moralna, tylko opis mechanizmu.
Trump, podważając suwerenność terytorialną Wenezueli, podważył ideę suwerenności jako takiej. Instytucjonalnie USA nadal z niej korzystają, ale mem został nadkruszony. To wystarczy, by uruchomić proces erozji.
Suwerenność terytorialna eroduje nie dlatego, iż ktoś ją podważa, lecz dlatego, iż przestaje być najtańszym i najskuteczniejszym narzędziem organizowania ładu. I bardzo dobrze. To anachronizm poprzednich epok.
W nowej epoce rośnie znaczenie suwerenności dobrowolnych grup, oderwanych od terytorium. Reguły egzekwuje się nie przez przemoc fizyczną, lecz przez kontrakty, reputację i konkurencję systemów. To jest inny model władzy. Lżejszy. Tańszy. Bardziej mobilny.
Teza III. Wykładniczy postęp zmienia rachunek kosztów
Żyjemy w świecie wykładniczego postępu technologicznego. Wartość coraz rzadziej zależy od ziemi, a coraz częściej od wiedzy, sieci, kompetencji i infrastruktury cyfrowej. Kapitał, informacja i talenty poruszają się szybciej, niż jakiekolwiek państwo potrafi reagować. Cywilizacja staje się coraz bardziej mobilna.
Terytorium wciąż ma znaczenie, bo zasoby są geograficzne. Jednak to znaczenie nie jest stałe. Jest funkcją technologii pozyskiwania energii i produkcji. Dziś geopolitykę kształtują złoża ropy. Jutro może ją kształtować technologia, która w ogóle nie potrzebuje tych złóż, lecz inne, lżejsze i bardziej wydajne nośniki energii. Wtedy cały układ może się zawalić bardzo szybko.
Państwo jest strukturą ciężką. Ma wysokie koszty stałe, powolne decyzje i przymus jako podstawowy protokół działania. To bywało optymalne w świecie wolniejszych zmian. W świecie większego kąta asymptoty krzywej wykładniczej staje się coraz droższe i coraz gorzej przystosowane do wysokiej mobilności – także tej poza ziemskim polem grawitacyjnym.
Technologie kontraktowe, kryptograficzne, sieciowe i kosmiczne umożliwiają organizację współpracy i bezpieczeństwa bez centralnego przymusu. MTSC mówi jasno: w takich warunkach wygrywają mempleksy zdolne do szybkiego uczenia się, decentralizacji decyzji, adaptacji i mobilności.
Widowisko jako symptom końca epoki
Porwanie Maduro jest jednocześnie demonstracją siły i dowodem słabości państwa. Siły, bo miecz wciąż potrafi uderzyć daleko. Słabości, bo musi uderzać coraz bardziej widowiskowo, tanio i chirurgicznie, by podtrzymać wiarę w mem, który traci konkurencyjność.
Każdy taki akt zwiększa motywację do ucieczki od państwowego arbitrażu. Do budowy alternatywnych systemów finansowych. Do rozpraszania infrastruktury. Do migracji kapitału i ludzi poza najbardziej opresyjne jurysdykcje. Do poszukiwania technologii energii, które unieważniają geopolityczne szantaże. Nawet do ucieczki poza Ziemię – co dziś przestaje być fantazją.
Jest w tym jeszcze jeden paradoks.
Świat zdominowany przez kilka wielkich państw stabilizuje skrajnie nieefektywne reżimy, czyniąc z nich element gry geopolitycznej. W świecie, w którym ucieczka kapitału i ludzi jest szybka i tania, takie reżimy nie mają długiej żywotności. Upadają same, bez spektakularnych operacji.
Dlatego sukces USA w Caracas jest jednocześnie znakiem, iż klasyczna epoka państw jeszcze trwa, i znakiem, iż dożywa końca. Nie zniknie nagle. Będzie się degenerować funkcjonalnie. Będzie coraz droższa. Coraz mniej skuteczna.
W świetle MTSC nie jest to jeszcze początek nowego porządku. To jest objaw schyłku starego. Ludzkość zaczynała od mobilności nomadów, osiadła w stacjonarności rolników, ale wróci do ruchu. Droga tkwi nam w genach. Zawsze chcemy wiedzieć, co jest za wzgórzem. Oderwanie organizacji społecznej od terytorium uczyni państwo zbędnym – nie aktem woli, lecz rachunkiem kosztów.
Grzegorz GPS Świderski
]]>https://t.me/KanalBlogeraGPS]]>
]]>https://Twitter.com/gps65]]>
]]>https://www.youtube.com/@GPSiPrzyjaciele]]>









