Na MSPO 2026 w Kielcach pokazano dziesięć konstrukcji, których Polska wciąż nie ma: od X-BAT-a i Pioruna-2 po miniaturowy okręt M-23. Część to demonstratory, X-BAT ma wejść do służby dopiero w 2029 roku. Dla Polski stawką są skuteczne odstraszanie, własna produkcja i bezpieczeństwo żołnierzy.
Targi pokazały możliwości, decyzje należą do MON
Międzynarodowy Salon Przemysłu Obronnego w Kielcach przyniósł szeroki wybór maszyn bezzałogowych, uzbrojenia i pojazdów. Nie oznacza to jednak, iż polscy żołnierze dostaną je do jednostek. Część wystawionych konstrukcji istnieje jako demonstrator, inne walczą już na Ukrainie, a jeszcze inne czekają na wymagania i zamówienie Ministerstwa Obrony Narodowej. Relację z prezentacji opublikowała 12 września WP Wiadomości.
Tegoroczne MSPO trzeba więc czytać jako katalog realnych potrzeb, nie listę dokonanych zakupów. W Kielcach polskie firmy pokazały już własne rozwiązania bezzałogowe, co ma zasadnicze znaczenie dla suwerenności obronnej. Armia potrzebuje sprzętu, ale Polska potrzebuje także zakładów, kadr i praw do rozwijania systemów u siebie. Sam import buduje zdolność bojową na dziś, ale uzależnia serwis i dostawy na jutro.
X-BAT i Flamingo: daleki zasięg wzmacnia odstraszanie
Amerykański X-BAT firmy Shield AI ma być bezzałogowym samolotem bojowym, a nie małym dronem pola walki. Według danych producenta przytoczonych przez WP konstrukcja ma przelecieć około 3700 km z pełnym uzbrojeniem, co daje promień działania rzędu 1850 km. Dla porównania w materiale podano około 1100 km dla F-35A. Maszyna ma startować i lądować pionowo, przenosić uzbrojenie w komorach wewnętrznych oraz działać samodzielnie albo wspierać samoloty załogowe.
Na razie mowa o demonstratorze i harmonogramie producenta. Wojciech Drojecki, szef Shield AI w Polsce, zapowiedział w rozmowie z WP pierwszy pionowy lot jesienią 2026 roku oraz wejście systemu do służby w 2029 roku. Firma deklaruje zainteresowanie współprodukcją w Polsce. To punkt, którego państwo nie może potraktować jako dodatku handlowego. jeżeli Warszawa miałaby wejść w taki program, warunkiem powinien być udział polskiego przemysłu i dostęp do kompetencji potrzebnych podczas wojny.
Drugim środkiem dalekiego rażenia pokazanym w Kielcach był ukraiński pocisk manewrujący Flamingo. Ma około 14 metrów długości, waży 6 ton i przenosi głowicę o masie przekraczającej tonę. Źródło podaje, iż konstrukcja jest używana przeciw Rosji. Polska potrzebuje własnej, wielowarstwowej zdolności uderzenia na duże odległości, bo odstraszanie zaczyna się tam, gdzie przeciwnik musi liczyć się z odpowiedzią jeszcze przed rozpoczęciem agresji.
Piorun-2 powinien zostać polskim projektem
Zakłady MESKO w Skarżysku-Kamiennej rozwijają roboczo nazwany Piorun-2. Marek Skowron, kierownik działu technologicznego spółki, powiedział WP, iż pierwszy zestaw przeznaczony do testów ma powstać w ciągu kilku miesięcy. Modernizacja obejmuje głowicę śledząco-naprowadzającą, laserowy czujnik zbliżeniowy i blok sterów. Producent chce też uprościć wytwarzanie, aby rakiety powstawały szybciej.
To adekwatny kierunek. Piorun jest dowodem, iż polska myśl techniczna może zdobywać rynki i budować bezpieczeństwo państwa. Zainteresowanie polskim uzbrojeniem ze strony delegacji zagranicznych powinno przekładać się na długie serie produkcyjne, inwestycje w moce wytwórcze i zamówienia dla krajowych zakładów. Bez tego sukces eksportowy pozostanie pojedynczym osiągnięciem, zamiast stać się trwałym filarem obronności.
Drony dla szczebla taktycznego i ochrony infrastruktury
Polsko-ukraińska Hydra firmy UMO pozwala jednemu systemowi kierować maksymalnie dziewięcioma dronami sterowanymi światłowodem. Takie połączenie jest odporne na typowe zakłócanie radiowe. Każdy bezzałogowiec może przenosić głowicę do 3 kg, a przedstawiciele firmy deklarują użycie systemu przez ponad 20 brygad ukraińskich. To informacja producenta, nie niezależny bilans pola walki, ale sama odporność łącza odpowiada na problem, który stał się codziennością wojny na Ukrainie.
Gladius 2 Grupy WB reprezentuje cięższą amunicję krążącą. System ma startować z wyrzutni kontenerowej, działać na dystansie od 200 do 300 km i przenosić głowicę ważącą kilkadziesiąt kilogramów. Układ latającego skrzydła ma ograniczać wykrywalność radarową oraz cieplną. Taki sprzęt daje wojskom lądowym możliwość uderzenia na zaplecze przeciwnika bez każdorazowego angażowania lotnictwa.
Stormrider 550, także pokazany przez Grupę WB, jest bezzałogową łodzią o długości ponad 5 metrów i szerokości około 2 metrów. Powstał z myślą o rzekach, jeziorach i portach, nie o otwartym morzu. W polskich warunkach mógłby patrolować Bug, Zalew Wiślany oraz okolice mostów, zapór i ujęć wody. Ochrona infrastruktury krytycznej nie może opierać się wyłącznie na posterunku z człowiekiem, gdy technika pozwala obserwować zagrożony odcinek całą dobę bez wystawiania żołnierzy na zbędne ryzyko.
Ciężki BWP, amfibia i kapsuła dla rannych
Huta Stalowa Wola przedstawiła demonstrator ciężkiego bojowego wozu piechoty z bezzałogową wieżą ZSSW-30. Pojazd ma przewozić sześciu lub ośmiu żołnierzy, współdziałać z czołgami i zapewniać lepszą ochronę niż lżejszy Borsuk. Armata Bushmaster kalibru 30 mm może korzystać z amunicji programowalnej. Joanna Krasowska z HSW zaznaczyła, iż ostateczny kształt wozu zależy od wymagań armii. To uczciwe postawienie sprawy: przemysł przedstawił bazę, teraz wojsko musi jasno określić potrzebę.
Kanadyjski ciężki pojazd amfibijny odpowiada na inną lukę. Może poruszać się przez bagna, głęboki śnieg, błoto i tereny zalane. Przydałby się wojskom inżynieryjnym oraz straży pożarnej, zwłaszcza podczas powodzi. Norweski EpiShuttle służy z kolei do bezpiecznego transportu osoby skażonej chemicznie lub biologicznie, a także ciężko poparzonej. Szczelna kapsuła z filtrowaniem powietrza i podciśnieniem chroni personel oraz pozwala użyć zwykłego pojazdu transportowego. Obrona państwa obejmuje także ewakuację rannych i dotarcie do odciętych mieszkańców.
M-23 odpowiada warunkom Bałtyku
Włoski miniaturowy okręt podwodny M-23 ma około 23 metrów długości. Nie zastąpi pełnowymiarowej jednostki prowadzącej długi patrol, ale może skrycie przerzucać komandosów i działać przy brzegu. Płytki, zatłoczony Bałtyk premiuje małe rozmiary oraz zdolność manewrowania w miejscach trudniejszych dla dużego okrętu.
Według informacji zebranych przez WP jeden duży okręt programu Orka miałby kosztować tyle co 10 lub 11 jednostek M-23, a cena pojedynczego miniokrętu ma być zbliżona do ceny śmigłowca Apache. Rozmowy trwają, ale decyzji MON przez cały czas nie ma. Nie oznacza to, iż Polska powinna zamienić Orkę na same miniokręty. Oznacza, iż marynarka potrzebuje rozsądnego zestawu narzędzi dopasowanych do Bałtyku, a nie jednego kosztownego symbolu.
MSPO pokazało, iż wybór istnieje. Teraz liczy się hierarchia potrzeb, szybkie testy oraz twarde warunki przemysłowe. Polska nie może kupować wszystkiego, co dobrze wygląda na stoisku. Powinna zamawiać to, co podnosi koszt agresji przeciw naszemu państwu, chroni polskiego żołnierza i pozostawia w kraju wiedzę, produkcję oraz pieniądze.
Źródło: WP Wiadomości
Źródło: WP Wiadomości














